moja Mama

11.09.07, 23:03
Dziś mija miesiąc jak moja Mama zasłabła i trafiła do szpitala, skąd
nie wróciła już do domu. Za kilka dni minie miesiąc jak od nas
odeszła. Mama miała wylew, operacja jej nie pomogła, już sie nie
obudziła, stwierdzono śmierć pnia mózgu i po przejściu procedur
szpitalnych odłączono Ją od leków. Mamę dzieliło 90 sekund od
przejścia na drugą stronę, tylko... właściwie kiedy to się stało?
Mama umierała czter, może pięć razy. Za każdym razem bardziej. Czy
można umrzeć jeszcze bardziej jak już raz sie umarło? Nie umiem
poradzić sobie z tym. Operacja była po południu, potem jeszcze
robiono rezonans, stan był krytyczny. Rano stan bez zmian, a potem
nagle kolejny rezonans i słowa lekarza "nie uratujemy jej". Wyrok.
Śmierć pnia mózgu. Mama umarła pierwszy raz. Potem znów umarła w
nocy, znów nam to powiedziano po kolejnych badaniach. Następnego
dnia przed południem kolejne badania - znów informacja, że Mama nie
żyje. Jak to? Jestem z nią cały czas, mój Tato i bracia też. Czujemy
Ją, ma ciepłe dłonie (te same które nas przytulały, karmiły,
pielęgnowały i karciły), serce bije, puls jest wyczuwalny - jak to
nie żyje?! Medycznie to rozumiem, ale tak naprawdę nie rozumiem...
Mamie wpisano w kartę godzinę śmierci 15.55, a nam powiedziano po
raz kolejny, że możemy się pożegnać. Byłam przy Niej cały czas z
moimi braćmi i Tatą. Trzymałam za rękę, poprawiałam włosy, a podobno
nie żyła, a przecież zyła na szyi pulsowała, serce biło... dopiero
wieczorem odłączono Mamie leki i wówczas wystarczyło 90 sekund aby
krążenie ustało. kiedy Mama umarła?! Kiedy?! Przeżyła 35 lat z Tatą,
nam nigdy niczego nie brakowało, dali nam miłość, wychowanie,
przykład swojego życia, miała 4 wnuki, które pewnie nie będą
pamiętać Babci. Może jak się uporam z chwilą śmierci Mamy będzie mi
łatwiej... brak, brak, brak...
    • olusia19 Re: moja Mama 17.09.07, 10:32
      Bardzo Ci współczuję, moja Mama odeszła 29 lipca, w pogodną
      niedzielę o 6 rano, kiedy senny poranek, rosa na trawie i nikt tak
      rano w niedzielę nigdzie się nie spieszy. Myślę, że medycynie wiele
      zawdzięczamy dobrego, ale także i złego. Dobre jest to, że powraca
      się do życia dzieci, usprawnia chorych, robi operacje na sercu,
      pomaga. Ale inna jest jeszcze strona medycyny - ratuje, gdzie
      powinno się dać spokój w majestacie śmierci, gdzie wynika szarpanina
      między wegetacją podobną roślinie, a odejściem, gdzie tak
      właściwie "żyje" aparatura i chemia, a człowieka już nie ma. Mam żal
      do lekarzy, że powiedzieli Mamie prawdę tak prosto z mostu, odebrali
      Jej nadzieję. Temu przypisuję szybkie Jej odejście. Mam żal, że
      wcześniej nikt nie rozpoznał choroby zrzucając przyczyny i objawy na
      podeszły wiek. Mam żal, że zamiast dać jej spokojnie
      odejść "ożywiano" ją jeszcze dodatkowymi kroplówkami, choć żyły się
      już zapadły. Jednocześnie wdzięczna jestem, że podawano Jej środki
      przeciwbólowe, które nie pozwoliły jej tak bardzo cierpieć.
      Skąplikowane jest życie i skąplikowana sprawa śmierci.
      Każdego czeka śmierć i dlatego dziwię się od dawna tym, którzy żyją
      jakby byli wieczni - bez moralności, bez umiaru, bez ograniczeń,
      wiary. Są pazerni, podli, a przecież też umrą. Nikt im nie mówi o
      śmierci, nikogo nie tracą, może zwariowali...
    • kam.mar Re: moja Mama 08.10.07, 14:40
      Zmagam się z podobnym problemem, moja Mama jest jeszcze podłączona
      do aparatury, ale lekarz mówi mi wprost, że mózg jest na tyle
      uszkodzony, że już nigdy nie będzie samodzielnie żyć... czyli jeżeli
      żyje tylko dzieki aparaturze i jest to stan trwały to tak jakby nie
      żyła? Nawet nie próbuję w tej sytuacji analizować tego, co do mnie
      mówią lekarze, po prostu to akceptuję nawet jeśli wydaje mi się bez
      sensu. Czuję się przygnebiona, przerażona i zagubiona i nie wiem,
      jak sobie z tym poradzić. Też mam poczucie, że gdyby te wszystkie
      medyczne informacje były bardziej zrozumiałe, było by mi łatwiej...
Pełna wersja