k.karen
14.03.14, 09:52
Trafiłam na ten artykuł przypadkowo. Mam alergię na tak zwane "pisarki drukowane", które mają pretensje do całego świata o to, że nie chce klęknąć przed ich "wytwórczością" na kolana. Najlepiej wychodzi im zadzieranie nosa, stękanie i wielkie aspiracje, które najczęściej nie idą w parze z talentem, pokorą i wartościami.
wyborcza.pl/piatekekstra/1,136816,15621261,Pisarska_lista_plac__czyli_ile_zarabiaja_pisarze_i.html#BoxSlotII3img
Co ma na myśli Malanowska?
"6800 zł. Tyle za 16 miesięcy mojej ciężkiej pracy. Wiem, że wkurwiające jest wylewanie frustracji na FB, ale mam ochotę strzelić sobie w łeb. PIERDOLĘ TO, pierdolę pisanie, pierdolę wszystko. GÓWNO< GÓWNO< GÓWNO
Według Malanowskiej problemem jest także rozliczanie autorów w zależności od liczby sprzedanych egzemplarzy - standardem jest 10-15 proc., zdarza się i 18 proc. od ceny hurtowej. Ale nie ma żadnego mechanizmu kontroli, czy wydawca informuje rzetelnie o tym, ile egzemplarzy sprzedał.
Wpis Malanowskiej wywołał szeroką dyskusję w branży. Krzysztof Varga z ironią pocieszał: „Niech się Malanowska cieszy, toutes proportions gardées, jest bowiem Malanowska bardziej czytana niż Joyce w czasach, gdy » Ulisses «miał pierwsze wydanie”. Jakub Żulczyk uznał, że pisarka „nie powinna się mazgaić”, skoro nie umiała zadbać o swoje interesy. On sam zarobił więcej, może dlatego, że do negocjowania umowy z wydawcą zatrudnił profesjonalnego agenta. Żulczyk wylicza wachlarz możliwości zarobku dla osoby pracującej w stolicy „w szeroko pojętej branży kreatywnej”: - Pracuję jako publicysta, felietonista, scenarzysta, zacząłem pisać dla teatru. Pisałem treatmenty filmów i klipów oraz scenariusze spotów społecznych. Da się z tego żyć - mówi.