olinek30
17.09.07, 11:56
W duzym skrocie - ja, maz, 6 lat po slubie, dwoje udanych dzieci (3
i 5 lat), domek z ogrodkiem - z boku sielanka, dla wielu udane
wymarzone zycie. Od srodka niestety inaczej. Maz mial niewatpliwie
bardzo trudne dziecinstwo, wiem o tym glownie z relacji jego siostry
i innych osob z rodziny, maz niechetnie mowi o tym co bylo zle,
podkresla jedynie to co bylo dobre. Matka - osoba baardzo
apodyktyczna, agresywna, egoistyczna, podobno znecala sie nad
dziecmi fizycznie i psychicznie, osiem lat temu po wylewie stracila
sprawnosc, do chwili obecnej nie mowi, slabo chodzi, ma niesprawna
prawa reke, jest wlasciwie zalezna od innych. Ojciec - dusza
czlowiek, cale zycie ulegly znosil dzielnie humory zony, do konca
(zmarl 1,5 roku temu) zajmowal sie domem, gotowaniem i chora zona,
starosc spedzil zajmujac sie niepelnosprawna agresywna kobieta,
notorycznie odmawiajac pomocy w postaci gosposi, pielegniarki itd.
Zmarl w szpitalu, mam wrazenie zmeczony zyciem. Moj maz - w tym
ukladzie dobry syn, bardzo zaangazowany w opieke nad rodzicami,
pomocny, do naszego slubu codziennie obecny w domu, co wazne - do
34ego roku zycia mieszkal z rodzicami. Ten szczesliwy uklad
zburzylam ja, mloda zona, zaraz po slubie zbuntowalam sie na wiesc o
planowanych przez meza codziennych wizytach u tesciow (na drugim
koncu miasta), coraz mniej godzilam sie na ciagle tam nasze wspolne
wizyty, od poczatku dbalam o nasza (tj swoja, meza i dzieci)
odrebnosc, prywatnosc, wspolny dom i coraz bardziej dziwilam sie
nieslychanie wrecz niesprawiedliwemu dla mnie rodzinnemu
ukladowi..... Maz bowiem ma dwie siostry, z ktorych jedna juz dawno
wyjechala za granice (do tej pory jej nie poznalam) a druga
konsekwetnie broni sie przed wiekszym zaangazowaniem w pomoc matce,
w organizowanie lekarstw,zakupy etc twierdzac ze matka na to nie
zasluzyla, ze nie czuje sie zobowiazana itd. w zwiazku z czym cala
odpowiedzialnosc za matke spada automatycznie na mojego meza. O ile
na poczatku znosilam to dzielnie, o tyle z kazdym dniem mam wrazenie
jest gorzej, nie radze sobie sama ze soba i swoimi emocjami, zaczyna
draznic mnie cala rodzina meza i on sam. Jakby z opoznieniem
zaczynam dostrzegac jak bardzo jest uwiklany w swoj wewnetrzny
konflikt, jest jakby miedzy mlotem a kowadlem, probuje dbac zarowno
o nas jak i o matke, a wiadomo nie zawsze to wychodzi.... Mam
wrazenie ze zyl i zyje nadal jak pogotowie ratunkowe, nie rozstaje
sie z komorka w obawie ze cos sie stanie, zadzwoni matka i trzeba
bedzie spieszyc z pomoca (jej lekkie potkniecie czy przeziebienie
grozi unieruchomieniem w lozku na cale tygodnie, nie tyle ze wzgledu
na komplikacje co charakter "panikary" mojej tesciowej i
przyzwyczajenia ze caly swiat kreci sie wokol niej). Jakikolwiek
nasz wyjazd na kilka dni czy na 2 tygodnie to dla mnie ogromny stres
bo nigdy nie wiem czy faktycznie wyjedziemy, czy nas w pewnym
momencie telefon nie zawroci z lotniska do domu. Mam wrazenie ze moj
maz to ofiara z tzw. "syndromu ofiary i kata" - mam wrazenie np ze
nasze dzieci traktuje podczas wizyt u matki jak maskotki, ktore maja
sprawic przyjemnosc matce. A ja powinnam grac dobra synowa chocby to
bylo w danym momencie wbrew logice i wszystkiemu. Dodam tu uczciwie
ze maz jest bardzo dobrym ojcem, w ogole dobrym czlowiekiem, z
czasem jednak na co dzien gdzies miedzy linijkami wychodzi agresja,
nieuswiadamiana przez niego chyba chec rozstawiania dzieci po
katach, ciaglego karcenia, dyscyplinowania itd. Czulosc jest ale
jest jej malo....
