15.11.04, 16:26
Ludzie, którzy po 1950 r. wyemigrowali z PRL do Niemiec, wciąż są obywatelami
polskimi. Czy mają prawo do majątku pozostawionego w Polsce?

Zrujnowana kamieniczka przy ul. Zamkowej 17, dwa kroki od rynku w Głogówku,
trafiła na pierwsze strony gazet. Sąd Rejonowy w Prudniku uznał, że jej
właścicielem jest skarb państwa, a nie mieszkający w Niemczech spadkobiercy
dawnej właścicielki, która przed 34 laty wyjechała do RFN. Wojewoda opolski i
szef SLD Krzysztof Janik złożyli gratulacje rzemieślnikom wynajmującym lokal
na parterze kamieniczki. Jednak to radość przedwczesna. Rozstrzygnięcie
prudnickiego sądu nie jest tamą, która zastopuje falę niemieckich roszczeń.

Niewykluczone, że przybędą nam tysiące, a może dziesiątki tysięcy
współobywateli z polskimi paszportami. I niektórzy z nich skutecznie upomną
się o swoje domy i pola.

Dokument podróży za ziemię

W 1980 r. Gertruda Golba, właścicielka trzypiętrowej kamienicy w Głogówku,
wyjechała na stałe do RFN. Po pozytywnym rozpatrzeniu podania o wyjazd do Rady
Państwa PRL musiała oddać dowód osobisty. W zamian otrzymała tzw. dokument
podróży. Oznaczało to utratę obywatelstwa. Kamieniczki nie zdołała sprzedać i
po prostu pozostawiła ją swojemu losowi. Skarb państwa na podstawie ustawy z
1969 r. na mocy prawa przejął jej dom. Tyle tylko że żaden urzędnik nie
pofatygował się, by nowego właściciela wpisać do księgi wieczystej.

Historia pani Golby to dość typowy los tzw. późnych przesiedlonych, czyli
obywateli polskich, którzy po wojnie zdecydowali się na emigrację do RFN.

Emigracja obywateli polskich do obu państw niemieckich zaczęła się na początku
lat 50. Przez następne 40 lat wyjeżdżali z Polski Ślązacy, Mazurzy, Warmiacy -
osoby uważające się na Niemców, ale także Polacy, który nie poczuwali się do
żadnych związków z kulturą niemiecką.

By wyjechać, należało złożyć do władz wniosek wyjazdowy. Co się działo, gdy
taki wniosek rozpatrzono pozytywnie? Oto typowe zawiadomienie z roku 1958:

"Ob. Wein Paweł, w: Krapkowice, ul. Parkowa 3.

Prezydium Wojewódzkiej Rady Narodowej, Urząd Spraw Wewnętrznych w Opolu
zawiadamia, że podanie Obywatela/ki/ w sprawie wyjazdu do NRF - NRD [skreślone
NRD - red.] zostało załatwione pozytywnie. W związku z tym należy zgłosić się
w dniu (...) po odbiór dokumentu podróży do Komendy Wojewódzkiej Milicji
Obywatelskiej (...) i przedłożyć następujące dokumenty:

1/ Dowód dokonanej wpłaty za dokument podróży w wysokości 300 zł od dokumentu
(...)

9/ Osoby posiadające ziemię lub nieruchomość winny rozporządzić swoją
nieruchomością jedynie w drodze rozporządzenia w formie aktu prawnego
(notarialnego w trzech egzemplarzach) umowy sprzedaży, aktu darowizny za rzecz
innych osób fizycznych lub prawnych. Oddanie nieruchomości w dzierżawę lub
najem albo ustanowienie pełnomocnika do zarządzania nieruchomością nie jest
rozporządzeniem nieruchomością i jako takie nie będzie honorowane".

W praktyce starania o uzyskanie takiego zawiadomienia były istną drogą przez
mękę. Władze udzielały zezwoleń niechętnie, starając się poprzez kolejne
odmowy zniechęcić obywatela do wyjazdu. Rekordziści składali podania ponad 50
razy! Co więcej, udzielaniu zgody na wyjazd towarzyszyły naciski urzędników
nieformalnie domagających się rozporządzenia nieruchomościami wedle swego
obstalunku. Najczęściej wydanie zgody na wyjazd uzależniano od zrzeczenia się
nieruchomości na rzecz skarbu państwa. Ale relacje wielu emigrantów świadczą o
tym, że przedstawiciele władz żądali także aktów darowizn lub sprzedaży
nieruchomości po zaniżonej cenie wskazanym przez siebie osobom - zwykle swoim
krewnym lub wspólnikom.

