Dodaj do ulubionych

Tragiczne pomylki w kuchni

    • Gość: pn Re: Tragiczne pomylki w kuchni IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl 02.02.04, 17:31
      zgroza, matko jedyna... daltego nie lubie niczego "tylkac" w gosciach ble!!
    • gusinka Re: Tragiczne pomylki w kuchni 02.02.04, 19:08
      Mój mąż odmrażając rybę przez pomyłkę ugotował ją razem z workiem, a potem
      chcąc choć trochę naprawić swój błąd odmroził jagody, polał śmietanką i
      mocno ..........posolił. Niezły pechozol jak na jeden dzień?
    • salamanda Re: Tragiczne pomylki w kuchni 02.02.04, 21:40
      Ja (na szczęście) żadnych większych wpadek nie zaliczyłam, za to moja ukochana
      prababcia kilka razy nas rozbawiła...
      Raz np. (a dawno to było), dostaliśmy, chyba w jakiejś paczce zagranicznej
      dostaliśmy bulion w proszku, taki w słoiczku. A że miał niemieckie napisy
      (słoiczek nie bulion) i kolorowe obrazki, więc został zachowany celem
      przechowywania w nim różności dostępnych i w Polsce. No i traf chciał, że
      został wsypany do niego cynamon. Babcia po niemiecku rozumiała doskonale, więc
      wzięła ten "klarowny bulion" i z powodzeniem zaczęła używać. Długo się
      głowiliśmy skąd ten dziwny smak w zupach serwowanych przez babcię...
      Kiedy indziej babcia zrobiła mi kanapki z pastą rybna. Niestety nie udało mi
      się tego zjeść. Babcia stwierdziła że grymaśna jestem i sama zjadła. Okazało
      się, że fachowcy zostawili trochę kitu po wymianie okien :)))
      Czajnik oczywiście spalany był regularnie. A i mięsko przypalone nierzadko :)
    • Gość: Jola Re: Tragiczne pomylki w kuchni IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl 03.02.04, 21:05
      Ponieważ różne "grzechy" były tu upubliczniane, przyznam się i ja. Otóż dwa
      razy upiekłam mięso, przez przypadek, bo potrawą docelową był rosół. Pierwszy
      raz w niedzielę wstawiłam rosołek, poszłam grzecznie z dziećmi do kościoła,
      wtedy jeszcze dawały się zaciągnąć, nie wziąwszy kluczy. Kiedy wróciłam, drzwi
      zamknięte, i wtedy przypomniałam sobie, że mąż miał jechać z samochodem do
      mechanika. Nie było jeszcze wtedy telefonów komórkowych. Poszłam do sąsiadów na
      trzecie piętro, ja mieszkam na pierwszym, i przez cztery godziny pociągałam
      nosem czy już nie czuć. Mąż przyjechał, wpadliśmy do mieszkania, mięso było
      przypieczone, śmierdziało, ale jeszcze się nie dymiło.
      Kiedy drugi raz przypaliłam rosół, postanowiłam mieć się na baczności,
      przestało to dla mnie być śmieszne. A było tak, w niedzielę wielkanocną
      wybieraliśmy się z wizytą, pomyślalam, że dobrze będzie jak w poniedziałek będę
      miała podgotowany rosół, wstawiłam mięso (zupełnie machinalnie nie myśląc)i
      spokojnie pojechaliśmy z wizytą. Koło siedemnastej, a więć po około sześciu
      godzinach dotarło do mnie, że coś takiego wykonałam, baaaaardzo spokojnie
      powiedziałam mężowi na ucho, że musimy wracać. Zachował zimną krew, pędził bez
      wymówek. A ja dobrze, że nie osiwiałam, przez te dwadzieścia minut, wyobrażając
      sobie wszystko w płomieniach. Kiedy wpadliśmy, znów rosół był w takim samym
      stanie jak poprzednio, czyli zero wody, mięso przywarte do gara i smród. Tego
      mięsa (w przeciwieństwie do poprzedniego) nawet pies by nie zjadł. I wtedy
      doszłam do wniosku, że jak nie zacznę myśleć przy gotowaniu (przede wszystkim
      rosołu) to kiedyś puszczę blok z dymem. Od tamtej pory bardzo się pilnuję. A ta
      opowiastka ku przestrodze, nigdy nie zostawiajcie samego gara na gazie.
      Pozdrawiam, cudny wątek muszą sobie spisać niektóre wątki ku przestrodze.
      • zmijka_sss Re: Tragiczne pomylki w kuchni 09.12.04, 16:30
        To fajnie, ze nie tylko ja jestem taka roztrzepana ;)
        Apropos zostawienia gotującej się zupy. Zrobiłam ogórkową i na konie zaprawiłam
        lekko śmietaną z mąką. Mały gaz, żeby tylko się zagotowała. No i bardzo się
        śpieszyłam gdzieś,zaraz wyszłam. Zupka gotowała się na małym ogniu jeszcze z 4
        godziny :) Mój facet zobaczył 1/4 na dnie, dolał wody i stwierdził,że jest
        pyszna (kurcze, naprawde była!!) Po prostu ekstrat zupy ogorkowej z wodą:)
        • jagoda85 Re: Tragiczne pomylki w kuchni 21.05.06, 14:15
          No cóż, był piękny lipiec, grzybobranie udane. Trzeba było grzybki marynować.
          Tak więc zalałam grzybki wodą z solą, i przed wyjściem do kościoła postanowiłam
          te grzybki zagotować. Pojechaliśmy na mszę, ksiądz miał kazanie akurat na temat
          plonów, i wtedy mnie olśniło, że na gazie zostały sobie grzybki. Ku zdziwieniu
          ludzi w kościele, wypadliśmy z mężem jak z procy, i pędem do samochodu, i do
          domu. Całą drogę się modliłam, żebyśmy zastali jeszcze dom, dodam, że był to
          dom naszych przyjaciół. Dom stał, ale grzybki i garnek wylądowały w śmieciach.
    • mejbi Re: Tragiczne pomylki w kuchni 05.02.04, 15:55
      Ale się uśmiałam, świetne historie!
      Ja miałam "przygodę" w czasach licealnych: razem z koleżanką pracowałyśmy
      podczas wakacji w barze w Augustowie.. Bar był niewielki i wybór dań też mały.
      Stałe menu to m.in zupy: zurek i flaki (jak to w barze..). Codziennie pod
      koniec dnia robiło się inwentaryzację, tzn. sprawdzało co zostało w kotłach i
      ewentualnie zlewało się jedną zupę do jednego gara. Serwowało się je jeszcze
      następnego dnia. Zajrzałam do jednego kociołka, do drugiego - w obu żurek, to
      hyc nie mysląc z jednego do drugiego.. ale po bliższym przyjrzeniu okazało się,
      że jednak zlałam do żurku... flaki! Było tego naprawdę sporo i dałby nam boss
      popalić za takie marnotrastwo. Wymyśliłysmy zatem z koleżanką, że wyłowimy z
      zupy flaki i tak też zrobiłysmy. Flaki do drugiego gara, zalałyśmy odrobiną
      wody z przyprawami podgotowałyśmy i zupa jak malowana! Flaczany "żurek" również
      został podgotowany, przyprawiony i... podany następnego dnia gościom baru. Obie
      zupy były z powodzeniem serwowane na drugi dzień i nawet żadnych reklamacji nie
      było! Chyba nieźle doprawiłyśmy ;)
      • Gość: marta Re: Tragiczne pomylki w kuchni IP: *.wlan.pl 06.02.04, 23:11
        typowo kulinarnych wpadek sobie nie przypominam, ale za to mielismy historyjke
        z czajnikiem. stary byl juz brzydki i rodzice postanowili nabyc nowy, co tez
        uczynili. pani w kasie w sklepie powiedziala, zeby w innym miejscu odebrali
        gwizdek, na co Tata odpowiedzial, ze gwizdkow nie lubi i jeszcze nikomu w
        rodzince sie nie udalo spalic czajnika. i, co latwe do przewidzenia, juz
        nastepnego dnia wstawilam sobie wode na herbatke i zaczelam sie uczyc. po 45
        minutach wrocil Tata i zapytal (dosc mocno poirytowany), co tak smierdzi.
        czajnik wydawal sie byc osmalony tylko z wierzchu, wiec usilowalam uratowac
        sytuacje, robiac sobie kolejna herbatke i usilujac wmowic mu, ze to nic
        takiego. mimo ogromnego samozaparcia herbatki nie dopilam, a nastepnego dnia
        kupilam nowy czajnik ;))