Moj problem dotyczy wlasciewie najbardziej mojej osoby, tego ze nie
mam do konca pewnosci, gdzie bylby moj maz np w czasie jakiejs
katastrofy etc - mysle ze najpierw ratowalby dzieci, ale kogo w
drugiej kolejnosci ????? nie wiem..... Moje proby rozmow zwykle
spelzaly na niczym. Pokrzyczalam, poplakalam i tyle. To ja jestem ta
zla, bo zdaniem meza trzymam rodzine meza na dystans, bo coraz
bardziej sie z tego wszystkiego "wylogowuje", bo mam dosyc i coraz
bardziej zamykam sie w sobie. Podsumowujac - oddalamy sie coraz
bardziej od siebie, mimo ze kilkakrotnie tlumaczylam mezowi ze bez
dbania o nas, o nasz zwiazek i nasza czworke bedziemy zyc coraz
bardziej obok siebie a nie razem. Bo w podbramkowych sytuacjach,
podczas swiat, przed wyjazdami etc to ja zajmuje sie domem,
zakupami, dziecmi, przygotowaniami itd a moj maz ma wtedy jeden
priorytet - matke. Jej sprawy, lekarstwa, opiekunke itd. Nasze
sprawy, tj moje i dzieci sa na drugim miejscu. A w takich wlasnie
podbramkowych sytuacjach to ja najbardziej go potrzebuje,. nie na co
dzien, bo na co dzien sobie radze. I wtedy wlasnie czuje sie
osamotniona i odsunieta na boczny tor. Dodatkowo juz nie umiem o tym
rozmawiac, bo glupio czekam ze moj maz zauwazy moj zal, moja
pretenje i moja potrzebe czulosci, zainteresowania. Tak jakby
tesciowa ma zawsze prawo czuc sie zmeczona, chora, zawsze ma prawo
potrzebowac pomocy, ja nie - ja sobie radze. To boli i boli z kazdym
dniem coraz bardziej, a ze sama jestem uparta i honorowa - nie
rozmawiam, bo boje sie ze skonczy sie klotnia i placzem, zamykam sie
w sobie i sama nie wiem dokad to zmierza......... Blagam pomozcie
mi, moze ktos byl w podobnej sytuacji, moze ktos zna dobrego
psychoterapeute od podobnych toksycznych zwiazkow, co ja mam
robic ????? Wcale sie nie zdziwie komentarzom w stylu "Widzialy
galy co braly" bo czasem tez tak mysle, watpie czy majac kilka lat
temu taka wiedze jaka mam teraz podjelabym decyzje o
malzenstwie........ Dodam tu ze nie chodzi tylko o kwestie
tesciowej, ze brakuje mi ze strony meza zwyklego codziennego
zainteresowania, troski, trywializujac - czuje ze maz "zalatwiwszy"
podstawowe potrzeby matki czuje sie wrecz zwolniony z obowiazku
troszczenia sie o kogokolwiek (poza dziecmi), czuje sie wtedy
rozgrzeszony i w pelni usprawiedliwiony ogladajac caly wieczor tv
czy wiadomosci. Tak jakby do dzialania motywuje go jedynie jakis SOS
od matki. Wszelkie wyjazdy, wypady to od lat moja inicjatywa, moje
pomysly i mam w pewnym sensie tego dosyc - dosyc "ciagniecia kogos
za uszy", chce czuc ze druga strona tez tego chce, chcialabym poczuc
ze maz naprawde chce ze mna spedzic czas a nie ze jest to wiecznie
moim dazeniem..,... Tak jakby nikt go tego nie nauczyl, czasem mam
wrazenie ze w ogole nie powinien sie zenic albo ze ja sie nie nadaje
do malzenstwa ........ POMOCY !!!! moje mysli kraza juz wokol
roznych rozwiazan - wyjechac ? rozmawiac bez konca ? pojsc na
terapie ? czy "potrzasnac" moim mezem -tj wyprowadzic sie ??? nie
wiem.