dniut
16.10.13, 15:31
Jak można/trzeba/należy zachowywać się w relacjach z osobą chora na przemoc, by samemu nie zachorować a jej pomóc.
Wywodzimy się z rodziny w której rodzice uprawiali między sobą typową przemoc emocjonalną: nie odzywanie się do siebie albo kłótnie i awantury, trwanie z sobą, rodzenie dzieci, i ciągle wzajemna agresja, niechęc podszyta pogardą, brak szacunku. Mama dda, ojciec despota. Matka uważa się za pokrzywdzoną, zwrócenie jej uwagi, że też święta nie była powoduje tylko jej ograzę i użalanie się nad sobą. Zero normalnych rozmów, głównie mama tak zaskorupiała na swoich emocjach że ślepa na to jak dzieci to odbierały. Do tej pory rodzice wolą się do siebie nie odzywać, bo odezwanie się jednego nawet normalnym tonem implikuje agresję i wrogośc drugiego. My jako dzieci już się ich nie boimy. Potrafimy im zwrócic uwagę, powiedzieć by się uspokoili, hamują się przy nas bo wiedzą, że już nie akceptujemy takich zachowań i nie podporzadkujemy im się jak za czasów dzieciństwa, im też zalezy byśmy o nich myśleli lepiej i chcieli przyjeżdżać. Są już staruszkami.
Od kilku lat mieszka z nimi jedna z sióstr, dom jest jej.
I niestety jest problem.
Ten sam co z rodzicami kiedyś. Zachowuje się identycznie. Zachorowała na przemoc i stan aktualnie jest ostry. A ona wydaje się nie dostrzegac tego co robi.
Wiele lat rozmawiałyśmy na ten temat, potępiało się rodziców, że wredni, że źle się zachowują, źle się traktują, że przemocowi. Czytałysmy duzo psychologicznych tekstów żeby pomóc samym sobie i umieć sobie jako tako emocjonalnie radzić w życiu z takim bagażem.
Starałyśmy się wspierac nawzajem. wydawało mi się, że tak dużo wiedzy o tych problemach mamy, ze w jakimś zakresie umiemy same swoje czyny rozeznawać i nimi kierować, korygować to, co wiemy, że jest złe.
Było jako tako, myślałam, że będzie lepiej, dorastamy, jesteśmy mądrzejsi, mamy większa wiedzę, możemy współpracować. Tymczasem ostatnie jakieś 2-3 lata to narastające zachowania przemocowe w siostrze. I coraz bardziej nie da się do niej dotrzeć.
Siostra gdy jest poza domem, w towarzystwie obcych ludzi, potrafi się śmiać, odzywac normalnym tonem, rozmawiać, odpowiadac na pytania.
Dzień później gdy jest w domu zmienia się nie do poznania.
Przyjeżdżam w odwiedziny, staram się im w domu rodzinnym cos pomóc, ale: Pytam ją o coś- nie odzywa się albo cos burknie pod nosem. Robię coś- nie powie żebym robiła inaczej ale podniesionym tonem krytykuje to jak robię. Przynoszę jej coś co w mojej mysli może się przydać, pytam czy chce -nie powie "nie, nie chcę" , ale atakuje mnie agresywnie, że jej to tylko zagracac będzie!
Któryś rodzic nie radzi sobie z obslugą nowoczesnego sprzętu- nie wytłumaczy mu jak to robić, tylko wrzaskiem co on robi i wkurzona rzuca rzeczami. Rodzice chodza sterroryzowani bojąc się odezwać do niej bo znowu będzie się na nich wyżywać. Nie wiem, czy rozumieją, ze oto maja kalkę ich własnych zachowań sprzed lat.
Do tej pory przyjeżdżałam z myślą, że ciężko jest życ pod jednym dachem z tak toksycznymi jak nasi rodzicami. Starałam się ją wspierać, zabawiać, zagadywać by miała z kim porozmawiać (bo wiem, że z rodzicami w domu nie rozmawia, nie wymienia myśli, co najwyżej wydaje im polecenia), z natury jest samotniczką więc nie ma wielu znajomych którzy by ją odwiedzali i z którymi by się mogła zwierzac z osobistych spraw. Starałam się więc by mogła choć do mnie, zresztą mnie jej bliskośc tez była potrzebna, te bliższe rozmowy i tak były bardzo rzadkie ale czasem były, to ja gadalam, gdy ona miala lepszy nastrój to dołączala.