        pozdr. dla Mamy, tez sie pewnie zaraz dopisze :)
        • Gość: ultra75 Re: Tragiczne pomylki w kuchni IP: 207.159.92.* 06.02.04, 23:50
          Wlasnie sobie przpomnialam jedna moja (a wlasciwie "nasza" - moja i siostry)
          wpadke - moze nie za duza, ale za to bardzo intensywna zapachowo :-). Mialam
          wtedy jakies 7-8 lat, siostra odpowiednio 3 lata wiecej. Z uwagi na fakt, ze
          rodzice mieli tego dnia pozniej wrocic do domu dostalysmy od mamy polecenie
          PODGRZANIA sobie zupy (pomidorowej - pamietam do dzisiaj!) i oczywiscie
          zjedzenia jej - ryz zostal juz ugotowany wczesniej. Nie wiem, co nam tego dnia
          do glow strzelilo, bo "doswiadczenie" ;-) kuchenne jakies juz mialysmy, ale
          ubzdurzylo nam sie, ze trzeba te nieszczesna zupe gotowac az do momentu...
          powrotu rodzicow (czyli jakies dobre 3 godziny albo wiecej!). Efekt nietrudno
          przewidziec - TOTALNIE spalony garnek, nie nadajacy sie juz do niczego, smrod w
          calym mieszkaniu i (najgorsze) - nasze puste zoladki! Z tego co pamietam, to
          awantura byla spora :-).
        • Gość: nulka Re: Tragiczne pomylki w kuchni IP: *.wlan.pl 07.02.04, 18:20
          Czytam o czajniku i myślę "to zupełnie jakby moja córka pisała", spojrzałam na
          autora, no i właśnie to MOJA córka się pochwaliła. A czajnika nie było słychać,
          bo nie osadził się w nim jeszcze kamień.
          Przypomniałam sobie, jak to nastolatką będąc chciałam wykorzystać doświadczenie
          kulinarne sąsiadki i pod nieobecność mamy zrobić dżem agrestowy. Trzeba było
          przepuścić agrest przez maszynkę, dodać cukru, trochę pogotować i wlać do
          słoików. Z rosnącym zniecierpliwieniem mieszałam najpierw zielonkawą breję,
          później coraz ciemniejszą. Wieczorem dżem osiągnął pożądaną konsystencję, tylko
          kolor miał smolistoczarny.Nikomu nigdy nie udało się zgadnąć, z jakich owoców
          jest ten pyszny(!)dżemik.Teraz pektyny mam opanowane, robię nawet galaretkę
          porzeczkową wg babcinego przedwojennego przepisu
          • Gość: Puchatek Re: Tragiczne pomylki w kuchni IP: *.jezuici.pl 11.02.04, 12:45
            Suuuuuuuuuuuuper!

            1. Na jakiejś wyprawie, w małej chatce w puszczy, gotowaliśmy zupę. Gość,
            który wyprawę organizował, kazał każdemu wziąć torebkę zupy w proszku,
            tylko... nie powiedział, jakiej. Więc każdy miał inną.
            Co robić - władowaliśmy to wszystko do gara, wyszła "zupa mieszana". A że
            miało być tylko jedno danie - postanowiliśmy ją zagęścić. Kiełbaska? Czemu
            nie. Parówki? Do gara. Schabik pieczony ktoś miał? Chlup. Serek topiony?
            Jasssne.
            A jeden kumpel, stary kawalarz, patrzył na to wszystko, patrzył, i...
            wrzucił do gara pudełko kredek. Świecowych, chińskich. Na nasz wrzask bez
            słowa pokazał pudełko, na którym stało napisane "non toxic".
            Próby wyłowienia nic nie dały - kredki się rozpuściły, zostały tylko papierki.
            Zjedliśmy to, dobre było. I nikt się nie struł...

            2. Miałem chyba ze 12 lat, rodzice wyszli, coś miałem sobie odsmażyć na obiad.
            Zapalił mi się olej na patelni - nawet nie tak znowu strasznie. A ja,
            oczywiście, łap za patelnię i buch ją pod strumień zimnej wody. BUUUUCH! Jak
            mama wróciła, to się zdziwiła, jak sobie opaliłem rzęsy i brwi ;)

            3. Brzmi jak dowcip, ale autetyk - mój kumpel (miał wtedy 15 lat) jak został
            na parę dni sam (rodzice wyjechali), to któregoś dnia w szkole mówi mi: Stary,
            nie rozumiem. Chciałem sobie zrobić jajka na miękko. Ale zawsze mi wychodzą na
            twardo.
            Ja: A jak długo gotujesz?
            On: Kurcze, ostatnim razem to już gotowałem prawei 40 minut, a i tak były
            twarde!

            4. Była u mnie dziewczyna. Robiłem kawę. Taką prawdziwą, z ekspresiku
            typu "zanzibar" - stalowy pojemniczek, koszyczek na kawę, sitko, górny
            pojemniczek w którym zbiera się gotowa kawa.
            Siedzimy w kochni, romawiamy, romantycznie jest... Ekspresik zaczyna
            bulgotać... I nagle SRRRRRRUUUUUU! I cała kuchnia w czarne kropki. Moja
            ukochana też (a miała jasną kieckę!). Sufit. Kuchenka. Podłoga. Pies
            (zdziwiony). A my oboje - jak piegowaci.
            Co się okazało? Oczywiście zapomniałem założyć tego górnego sitka przed
            zakręceniem ekspresu...
            Ale obciach! Na szczęście dziewczyna miała poczucie humoru - od prawie 5 lat
            jest moją żoną. A numer z kawą powtórzyłem jeszcze dwukrotnie - raz w tydzień
            po ślubie, a drugi raz... tydzień po przeprowadzce, w zupełnie nowej kuchni.
            • Gość: bezecnymen Re: Tragiczne pomylki w kuchni IP: *.master.pl / *.master.pl 11.02.04, 22:15
              ja tam kuchnie znam...tylko z widzenia, czego czasem skutki sa opłakane:
              pewnego miłego popołudnia, po obiedzie, żona odebrała telefon i przerywając
              zmywanie popędziła do koleżanki,świetnie, chata wolna.... wykonałem kilka
              telefonów do kumpli i zasiedliśmy przy kilku butelkach i czymś pod...po paru
              kolejkach doszliśmy do wniosku, że przydałoby sie coś na ciepło, wpadam do
              kuchni, widzę garnek z barszczem czerwonym -był na obiad, garnek na gaz,
              podgrzałem rozlałem nabierka do szkła i dumny niosę chlopakom...wszyscy chwalą
              wyborny smak, więc po kolejną porcję wracam i jakież było moje zdziwienie, gdy
              do szklanki wlała sie szmatka do zmywania!!! żona zdąrzyła zalać prawie pusty
              garnek wodą by sie odmoczył przed umyciem:/
              • Gość: jk Re: Tragiczne pomylki w kuchni IP: *.net 12.02.04, 12:35
                Mój kuzyn pojechał jeszcze do NRD na kilkumiesięczną delegację.Gotowali sobie z
                kumplem zupki,a trzeci nic nie kupował,nie pomagał gotować tylko im pokryjomu
                wyjadał.Postanowili mu ugotować gulasz.W ogrodzie był zapuszczony basen pełen
                ślimaków-gulasz smakował,bo znikł.Ale poinformowano podjadka z czego był
                zrobiony.
                • arcykr Re: Tragiczne pomylki w kuchni 19.10.04, 16:27
                  Slimaki sa bardzo smaczne.
        • tom_aszek Tragiczne pomylki w kuchni - czajniki i olej 26.10.04, 15:01
          Witam wszystkich

