tuszeani
13.01.16, 11:37
Przeprowadziliśmy się kilka miesięcy temu do nowego, większego mieszkania i od tej pory Młody zaczął się bać być sam w pomieszczeniu. Twierdzi, że boi się potworów i nie rusza się nigdzie bez męża albo mnie. I nie pozwala nam nigdzie ruszyć się bez niego.
Zrobiła się z tego sytuacja patowa, bo kiedy w domu jest z nim tylko jedna osoba dorosła, nie ma mowy o tym, żeby zrobić cokolwiek w czasie kiedy on jest przywiązany do jakiegoś konkretnego miejsca.
Np. siedzi (od pół godziny) na tronie w łazience, któreś z nas kwitnie przy nim. Ogląda bajki w dużym pokoju, nie ma opcji, żebym w tym czasie poszła po coś na chwilę do innego pomieszczenia. Przerwać oglądanie i iść ze mną też nie chce. Ma wreszcie swój pokój i lubi w nim przebywać, ale nie ma opcji, żebym ja w czasie jego (samodzielnej!) zabawy np. przygotowała kolację albo wstawiła pranie.
Staramy się podejść do tego ze zrozumieniem, ale czasami oznacza to totalny paraliż życia rodzinnego (np. rano kiedy jestem z nim sama, a trzeba sprawnie wyszykować się i wyjść z domu). Staramy się również, żeby w takich sytuacjach raczej włączać go w to co sami musimy zrobić, ale też nie zawsze jest to możliwe (np. kiedy siedzi na tym tronie). W dodatku mam coraz bardziej poważne podejrzenia, że strach się już dawno skończył (na początku był na pewno), a teraz Młody po prostu wykorzystuje nowy skutecznie działający argument do skupienia 100% naszej uwagi na nim.
Czy macie jakieś doświadczenia z tego rodzaju "strachem" u pięciolatka? Na ile jest to faktyczna potrzeba, a na ile sposób na zmanipulowanie rodziców? Młody ma głowę na karku i szybko załapuje, że "paluszek i główka to szkolna wymówka", w wyniku czego zdarzało mi się już pakować go w samochód pomimo jego dramatycznych relacji co do bieżącego stanu zdrowia. Mam coraz bardziej wrażenie, że z tym strachem zaczyna być podobnie ("jak powiem że się boję, to mama rzuci wszystko co robi i pójdzie ze mną bawić się do mojego pokoju").