Wymuszanie darowizn ziemi na rzecz skarbu państwa odbywało się w szarej
strefie peerelowskiego prawa i było akceptowane, a nawet popierane przez
ówczesne władze. Wymuszanie ziemi jako łapówki dla urzędnika było ewidentnym
łamaniem obowiązującego wówczas prawa.

W łapach oszustów

Nawet jeśli wyjeżdżający oparli się naciskom i uzyskali dokument podróży,
musieli swe domy i ziemię sprzedać. A to nie było łatwe, zwłaszcza w drugiej
połowie lat 70.

Po podpisaniu przez ekipę Edwarda Gierka poufnych porozumień z rządem
kanclerza Helmuta Schmidta Warszawa zezwoliła na wyjazd do RFN 125 tys. osób.
W zamian otrzymała 1,3 mld marek jako rekompensatę za wypłacane przez Polskę
renty i emerytury dla robotników przymusowych III Rzeszy oraz 1 mld marek
kredytu. Ostatecznie, w ramach tzw. łączenia rodzin, do końca lat 70. Polskę
opuściło ćwierć miliona obywateli. W wielu wioskach na Opolszczyźnie podania o
wyjazd składali wszyscy mieszkańcy.

Wyjeżdżający nie mieli komu sprzedać swych gospodarstw, bo jeśli nawet któryś
z sąsiadów nie występował o dokument podróży, zamierzał to zrobić w
przyszłości - po cóż więc miał dokupywać ziemię? Gospodarstwa skupywali Polacy
z odległych miejscowości, zaniżając ceny. Powszechnie praktykowano w tych
latach proceder wymuszania na wyjeżdżających umów notarialnych opiewających na
niewielką część realnej wartości nieruchomości - rzekomo po to, by kupiec
zaoszczędził na podatkach. W rzeczywistości nieuczciwi kupcy nie dopłacali
wyjeżdżającym umówionych kwot. Poszkodowany z dokumentem podróży w kieszeni
zamiast dowodu osobistego nie miał żadnych szans na sprawiedliwość w
peerelowskich urzędach i sądach.

Jak wiele nieprawości i przestępstw popełniono, przejmując nieruchomości ludzi
emigrujących do RFN? Dziś nie sposób tego dociec. Bywalcy Mazur świetnie
wiedzą, że najatrakcyjniejsze gospodarstwa nad brzegami jezior emigrujący
właściciele dziwnym trafem sprzedawali najczęściej bonzom z aparatu władzy PRL
i ich pupilom.

Poseł niemieckiej mniejszości Henryk Kroll szacuje, że na Opolszczyźnie takie
przypadki szły w tysiące. Mówi: - Gdyby ci ludzie nie wyjechali, dziś
należeliby do mniejszości niemieckiej, więc jako mniejszość mamy moralny
obowiązek tę sprawę wyjaśnić.

Tylko jak? Kroll chciałby doprowadzić do powołania sejmowej komisji śledczej,
która zbadałaby kwestię wymuszania ziemi od emigrantów i oddała im
sprawiedliwość - raczej historyczną i moralną, gdyż po tylu latach skuteczne
udowodnienie przed sądami nadużyć urzędników i kontrahentów jest mocno
wątpliwe. Poza tym sprawy te dawno objęło przedawnienie.
Obserwuj wątek
    • laband Re: ps 15.11.04, 16:26
      Ślązak z Mazurem wracają po swoje (2)



      Innego zdania są dawni późni przesiedleni i ich spadkobiercy. Ci chcą dochodzić
      zwrotu lub odszkodowań za nieruchomości, których przed laty musieli się pozbyć
      wbrew swej woli i interesom. W staraniach tych wspiera ich Powiernictwo Pruskie.

      Czy mamy bać się ksiąg wieczystych?

      Jednymi z pierwszych późnych wysiedlonych, którzy na drodze prawnej zaczęli
      zabiegać o odzyskanie utraconej nieruchomości, byli spadkobiercy Ingeborgi
      Stralli (córki Gertrudy Golby). Wykorzystując - częsty w bałaganiarskiej
      praktyce urzędniczej PRL - to, iż w księgach wieczystych nie odnotowywano
      przejęcia nieruchomości przez skarb państwa, doprowadzili niedawno do wpisania
      siebie jako właścicieli kamieniczki w Głogówku.