          Zwykłe sfajczenie czajnika to standard, więc udało mi się to niestety urozmaicić:

          Czajnik I, w domu (byłem w podstawówce, IV czy V kl.): stary czajnik bez
          gwizdka, woda się oczywiście wygotowała, czajnik sfajczony, pogięty, gorący i
          śmierdzący. Co robi Tomaszek, żeby zamaskować przynajmniej smród spalenizny?
          Bierze ulubiony dezodorant mamusi i obficie psika na całą kuchnię. Cudem nie
          psiknąłem bezpośrednio na rozpalony czajnik. Powstała mieszanka spalenizny i
          wonnego kosmetyku mogła powalić nawet mocno zakatarzonych.
          Mamusia po powrocie i łatwych do przewidzenia następstwach kazała natychmiast
          wyrzucić czajnik, ale do śmietnika na dole a nie do zsypu, bo ten mógłby się
          zapchać (mieszkaliśmy w wysokim bloku). Tomaszkowi nie chciało się lecieć na
          dół, więc wyrzucił czajnik do wąskiego zsypu i ten się zapchał. W efekcie
          lokatorzy z wyższych pięter (7-10) przez pewien czas biegali ze śmieciami na
          piętro V, a Tomaszek w pocie czoła wydobywał czajnik z szybu zsypu.

          Czajnik II, u znajomych (byłem już sporo po maturze): Miałem pilnowac mieszkania
          znajomych, tj, przyjść wieczorem, świecić światło, puścić głośniejszą muzykę
          itp. Nastawiłem wode na herbatę (znajomi nie znoszą gwizdków na czajnikach i
          nigdy ich nie używają) i pogrążyłem się w przyniesionej ze soba papierkowej
          robocie (w pokoju). Muzyka zagłuszyła szum czajnika, katar przytępił
          powonienie... Niestety czajnik nie tylko sfajczył się, pogiął, sczerniał itp.
          Jego plastikowy uchwyt stopił się i spłynął na blachę czajnika, wydzielając
          odór, przy którym spalenizna woniała jak najpiękniejsze perfumy. Czajnik był tak
          rozpalony, że w żaden sposób nie mogłem go wynieść z mieszkania, musiałem czekać
          aż choć trochę ostygnie. Znajomi następnego dnia wrócili z podróży i nie mogli
          sobie nawet zrobić herbaty, bo nie było wtedy jeszcze supermarketów, w których o
          każdej porze doby można by czajnik odkupić. Przywiozłem im nowy czajnik dopiero
          nazajutrz i gorąco namawiałem ich na używanie gwizdka. O ile mi wiadomo -
          bezskutecznie.

          Sporo osób pisze o wrzucaniu frytek na rozpalony olej i małych pożarach. Mnie
          się udało to zrobić z rzadziej wspominanym produktem: plackami ziemniaczanymi w
          proszku. Miejsce akcji: kawalerskie mieszkanko krótko po wyprowadzeniu się od
          rodziców. Dla zaoszczędzenia czasu kupiłem sobie placki ziemniaczane w proszku,
          nalałem 0,5 l wody do miski (zgodnie z przepisem na torebce) i... zadzwonił
          telefon. Po skończeniu gadki stwierdziłem, że przeciez nie zjem sam całej paczki
          i nasypałem do wody tylko trochę, plus jajko, cebula itp. Ciasto absolutnie nie
          nabrało konsystencji ciasta, po prostu woda zabarwiona paćką ziemniaczaną.
          Bujając w obłokach (będzie ta randka czy nie?) władowałem pełną łychę substancji
          z miski na rozgrzany olej na patelni. No i jeb! Obyło się bez pożaru, ale
          niedoszłe ciasto + olej znalazło się nawet na przeciwległej ścianie. Dobrze że
          mimo lata akurat miałem koszulę flanelową a nie gołą klatę. Pa pa koszulo... pa
          pa obrusiku... pa pa czyste ściany... pa pa cała butelko płynu do mycia naczyń,
          zużyta do doprowadzenia kuchni do porządku :(((
    • Gość: Monik Re: Tragiczne pomylki w kuchni IP: 195.82.191.* 12.02.04, 01:58
      Dwa miesiace temu mialam operacje wyrostka, kiedy wrocilam ze szpitala moj
      facet chcial mi zrobic rosolek.
      Najpierw nalal do wielkiego gara wody potem wrzucil miesko, warzywa, przyprawy,
      wszystko na raz. Jak sie mozna bylo spodziewac zupa byla razem z taka pierzynka
      ktora sie robi zaraz na poczatku gotowania.Do tego warzywa byly jeszcze nie
      obrane, a cebula razem z luskami. Zjadlam nawet dobrze mu to wyszlo ale warzywa
      jadl sam.
    • Gość: oBłendNA Re: Tragiczne pomylki w kuchni IP: *.wroclaw.sdi.tpnet.pl 25.02.04, 12:43
      Miałam wtedy, 9-10 lat, z koleżanka z klasy postanowiłyśmy zrobić naleśniki,
      oczywiście nie przyszło nam do głowy skorzystać z tak przemyślanego sprzętu,
      jakim jest książka kucharska, przecież widziałyśmy jak robią to nasze mamy i na
      tym oparłyśmy cała naszą wiedze na ten temat. Zebrałyśmy produkty,
      wymieszałyśmy wszystko ładnie, wiedziałyśmy nawet ze ciasto ma mieć
      konsystencję kwaśnej śmietany. Przystąpiłyśmy wiec do smażenia, pierwszy nie
      wyszedł, ale przecież to się dość często zdarza, tylko ze kolejny też nie
      wyszedł, i kolejny, wszystkie się rozwalał. Zarzuciłyśmy robienie naleśników po
      5 nie udanych próbach, ciasto wylądowało w zlewie, imitacje naleśników w koszu
      na śmieci. Po pracy przyszła mama koleżanki ( to u niej odbywały się proces
      tworzenia ) i została poinformowania o naszym nie udanej próbie zrobienia
      naleśników. Jej jedynie stwierdzenie to: Zmarnowałyście mi jajka. A my zgodnym
      chórem: Zapomniałyśmy o jajkach.
      Od tamtej pory znam wiele przepisów na pamięć, ale zawsze korzystam z pomocy w
      postaci przepisu.
      • Gość: ultra75 Re: Tragiczne pomylki w kuchni IP: 207.159.92.* 25.02.04, 19:31
        Przypomnial mi sie jeszcze moj wujek, ktory kuchnie tez zna raczej z opowiesci
        i ewentualnie robienia herbaty, niz gotowania :-) - chcial kiedys zaskoczyc
        swoja zone (a moja ciotke :-)) i ugotowac barszcz czerwony z okazji jej powrotu
        z jakiegos tam wyjazdu. No i wyczytal w przepisie, ze trzeba nalac wody do
        garnka, wrzucic buraki i gotowac. Wszystko bylo by OK, gdyby te buraki
        najpierw.. obral! Ale tego juz w przepisie nie bylo :-).
    • Gość: kinamina Re: Tragiczne pomylki w kuchni IP: 194.146.201.* 25.02.04, 20:54
      w swieta Bozego
      Narodzenia moja babcia gotowala wode z cukrem na kompot i wode z sola na
      pierogi, ale produkty wrzucila odwrotnie
      mowie wam - pychotki slodkie pierozki z kapustka i grzybami i slony kompocik z
      suszu
      mrauuu
      skora mi cierpnie na samo wspomnienie
      • malwis19 Re: Tragiczne pomylki w kuchni 26.02.04, 12:51
        Ja też miałam niejedną przygodę w kuchni,a to gotowałam warzywa na sałatkę i
        zapomniałam o nich.Pamięć wróciła,gdy poczułam zapaszek dochodzący z kuchni.Na
        ratowanie było już zapóżno.Innym razem zapomniałam owe warzywa wyjąć z wody i
        tak sobie stygły i rozmaczały się.Były paskudne!Najgorsze,co mi się
        przypomina,to pieczenie ciasta na studniówkę.Jako,że potrafię robić to dosyć
        dobrze(wszyscy chwalą moje wypieki:)),więc podjęłam się tego zadania(a miałam
        wtedy coś ok.19lat)Upiekłam pyszne ciasto-naprawdę!Wyszło idealnie,na podłogę!!!
        Niosłam do drugiego,chłodniejszego pokoju,aby wystygło i wszystko wywaliłam!
        Myślałam ,że się załamię.Oczywiście z tej rozpaczy nigdzie nie poszłam i
        drugiego ciasta też nie miałam siły upiec.Pamiętam też jeszcze jak piekłam
        poraz pierwszy sernik,a miałam 15lat(dobrze,że mieliśmy w ogrodzie kury,to
        miały wtedy ucztę)Wrzuciłam do miski zgodnie z przepisem wszystkie
        składniki,wymieszałam i dodałam pianę ubitą z białek.Zamiast delikatnie ją
        wmieszać,to ucierałam ją wałkiem i dziwiłam się dlaczego ciągle jest na
        wierzchu.Sernik po upieczeniu miał gigantyczny zakalec,na całą grubość ciasta i
        był niezjadliwy.
      • Gość: SYNOWA Re: Tragiczne pomylki w kuchni IP: *.tsm.tarnobrzeg.pl 29.10.06, 23:35
        Moja teściowa zrobiła pierogi ruskie i na słodko z jabłkami.Ruskie posypała
        cukrem,a te z jabłkami słoną cebulką na maśle.Jako że to była "końcówka
        pierogów" a byliśmy głodni, pierogi umyliśmy pod kranem i już odpowiednio
        omaszczone zjedliśmy ze smakiem.
    • Gość: gosik Re: Tragiczne pomylki w kuchni IP: *.dip0.t-ipconnect.de 09.03.04, 00:51
      Moj tato jak zwykle noca buszowal w lodowce. Rano poskarzyl sie, ze mama nie
      doprawila rosolku. Okazalo sie, ze zjadl kocie jedzenie.