Równoczesnie jest to odoba pracowita, stara się w domu by rodzicom nie brakło nic, sprząta, wozi po lekarzach, zajmuje się. Nikt jednak nie ma przyjemności z tego, gdy talerz z obiadem połozy się przed nim z nienawiścią. Cóz z tego, że pełny talerz, jesli tak podany?
Ostatnio cos we mnie pękło.
Bo pojechałam w odwiedziny, wzięłam się jak zawsze za pomaganie w domu, akurat było trzeba posprzątać więc sprzątam, siostra cos pomaga w drugim pomieszczeniu, za chwilę wchodzi i agresywnie drze się na mnie, że wycieram złą ścierką! nie powiedziała normalnie " słuchaj, tej ścierki używam do brudów, weź lepiej tamtą" , ale podniesionym głosem huknęła "cożes to wzięła! rozbabrzesz wszystko!". Aż się skuliłam. Pytam czy nie może się normalnie odezwać? Milczy. Kończylam sprzatać ale czułam ohydne wrażenie , że .... wróciło moje dzieciństwo. I znowu te czasy, jak kuliłam się ze strachu, bojąc się że zaraz wpadnie do pokoju np ojciec i będzie wrzeszczał, że czytam książkę zamiast zająć się jakąś pracą. Albo że sfrustrowana matka wyżyje się agresywnie słownie na mnie, bo źle położyłam pieluchę do przebrania młodszego brata (nigdy nie wytłumaczyła mi jak tę pieluche kłasć, a wrzeszczała,gdy kładałam nie tak jak chciała).
Uciekłam wtedy od siostry z domu.
Niby podziękowała mi wtedy w smsie za pomoc, ale nadal gdy przychodzę w odwiedziny i o coć pytam to raz się odezwie, innym razem zignoruje. Na jakies moje propozycje (np co do zawiezienia rodzicow na badania) reaguje tonem niechętnym i podniesionym. Mam wrażenie, że czuje się pokrzywdzona tym, że jest z rodzicami na co dzień a oni jej "nie doceniają" a równocześnie nie widzi, że swoim wrednym przemocowym zachowaniem generuje dodatkowe problemy, kiepski stan psychiczny domowników i to, że wszyscy zaczynają jej unikać. Rodzice chorują a ja nie wiem o tym, bo ona się nie odezwie pierwsza nie udzieli informacji, nie powie "słuchaj, trzeba im zalatwić badania" , tylko sama wszystko załatwia wkurzona, że "musi". Wiele rzeczy można by lepiej wspolnie zorganizować ale ona ostentacyjnie robi sama, nie poprosi o pomoc, a wiem że w różnych kwestiach miewa wewnętrzne pretensje, że ktos się nie domyśli by cos zrobić tylko zostawia na jej głowie.
A to mnie rodzice pytają o jakies domowe sprawy, gdy jestem tam jako gość, bo ona im tez nie odpowie albo nawrzeszczy.
A ja teraz wchodząc do tego domu, wiedząc, że ona w nim jest i "rządzi" znowu poczułam strach jak kiedyś... I cała bliskośc jaką do niej jako siostry czułam, gdzies się schowala głęboko. Zamiast życzliwości został strach i chęć obrony przed agresorem. Jesli ja nie zacznę rozmowy pierwsza to ona się potrafi cały dzień nie odezwać, co najwyżej warknięciem krytyki czegoś co robię.
Wiem już, że nie umiem jej pomóc.
Ale może jakies wskazówki jak się do niej odnosić, by nie nawarstwic problemu i nie stworzyc jeszcze bardziej toksycznego układu między nami? To milczenie gdy jestesmy w jednym pokoju a ona pierwsza od siebie ani słowa zaczyna mi potwornie ciazyć. Bywać tam ciągle będą w ramach odwiedzania chorych rodziców..
I jak pomóc sobie w unormalnieniu kontaktów - bo jesli ona ot tak na mnie wrzeszczy, to znaczy że ja przyjmuję taką pozę, że ona czuje ze sobie może pozwolić....
Pani Agnieszko - jakies praktyczne rady?