restyler
21.11.09, 13:50
Osąd jest fundamentem piekła, korzeniem wszelkiego zła, każdego istniejącego
konfliktu. Wszyscy nieustannie osądzamy rzeczywistość i siebie nawzajem.
Osądzamy według niekończącej się listy zmiennych kryteriów. To lubimy, tamtego
nie. Rzeczywistość zostaje podzielona na tę część lubianą i część, do której
czujemy niechęć. Dzielimy dalej, bo wśród tego co lubimy, coś lubimy bardziej,
a coś mniej. Stopniujemy też nielubienie. Oceniamy nawet najbliższe, kochane
osoby. Nawet jeśli akceptujemy je prawie w całości, to zawsze znajdzie się
jakiś drobiazg, niby nieistotne ale wyłączone z akceptacji zachowanie. I zaraz
dodajemy, cóż nikt nie jest doskonały, takie jest życie. Miliardy ludzi,
wszyscy razem stwarzamy niewyobrażalnie wielką liczbę linii podziałów. W
efekcie widzimy podzieloną, fragmentaryczną rzeczywistość, której nie sposób
zrozumieć. Niemal każdy odczuwa mniejsze czy większe napięcie, spowodowane
ciągłym, nieprzerwanym osądem. Dla wielu jest to ciężar nie do zniesienia, bo
taki jest. Chorujemy, wpadamy w nałogi, wymyślamy absurdalne hobby. Szukamy
zadowolenia i szczęścia, które ciągle umyka, już prawie jest, ale nie, znów
oddala się gdzieś za horyzontem. Biegniemy dalej nie widząc, że sami niszczymy
to za czym dążymy. Dlatego niemal każdy, choć raz czuł w głębi siebie tę
przerażającą samotność, pęknięcie biegnące przez środek duszy. Nie sposób na
to patrzeć dłużej niż chwilę, więc zrywamy się do jeszcze szybszego biegu,
zmieniamy kryteria oceny, osądzamy inaczej, nowi partnerzy, nowe
zainteresowania, nowe znajomości, nowe wydarzenia, nowa praca, nowe miejsca do
obejrzenia.....nowe filmy, nowe książki....i tak bez końca, bez wytchnienia.
Nie widzimy, że to właśnie wszystkie nasze oceny, osądy, od najdrobniejszych
do tych najważniejszych, bez których uważamy, że nie da się żyć, oddzieliły
nas od świata niewidzialną siecią, to linie podziałów świata, którymi
otoczyliśmy się jak więziennymi drutami kolczastymi.
Jezus, Budda i wielu innych nauczało nas, że warunkiem wolności, szczęścia,
miłości, pokoju jest zaprzestanie oceny. To jest kluczem do ich nauk. Obrosły
one jednak komentarzami, rytuałami, instytucjami, tak by ta bardzo prosta
prawda nie została usłyszana.
Jeśli Bóg jest doskonały, to stwarza doskonale i rzeczywistość jest doskonała.
Jeśli, jak nauczał Budda, w każdym jest oświecona istota, budda, który jest
naszą prawdziwą naturą, choć chwilowo zakrytą chmurami niewiedzy, to tacy jacy
jesteśmy naprawdę, jesteśmy doskonali. Czy doskonałość można osądzić? Tylko
jako doskonałą. Ale po co wtedy w ogóle ją osądzać? Jest doskonała, jest więc
poza osądem. Jednak każda ocena doskonałości jako niedoskonałej, powoduje, że
doskonałość przestaje być widoczna. Zamiast doskonałości widzimy wtedy naszą
ocenę, naszą interpretację. I stwierdzamy: doskonałość nie istnieje, to stan
niemożliwy do osiągnięcia. Nie widzimy jak sami się oślepiliśmy. Osądzamy więc
dalej, biegnąc w szalonym błędnym kole. I dlatego można o nas powiedzieć:
patrzą, a nie widzą.
Porzucanie oceny, osądu przynosi ogromną ulgę, zmniejszają się napięcia,
dosłownie i w każdym sensie jest to uzdrawiające. Świat staje się coraz
bardziej przyjaznym, coraz bardziej zrozumiałym miejscem. Zaczynamy widzieć,
że każdy nam sprzyja. Nawet jeśli ktoś nas atakuje w jakikolwiek sposób, to
zaczynamy rozumieć, że nieustający proces oceniania uniemożliwia danej osobie
widzenie nas, takimi jakimi jesteśmy, bez etykiet, bez przebrań i masek. Ta
osoba tak naprawdę nie atakuje nas, atakuje wizerunki, interpretacje
rzeczywistości, które trzyma we własnym umyśle. I widzimy, że jest przez to
nieszczęśliwa, samotna, że cierpi, choć sama przed sobą udaje, że nie, bo
widzenie tego jest trudne do zniesienia. Widzimy, że krzywdzi siebie, a nie
nas. Powoli rodzi się współczucie. Gdy uwalniamy się od oceny, nie musimy
atakować żadnych fałszywych wizerunków, które dla siebie wytworzyliśmy. Inni
zaczynają to czuć. Zaczynają czuć, że mogą podejść do nas bez lęku, bez
konieczności bycia gotowym na atak. Czują, że ktoś wreszcie ich nie osądza.
Chyba nikt nie jest w stanie porzucić wszelkiej oceny z dnia na dzień. Każdy z
nas ma umysł trenowany od niemowlęctwa do oceniania. Porzucenie oceny jest
sprzeczne z tym co robi cały świat dookoła nas, który dosłownie wszystko
wartościuje, osądza, szufladkuje. Jest to jednak możliwe. Można zacząć od
korekty drobnych ocen. Krok po kroku, dzień po dniu, trochę mniej oceniania.
Im dłużej ten proces trwa, tym bardziej widoczne, z czasem wręcz namacalne są
efekty: brak napięć, radość a nie zadowolenie z czegoś, mijają dni, chwile
"obniżonego" nastroju, poprawa relacji dosłownie z całym światem, z każdą
osobą. Świat na naszych oczach scala się. Przestaje być poszatkowany, pocięty
i pomieszany w niezrozumiały wzór. Z czasem jest jasne, że to było więzienie i
dalsza praca staje się wręcz koniecznością, bo kto chciałby być w więzieniu,
jeśli może z niego wyjść?
Im więcej z nas podejmie się tej pracy, tym szybsza będzie naprawa świata. Bez
tego zaś jest po prostu niemożliwa.