      Dziecko wloskich znajomych (4 latka), przybieglo do mojej cioci wolajac "Bueno
      riso, bueno riso". Potem zorientowalismy sie, ze pies dostal tego dnia ryz z
      miesem na obiad i jak zwykle, nie zjadl calej porcji.



      • Gość: Linn Re: Tragiczne pomylki w kuchni IP: *.dialup.tiscali.it 09.03.04, 11:06
        A dziecko bylo ich? Wloskie wolaloby "buon riso".
        • Gość: anka Re: Tragiczne pomylki w kuchni IP: *.75.56.185.brzesko56.ptc.pl 04.05.04, 20:08
          mój kolega prowadzi własną pasiekę. kiedyś postawił w spiżarni kilkulitrowy
          garnek z miodem. pech chciał, że jego siostrze zachciało sie robić frytki.
          zobaczyła garne z olejem (tak jej sie wydawało, że to olej) i postawiła na
          gazie. wrzuciła do teg miodu ziemniaki i zaczęła smażyć ;-)) zorientowała sie
          dopiero jak wszystko wykipiało. parę litrów miodku poszło na zmarnowanie ;-)))
        • Gość: koza Re: Tragiczne pomylki w kuchni IP: *.neting.com.pl 23.09.04, 18:27
          A jakby polski czterolatek wołał "dobly jiż" to buś pytał/a czy to nie Czech
          przypadkiem?
          • Gość: sabinka Re: Tragiczne pomylki w kuchni IP: *.internetdsl.tpnet.pl 02.11.04, 13:34
            umówmy się... bueno to po hiszpańsku... żadne dziecię włoskie nie będzie tak
            mówić. Jeśli już, to buono, ale to naprawdę i tak jest kosmicznym błędem!~
            • Gość: nova Re: Tragiczne pomylki w kuchni IP: *.klc.vectranet.pl / 195.85.229.* 30.04.05, 18:31
              zauważyłyście, że to historia o dziecku, które zjadło żarcie dla psa?
    • Gość: martini niezalog Re: Tragiczne pomylki w kuchni IP: 213.39.77.* 06.05.04, 00:48
      Moja pani od niemieckiego, taka mocno pod 60, przygode z gotowaniem rozpoczela
      calkiem niedawno. Kiedy za pierwszym razem robila kotlety mielone, wrzucala na
      patelnie lyzke tej masy miesno-cebulowo-bulkowej i czekala, az urosnie, bo byla
      przekonana, ze kotlety zachowuja sie mniej wiecej tak, jak ciasto
    • wiosen_na Re: Tragiczne pomylki w kuchni 06.05.04, 10:25
      Mnie się kiedyś zdarzyło, robiąc ciasto drożdżowe wsypać całe opakowanie
      proszku do pieczenia zamiast cukru waniliowego. Opakowania były podobne,
      wszystkie czynności wykonywałam machinalnie myśląc zupełnie o czym innym no i
      stało się ! Zorientowałam się dopiero po jakimś czasie, gdy ciasto piekło się
      spokojnie w piekarniku, a ja przypadkowo zajrzałam do kosza na śmieci. Ręce mi
      opadły, ale było już "po ptakach" (wyrażenie mojego męża). Chciałam wszystko
      wywalić, ale mąż mnie przekonał, żeby upiekło się do końca i wtedy spróbujemy.
      Jak będzie niedobre to wyrzucimy. Ja tego nie jadłam, ale on tak i stwierdził,
      że nie jest takie złe.
      Drugie wydarzenie to, gdy ugotowałam cały gar lecza. Było przepyszne, wyjątkowo
      mi się udało. Chciałam szybko wystudzić. Wstawiłam do wanny, odkręciłam zimną
      wodę i ... w tym momenie coś mnie oderwało, już nie pamiętam co. Jak wróciłam
      po dłuższej chwili garnek właśnie się topił, leczo rozpłynęło się po całej
      wannie. Rozpłakałam się strasznie i tyle było naszego jedzenia.
      • brunosch groza o poranku 06.05.04, 11:40
        Jak powiada Garfield : Lubiłbym poranki, gdyby nie zaczynały się tak wcześnie.
        Gdy jeszcze w Polsce kupowało się kawę w ziarnach, każdego ranka wrzucałem do
        młynka garść na taką solidną, mocną kawę, żeby móc się obudzić. Jednego dnia
        odkręciłem słoik, zmieliłem, nasypałem do kubka porządnie czubate dwie
        łyżeczki, zalałem wrzątkiem. Po wypiciu myślałem, że trupem padnę - udało mi
        się zrobić szatana z mielonej herbaty...
        • Gość: INteRNAUTKA Re: groza o poranku IP: *.tsm.tarnobrzeg.pl 29.10.06, 23:57
          Przyjechał do nas kuzyn z Gdańska ,mama zrobiła mu na drogę powrotną herbaty w
          termosie.Trochę za słaba ta kawa mówił po dojechaniu na miejsce.Jaka kawa????
          To była herbata!!!!!!!!
          OKAZAŁO SIĘ ŻE POMYLIŁA TERMOSY i zrobiła w tym w którym parzyło sie kawę ,a on
          "niby" kawosz ,wcale się nie "kapnął".
    • cylia9 Re: Tragiczne pomylki w kuchni 07.05.04, 17:07
      bylo to lat temu dwadziescia, bylam zmuszona rozpoczac kariere w kuchni (mama
      zlozona ciezka choroba).
      na warsztacie: kotlety mielone.
      wskazowki lecialy z sypialni do kuchni, wszystko sie udalo. poza jednym: mimo
      wsypania soli mieso nie nosilo sladow solenia.
      okazalo sie, ze zamiast soli uzylam sody :)) i to calkiem sporo, bo probuje i
      wciaz nie slone.... :)
      na szczescie cala rodzina przezyla bez sensacji (moze soda wybrakowana byla:)
    • Gość: lomas Re: Tragiczne pomylki w kuchni IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl 07.05.04, 19:50
      Może nie tragiczna, ale przykra zwłaszcza dla naszej biednej mamy:
      w czasach kiedy zdobycie robota kuchennego w naszym wspaniałym kraju należało
      do zjawiska w szufladce pt. "cud", postanowiłyśmy z młodszą siostrą upiec mamie
      tort z okazji Dnia Matki.
      Oczywiście ambitnie-książka kucharska , fartuszki na nas, wszystko
      przygotowane.No i w przepisie stało napisane: dodać kostkę masła a i owszem
      dodałyśmy-tylko skąd miałyśmy wiedzieć że masło musi być miekkie?
      Efekt; złamane widełki(na szczęście jakiś znajomy wkrótce dostarczył nowe) my
      zapłakane( no bo mamcia tak się cieszyła z miksera) i biedna mama kończąca sama
      swój prezent .
    • Gość: marianna Re: Tragiczne pomylki w kuchni IP: 62.233.217.* 08.05.04, 10:38
      popchnę w górę ten cudny wątek, coby się nie zmarnował:)
      mamunia moja nabyła, cudem, bo to była doba kryzysu, dwie paczki ulubionej
      heraty liściastej Yunnan. Przyniosła łup do domu, przesypała do oczekującej
      tego puszki eleganckiej, łyżeczkę umieściła na dnie szklanki, wstawiła wodę w
      czajniku; po uzyskaniu wrzątku z rozmachem zalała zawartość puszki..
      Pamiętam tylko te straszne wrzaski, bo resztę znam z jej opowieści..
      m.
    • Gość: kucharkaod7bolesci Re: Tragiczne pomylki w kuchni IP: *.icpnet.pl 08.05.04, 12:31
      Pierwszy raz robiłam sernik na zimno - taki z paczki. Zrobiłam sernik, wlałam
      do formy. Do gotowego sernika miałam dodać tężejącą galaretkę - no to sru! A
      potem to „dzieło” wstawiłam do świeżo umytej lodówki. Coś mnie tknęło, zaglądam
      jak tam sernik - a po galaretce ani śladu! Za to wszystkie produkty z dolnych
      półek umaziane w czerwonej galarecie :-/ Ja - ośla łąka, nie domyśliłam się, by
      dolać tej galaretki dopiero po zastygnięciu warstwy sernika, ech... A forma
      była nieszczelna… No ale koniec był szczęśliwy - sernik stężał, potem wlałam do
      niego nową galaretkę i wyszło smacznie.

      Bardziej dramatycznie: wtedy już byłam mężatką, ciężarną do tego. Ponieważ nie
      piłam kawy, w okolicach "Klanu" zdarzało mi się wpadać w letarg - przymknęłam
      oko, otwieram - lecą końcowe napisy ;) Mąż był wtedy w pracy, ja pokroiłam
      mięso w kostki i dusiło się ono na gulasz. Potem poszłam oglądać telewizję. Na
      szczęście chodził nasz dozorca i roznosił jakieś informacje ze spółdzielni -
      obudził mnie dzwonkiem. Wstaję - w kuchni pełno dymu, zaglądam do rondla -
      węgiel i... smród, taki ohydny ze słodkawą nutą... Kto spalił mięso ten wie
      jak niewyobrażalny to zapach i jak długo się utrzymuje w mieszkaniu. Mimo
      intensywnego wietrzenia zapach mnie straszne dusił. Mąż zapalił kadzidełko dla
      zneutralizowania zapachu, ale niewiele pomogło. Że ja wtedy nie odjechałam do
      Rygi to naprawdę dziwne (brzuszek miałam już pokaźny).

      I taka cwaniacka historyjka ;) : byliśmy z mężem na zakupach, on chyba ze
      cztery razy pytał czy aby na pewno już wszystko co jest potrzebne kupiliśmy. Za
      którymś razem już tak mnie wkurzył, że jakoś opryskliwie do niego odpysknęłam,
      że to ja jestem gospodynią to i wiem czego mi brakło w kuchni no i co trzeba –
      kupiłam. Wracamy do domu, on obrał ziemniaki, ja rozbiłam filety z kurczaka,
      które miałam smażyć jak schabowe, doprawiłam je, uszykowałam panierkę, patrzę…
      nie mamy jajek! Zgroza. Mogłam co prawda zlecieć na dół do sklepiku i dokupić,
      ale nie chciałam dać powodów do satysfakcji mężowi ;) A ponieważ potrzebowałam
      czegoś „mokrego” by mi się ta panierka przykleiła do kotletów to użyłam… mleka.
      Oczywiście kotlety wyszły a’la zelówki – z jajkiem to by były „puszyste”, a
      tak… Podczas obiadu jemy jakby nigdy nic, ja z miną pokerzysty, a mój mąż
      mówi „hmmm, jakieś dziwne te kotlety, nie sądzisz?”. A ja: „a czy to moja wina?
      Widać kura była stara…”. ;))))))))

      mało uczciwe, wiem :)))
    • Gość: kucharkaod7bolesci pierwsza zupa IP: *.icpnet.pl 08.05.04, 13:00
      i druga - wszystko w szkole podstawowej jeszcze.

      Miałam obgotować gnaty na zupę. Jak zajrzałam później do gara i zobaczyłam, że
      woda przestała być czysta i klarowna, to poleciałam biegiem to wylać do
      ubikacji. Następnie ugotowałam wodę w czajniku i zalałam tym osamotniony i już
      obgotowany gnat w garze. Mama się bardzo dziwiła, dlaczego ten "wywar" taki
      cienki ;)))
      Moja przyjaciółka ten sam numer wywinęła, gdy już kończyła liceum :)))

      Drugi raz wstawiłam gnata i wyszłam na "chwilkę" do sąsiadki. Wracam, w domu
      pełno dymu, gar spalony. Wyrzuciłam gar do kontenera, mama była wściekła...
    • Gość: wrześniowa Re: Tragiczne pomylki w kuchni IP: 62.233.217.* 08.05.04, 19:38
      robiłam rogaliki z ciasta franc. i do srodka w celu utrzymania dziurki zamiast
      metalowych patyków wsadziłam kolorowe kredki. Po wyjęciu z pieca ciastka były
      wewnątrz kolorowe i smakowały rysikiem.
    • cptniamo Tragiczne? 10.05.04, 15:01
      dosypałam sody zamiast soli do zupy. Różniły się tylko jedną literką.

      Zartowałam.
    • midoki Re: Tragiczne pomylki w kuchni 10.05.04, 23:45
      Jeden mój kolega smażył sobie kiedyś frytki. Olej wykipiał mu na palnik i
      zaczął płonąć. Po nieudanych próbach ugaszenia frytek wodą, udało mu się
      wreszcie stłumić pożar kocem. Kuchnia nie przeżyła.
      Inny mój kolega ugotował sobie w czajniku bezprzewodowym parówki. Wyrzuciliśmy
      czajnik, bo potem już nikt nie chciał w nim sobie gotować wody na herbatę...
      • Gość: hapa Re: Tragiczne pomylki w kuchni IP: 5.2.* / *.chello.pl 01.06.04, 18:57
        Gotowałam leniwe. Jak je wylałam na sito wszystkie przeleciały i nie było co
        jeść.
    • Gość: baboon Re: Tragiczne pomylki w kuchni IP: *.anu.edu.au 02.06.04, 04:30
      A czy komus udalo sie podac gosciom ciasto pokrojone na desce, na ktorej
      uprzednio siekany byl czosnek?
      • Gość: anmanika Re: Tragiczne pomylki w kuchni IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl 02.06.04, 13:54
        Kiedy po raz pierwszy w zyciu robilam paczki, nie wiedzialam, ze ciasto az tak
        rosnie. Przed wrzuceniem na tluszcz, uformowalam je rozmiarowo na gotowy
        produkt.....wyszly pilki futbolowe oczywiscie niedosmazone w srodku ale i tak
        wszystkie zostaly zjedzone.
        Zagadka kulinarna: upieklam kiedys ciasto, wyszedl gigantyczny zakalec, moja
        matka ktora jest swietna kucharka stwierdzila, ze cos zrobilam nie tak i
        upiekla to samo ciasto jak piekla je z 1000 razy.... wyszedl gigantyczny
        zakalec. Dotad nie wiemy dlaczego a analizowalysmy krok po kroku proces
        produkcyjny. To samo ciasto pieczemy po dzis dzien bez zakalca.
        Przygoda coprawda niekuchenna: zatkala mi sie wanna, hydraulik polecil wsypanie
        kreta do splywu i zalanie goraca woda. Postanowilam ten proces usprawnic:
        zagotowalam wode w garnku i dosypalam kreta. Rezultatem byla zalana kretem
        kuchnia, ale sie z siebie smialam.
      • morgana_le_fay No, cóż, dzisiaj niestety, niestety... 13.10.04, 12:53
        Ponieważ złożyła mnie paskudna grypa, postanowiłam ugotować coś, co nie wymaga
        myślenia, a starczy na parę dni naprzód. Padło na gołąbki, które akurat zawsze
        wychodzą bez pudła, nawet z zamkniętymi oczami.

        Dziwne są. Zapomniałam o cebuli...Wkroiłam do zalewy i teraz mam dziwne
        gołąbki w zupie cebulowej. Bleee.

        Jak rodzina wróci opowiem wam, czy poznali, że coś nie tak...
    • Gość: mała Re: Tragiczne pomylki w kuchni IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl 02.06.04, 21:11
      Też się dopiszę, choc pewnie moich hitów (wałkowanych naleśników i zupy z
      kredkami) nie pobiję.
      1. Parę lat temu rozpoczęłam chlubnie edukację kulinarną pod okiem mojej mamy,
      na pierwszy ogien poszły naleśniki. Jako że szło mi nieźle, mama nauczyła mnie
      także "tudniejszego" sposobu odwracania poprzez podrzucanie. Praktykowałam go
      dosyc entuzjastycznie, bo i widowiskowo wychodzi, jakby naprawdę było trudne, i
      zaimponować kumpelom będzie czym, i z tej radości jakos tak mi się ręką
      machnęło, że trafiłam patelnią w stojącą obok michę z ciastem. Micha była
      plastikowa, patelnia rozgrzana, a dziura, jaka powstała, zachwyciła całą
      rodzine regularnościa i użytecznościa jako alternatywna opcja wylewania
      zawartości (niestety mało praktyczna:))) Teraz mamy jeszcze dwie michy od
      kompletu, mniejszą i większą, ale naleśników na razie nie robię, ciutek sie
      zraziłam.
      2.W ramach dalszej edukacji polecono mi zrobic pierogi (bezpieczne, bo bez
      patelni), a ściślej biorąc, samo ciasto (nadzionko miała przygotować starsza
      siostra). Wzięłam więc książkę kucharska i dałam wszystko wg przepisu, wyszło
      to, co miało, więc byłam z siebie zadowolona, dopóki nie wróciła matka i nie
      zapytała, gdie sie podziało masło. Odpowiedziałam, że dodałam do ciasta, tak
      jak kazali w przepisie, na co moja siostra z matką dostały niesamowitego ataku
      śmiechu. Tłumaczyły mi potem długo, że chodziło o margarynę, ale ja się
      obraziłam i powiedziałam, że jak chcą, żebym interpretowała przepisy i
      domyślała się, co miał na myśli autor pisząc "masło"(bo może następnym razem
      będzie to śmietana?), to niech sobie same gotują, bo ja chcę instrukcje, w
      których wyraźnie wiadomo, o co chodzi.
      Ostatni za to do wszystkiego daję przeróżne zamienniki, bo mi kasy nie starcza,
      i zamiast masła dałam do ucieranego sernika masmix(dziwnie pachniało), a
      zamiast 3 serków waniliowych - 2 naturalne (tańsze) i tylko 1 słodki, ale
      różnicy w smaku nie zauważono:)
      • Gość: marcin Re: Tragiczne pomylki w kuchni IP: *.pgi.waw.pl 03.06.04, 15:04
        Przypomniało mi się kilka rodzinnych anegdot związanych z kulnariami:

        Dziadkowie mieszkali "po złej stronie" Świnoujścia - wszędzie daleko i
        przeprawa promem. Mieli wilki ogród i sad przy domu, a że były to lata 50-te, z
        zaopatrzeniem bardzo żle, trzymali kury, kaczki, gęsi, króliki. Z owocow
        robione było wino. Któregoś razu babcia odlewała wino z wiśni i szkoda jej
        było wyrzucić tak całkiem na śmietnik owoców, więc sypnęła je wszystkie do
        korytka dla drobiu - zupełnie nie pomyślała o konsekwencjach... Pojechała na
        sprawunki na drugą stronę.
        Kiedy dziadek wrócił z pracy, zobaczył leżący na podwórzu drób. Przystąpił do
        dzieła. Po powrocie babci, zmartwiony oświadczył: "Dziusiu, jakaś zaraza na
        ptactwo padła! Te które już nie żyły powyrzucałem na śmietnik, zakopię potem, a
        te co jeszcze dychały podożynałem!" Jakieś 50 sztuk wybił..."Martwe"
        wytrzeźwiały po kilku godzinach.

        Ojciec pracował tak, że po 2-3 dni był poza domem, czasem zdażało się tak, że
        wracał wieczorem a rano już musiał wyjeżdżać. Często przywoził różne dziwactwa
        i rzeczy przydatne. Były to lata 80-te, więc kupowało się często "co było".
        Trzeba dodać, że kuchnia to jego hobby. Pomiędzy wyjazdami zdążył któregoś razu
        tylko się przepakować, wypakować zakupy i jechał dalej. Zostało między innymi
        ok. kilogramowe, szare pudełko, na którym widniał rosyjski napis "Gorczicznyj
        praszok". Mama nie miała kontaktu z rosyjskim od czasów szkolnych, ja pyłem w 6
        klasie, więc dopiero na początku edukacji. Drogą dedukcji, stwierdziliśmy,
        że "gorczicznyj" znaczy "do garnków". Mama szorowała uparcie łazienkę i
        naczynia proszkiem z... gorczycy, klnąc przy tym szpetnie na radzieckią chemię
        gospodarczą. Ojciec kupił to, żeby samodzielnie robić musztardę...

        Ojciec miał cudowną ciotkę! Uwielbiała gotować i jeść! Miała tylko taką
        sąsiadkę/koleżankę, która często "wpadała" zupełnie niepotrzebnie... akurat
        kiedy gołąbki, czy ulubiona cioci kaczuszka dochodziły... Często robiła więc
        tak, że gasiła światło, zamykała drzwi na klucz, wyłączała radio i w ciszy
        czekała aż potrawa dojdzie, żeby zjeść bez "gościa". Któregoś razu, kaczuszka
        się piekła, a ciocia stwierdziła, że weźmie prysznic! Pech chciał, że w
        łazience złamała nogę. Doczołgała się jednak najpierw do drzwi, które zamknęła,
        potem do piekarnika. Kaczkę wyjęła, zjadła, po czym zadzwoniła po moją babcie,
        swoją siostrę, żeby przyszła z kluczem i na pogotowie.

        Rzeczona Ciocia, przed wypadkiem z nogą miała jeszcze męża (drugiego z resztą).
        Były to lata wczesne 70-te, mąż na stanowisku kierowniczym w przedsiębiorstwie
        od zaopatrzenia sklepów - porządany i "uwielbiany" w każdym towarzystwie.
        Często wracał poźno w stanie "wskazującym". Któregoś razu wrocił tak późno, że
        ciocia spała. Jej mąż wrucił, rozejrzał się po kuchni... i ze smakiem zjadł
        bitkę wołową w sosie. Nie podgrzewał, tylko z chlebem...
        Rano wstali oboje, ciocia obrażona, ale on, żeby ją udobruchać, zaczął chwalić
        pyszny obiadek, który zjadł po powrocie. Ona najpierw głąboko zaczęła szperać w
        pamięci, po czym śmiejąc się oświadczyła "Stary durniu!!! Zjadłeś zmywak, bo
        zotawiłam go w przypalonym garnku, żeby się odmoczyło!!!". Rozwiedli się, ale
        chba nie przez zmywak...

        Przed Wielkanocą wpadłem na pamysł zrobienia mazurka wg. pomysłu p. Bliklego -
        oni sprzedają to jako ciastka florenckie. Poszukiwania masy marcepanowej
        spełzły na niczym, więc nie poddając się podjęłem decyzję samodzielnego jej
        zrobienia. Nie jest to problem, tyle tylko, że pracochłonne. Migdały pięknie z
        żoną obraliśmy (kilogram prawie...), ale siekać ręcznie... malakser
        uszkodzony... Ale jest blender!!! Zapchał się po 3 sekundach. Nie zastanawiając
        się wcale, zacząłem PALCEM wydłubywać migdały i... niechcący włączyłem...
        Skończyło się na kuchni zalanej krwią i palcu zszytym w szpitalu. Ze zszytym
        palcem ciacho skończyłem!!! :-)))))))

        Spalonych czajników, garnków, zwęglonych ziemniaków, płonących patelni nie
        umiem zliczyć. Przesolonych/przesłodzonych zup, posłodzonych majonezów, papryk
        ostrych zamiast słodkich itp również nie zliczę.
        • brunosch MARCIN ! 03.06.04, 15:30
          witamy na pokładzie! Dawno tak się nie obśmiałem jak przy historii o zjedzonej
          myjce! Z gęstym sosem.
          Rewelacja
          • Gość: morgenstern Re: tragiczne pomylki IP: *.atw.stud.uni-goettingen.de 04.06.04, 14:19
            Super watek!!!
            Ja tez mam taka przygode, a raczej moi rodzice...
            Bylam bardzo mala i postanowilam zrobic rodzicom sniadanie do lozka, buleczki z
            maselkiem i szyneczka. Maselko wyjelam z lodowki i jakos nie moglam go
            rozsmarowac, trwarde bylo strasznie. Wtedy po kawalku bralam maselko do buzi i
            je roztapialam, a potem na buleczki. Do dzisaj wszyscy to pamietamy.

            • linn_linn Re: tragiczne pomylki 04.06.04, 14:43
              Zawsze warto poczytac nowe przygody. Pijany drob ubawil mnie bardzo. Palec do
              zszycia mniej, ale tylko z uwagi na to, ze nie wolno smiac sie z cudzych
              nieszczesc.
          • Gość: nova Re: MARCIN ! IP: *.klc.vectranet.pl / 195.85.229.* 30.04.05, 18:51
            a ja już gdzieś słyszałam tę historię...
            • Gość: Gosia Re: MARCIN ! IP: *.dynamic.chello.pl 30.01.17, 16:53
              Pisała o tym Chmielewska, w Studniach przodków chyba.
        • komorka25 Re: Tragiczne pomylki w kuchni 23.10.05, 21:06
          Gość portalu: marcin napisał(a):

          > Przypomniało mi się kilka rodzinnych anegdot związanych z kulnariami:

          Któregoś razu babcia odlewała wino z wiśni i szkoda jej było wyrzucić tak
          całkiem na śmietnik owoców, więc sypnęła je wszystkie do korytka dla drobiu -
          zupełnie nie pomyślała o konsekwencjach... > Kiedy dziadek wrócił z pracy,
          zobaczył leżący na podwórzu drób. Przystąpił do dzieła. Po powrocie babci,
          zmartwiony oświadczył: "Dziusiu, jakaś zaraza na ptactwo padła! Te które już
          nie żyły powyrzucałem na śmietnik, zakopię potem, a te co jeszcze dychały
          podożynałem!" Jakieś 50 sztuk wybił..."Martwe"
          > wytrzeźwiały po kilku godzinach. (...)
          >

          > Często wracał poźno w stanie "wskazującym". Któregoś razu wrocił tak późno,
          że ciocia spała. Jej mąż wrucił, rozejrzał się po kuchni... i ze smakiem zjadł
          > bitkę wołową w sosie. Nie podgrzewał, tylko z chlebem... Rano wstali oboje,
          ciocia obrażona, ale on, żeby ją udobruchać, zaczął chwalić pyszny obiadek,
          który zjadł po powrocie. Ona najpierw głąboko zaczęła szperać w pamięci, po
          czym śmiejąc się oświadczyła "Stary durniu!!! Zjadłeś zmywak, bo
          > zotawiłam go w przypalonym garnku, żeby się odmoczyło!!!".

          Chmielewska się kłania. Anegdoty ładne, ale nie własne
          • Gość: marcin Re: Tragiczne pomylki w kuchni IP: *.pgi.waw.pl 18.11.05, 13:38
            w życiu Chmielewskiej w ręku nie miałem!
            anegdotki z życia wzięte, choćby najbardziej niewiarygodnie brzmiały! A że
            podobne historyjki zdażały się i innym, to tylko świadczy o tym, że nic nowego
            pod słońcem!
      • wojtow Re: Tragiczne pomylki w kuchni 14.06.04, 10:28
        Czas opisać moją pierwszą, wczorajszą wpadkę. Do ciasta na naleśniki wsypałam
        mąki ziemniaczanej..... i próbowałam je zrobić.
        Słuchajcie horror, w ogóle nie chciały się smażyć, mąka wyłaziła i były
        gumiaste - do kosza :)
      • rearden Re: Tragiczne pomylki w kuchni 03.07.05, 16:09
        Gość portalu: mała napisał(a):
        > 2.W ramach dalszej edukacji polecono mi zrobic pierogi (bezpieczne, bo bez
        > patelni), a ściślej biorąc, samo ciasto (nadzionko miała przygotować starsza
        > siostra). Wzięłam więc książkę kucharska i dałam wszystko wg przepisu, wyszło
        > to, co miało, więc byłam z siebie zadowolona, dopóki nie wróciła matka i nie
        > zapytała, gdie sie podziało masło. Odpowiedziałam, że dodałam do ciasta, tak
        > jak kazali w przepisie, na co moja siostra z matką dostały niesamowitego
        ataku
        > śmiechu.

        Nie wiem dlaczego. Ja *zawsze* daję masło. I to prawdziwe masło, jeśli nie ma w
        sklepie innego jestem w stanie do pierogów kupić masło firmy President (ok.
        5zł), ale masło musi być masłem!

        Swoją drogą z pierogami też mam historyjkę:
        Przepis na pierogi mam od babci, udoskonalany przez dwa pokolenia, co nie
        zmienia faktu, że tylko osoby z mojej rodziny potrafią zrobić takie pierogi.
        Jedną z różnic jest to, że dodaje się nie zwykłej wody, ale wody przegotowanej,
        jeszcze dosyć ciepłej. Póki mieszkałam z babcią, zawsze ona robila ciasto, ja
        się tylko przypatrywałam. Kiedy wyprowadziłam się na swoje dostałam na małej
        karteczne dokładny przepis na ciasto. "dolej szklankę gorącej, przegotowanej
        wody" potraktowałam dosłownie. Ledwo woda zawrzała i czajnik się wyłączył,
        nalałam szklankę na kupkę mąki, masła i jajek. Wszystko się rozpłynęło, a było
        tak gorące, że nie byłam w stanie nijak zatrzymać powodzi...
        Teraz już wiem, że woda ma być tak gorąca, by nie parzyć, co w moim wykonaniu
        oznacza 40stopni...

        rearden
    • Gość: alice Re: Tragiczne pomylki w kuchni IP: 81.15.254.* 04.06.04, 16:14
      Przypomniała mi się historia z czasów, kiedy to wszystko w sklepach było na
      kartki. Dostaliśmy z mężem jakieś wino z bąbelkami. Było tak niesmaczne, że
      odstawiłam go nana bok obok butelki z wodą do podlewania kwiatów. Po kilku
      dniach wzięłam sobie taką buteleczkę i bezmyślnie podlałam szampanem wszystkie
      kwiaty. Przy ostatnim polałam trochę paluchy no i stwierdziłam, czym podlałam.
      Kwiatom to nie zaszkodziło - pewnie dlatego, że był karnawał.
      • Gość: morena.p Re: Tragiczne pomylki w kuchni IP: *.idea.pl 28.09.04, 22:58
        Nie mogę wymienić wszystkich pomyłek, bo "moja kuchnia" głównie z takich sie
        składa ale przypominam sobie najbardziej spektakularną. Wymiksowane zgodnie z
        przepisem ciasto piekło sie w piekarniku a ja zajęłam sie praniem. Moje dziecko
        nadzorowało wypiek i relacjonowało stan;"Mama ciasto wychodzi z foremki" To
        bardzo dobrze, rosnie i tak ma być. Za chwile: "mama ciasto wychodzi..." Dobrze
        tak ma być ! " Ale mama ciasto wychodzi z pieca..." Nie uwierzyłam ! Po chwili
        zajzałam do piekarnika, hmm w tortownicy była tylko jakas pajęczyna, reszta
        czegos przyklejona w piekarniku. Po długim rozważaniu stwierdziłam, ze paczka
        proszku do pieczenia powinna zawierać 1 porcję, a moja zawierała cztery!
    • Gość: sue Re: Tragiczne pomylki w kuchni IP: *.chello.pl 05.06.04, 18:18
      jak byłam mała chciałam zrobic rodzicom niespodzianke i cos tam upichcic. w
      ksiazce kucharskeij napisali dodac 1/2 szklanki mleka. no wiec ja grzecznie
      dodalam 1 lub 2 szklanki a ze robilam duzo jedznei to dodalam 2 zamiast
      polowy!!! no coz w szkole jeszce wtedy nie mialam ulamkow:)
      moj tata kiedys przyszedl do domu i chcialo mu sie pic, na stole stala szklanka
      z sokiem jablkowym-jak tweirdzil-wiec wypil za jednym razem. niestety to mama
      zostawila olej w szklance...wspolczulam tacie!
      mamam zostawia u nas czasem oddzielnie kluski i odzdzielnie zupe jak gostuje
      wczesniejszego dnia wieczorem bo nie ma czasu, mama potem pyta taty czy zjadl
      rosol, tata mowi ze tak tylko jakis taki rzadki...no pewnei ze rzadki jak
      zapomnial dodac klusek:) hehe taki sam rosol zjadl!
      no i jeszce kiedys zostalysmy z siostra w domu same, stwierdzilysmy ze zrobimy
      rodzicom niespodzanke i tak ja mialam ugotowac obiadek a siostra posprzatc
      mieszkanko. robilam nalesniki i juz konczylam smazyc kiedy siostra przypomniala
      sobie ze do czajnika dodala odkamieniacz i pozostwila na jakis czas zeby
      zadzialal, a moje nalesniki byly z tej wlasnie wody...coz dobrzez jednka ze
      sobie przypomniala bo ja nie wiem czy bysmy przezyli bo takim obiadku!
      • Gość: szopen Re: Tragiczne pomylki w kuchni IP: 204.79.89.* 14.06.04, 11:13
        Kiedys "w latach 80" olej byl w takich pollitrowych butelkach jak wodka, w
        takich samych byl tez zageszczony sok SORBOcostam dodawalo sie tego do wody.
        Kiedys moja babcia usmazyla placki ziemniaczane na tym soku.
        Dopiero byl dym i smrod. A babcia narzekala ze komunisci to nawet oleju zrobic
        nie umieja.
    • kasiak1104 Re: Tragiczne pomylki w kuchni 14.06.04, 11:43
      tak, robiłam proszony obiad, miał być z dwóch zdań. Jako zupę miałam podać
      barszcz ukraiński. Wyszedł pyszny, ale wszystko było jeszcze twardawe, więc na
      małym ogniu miał sie jeszcze gotować jakiś czas. Ja zaś poszłam oglądać tv. PO
      jakims czasie obudzuł mnie (tak, zasnęłam)potworny smród - na dnie garnka
      skwierczała resztka zawartości warzyw z braszczu. Na pretce musiałam wymyślać
      nową zupe
    • aga857 Re: Tragiczne pomylki w kuchni 19.06.04, 22:49
      Gdy miałam lat około 10, zostałam z moim młodszym bratem w domu. Postanowiłam
      zrobić naleśniki. Ciasto już umiałam wykonać, ale należało te naleśniki jeszcze
      usmażyć. Wylałam pierwszy nalesnik na patelnię, usmażyłam z jednej strony i
      profesjonalnie podrzuciłam do góry. Nalesnik jednak, zamiast powrócić na swoje
      miejsce, czyli patelnie, przykleił się do ściany :) Ślad po moich pierwszych
      nalesnikowych próbach pozostał do czasu remontu, a brat do tej pory wypomina mi
      moje kucharzenie ówczesne.
      • Gość: kaśka Re: Tragiczne pomylki w kuchni IP: 80.48.236.* 21.06.04, 18:10
        :)na górę go!!!
        świetny wątek:)popłakałam sie:)pozdrawiam pechowców kulinarnych:)
Inne wątki na temat:

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się


Nakarm Pajacyka