      Do kontrataku ruszył starosta prudnicki reprezentujący skarb państwa. Zażądał od
      sądu uzgodnienia treści księgi wieczystej kamienicy z rzeczywistym stanem
      prawnym - czyli po prostu wykreślenia Ingeborgi Stralli i wpisania skarbu
      państwa jako właściciela.

      Sąd Rejonowy w Prudniku rozstrzygnął, że do ksiąg wieczystych ma być wpisany
      skarb państwa. Pełnomocnik spadkobierców pani Stralli od razu zapowiedział, że
      od wyroku będzie się odwoływał.

      Rozstrzygnięcie prudnickiego sądu potwierdza, że bałagan w księgach wieczystych,
      który spędza sen z powiek zainteresowanym, urzędnikom i opinii publicznej, jest
      kwestią najzupełniej drugorzędną. To prawda, że urzędy często nie wpisywały
      skarbu państwa jako nowego właściciela nieruchomości. To prawda, że wskutek
      urzędniczego bałaganu zdarzają się na ziemiach zachodnich i północnych sytuacje,
      gdy ta sama nieruchomość ma dwie różne księgi wieczyste i dwóch różnych
      właścicieli - w jednej księdze figuruje nazwisko dawnego właściciela przepisane
      z przedwojennych ksiąg niemieckich, w drugiej zaś - skarb państwa.

      Nie jest to jednak nieszczęście fundamentalne. Zawsze w takich zaniedbanych
      przypadkach właściwe sądy przywracać muszą zgodność faktycznego stanu prawnego z
      zapisem w księgach. Rozstrzygnięcie sądu jest ważniejsze od formalnego, lecz
      wadliwego wpisu hipotecznego.

      Od kilku miesięcy urzędy wojewódzkie sprawdzają zgodność zapisów w księgach
      wieczystych działek należących do skarbu państwa ze stanem faktycznym. Po trzech
      miesiącach na Opolszczyźnie starostowie przejrzeli dokumentację 5 tys. działek
      spośród 18 tys. należących do skarbu państwa. Niezgodności stwierdzono w blisko.
      500 przypadkach. Pozwala to ostrożnie szacować, że zapewne w nie więcej niż 10
      proc. ksiąg znajdują się wpisy niezgodne ze stanem faktycznym.

      Eksperci prawni są zdania, że jedyne istotne niebezpieczeństwo to możliwość
      nieuczciwego sprzedawania nieruchomości przez późnych przesiedlonych na
      podstawie wyciągów z ksiąg wieczystych zawierających nieaktualne wpisy własnościowe.

      Obywatelstwo hurtem odbierane

      Spadkobiercy Gertrudy Golby, Powiernictwo Pruskie, a z drugiej strony polska
      opinia publiczna z napięciem oczekiwali precedensowego - jak się spodziewano -
      wyroku sądu w Prudniku. Ale precedensu nie było. Sąd nie rozstrzygał kluczowej
      kwestii: czy wyjeżdżająca na stałe właścicielka głogóweckiej kamienicy pozostała
      obywatelką polską, czy też nie - bo ta kwestia nie leżała w jego kompetencjach.
      Po odebraniu obywatelstwa dawnemu właścicielowi kamienica automatycznie, z mocy
      prawa, stała się własnością skarbu państwa. Gdyby obywatelstwa nie odebrano, nie
      istniałaby podstawa prawna do przejęcia nieruchomości wyjeżdżających.

      Spadkobiercy pani Stralli wystąpili co prawda do wojewody opolskiego o
      potwierdzenie posiadania polskiego obywatelstwa - ale wojewoda odmówił.
      Argumentował, że przesiedleńcy, składając prośbę o wyjazd na stałe i
      przekraczając granicę na podstawie jednorazowego dokumentu podróży, przestawali
      być polskimi obywatelami. Od decyzji wojewody przysługuje jednak droga
      odwoławcza, na końcu której jest Naczelny Sąd Administarcyjny.

      Najwyraźniej świadomy jest tego jeden z mieszkających w RFN spadkobierców w
      procesie o głogówecką kamienicę, który całkiem niedawno wystąpił o zwrot innej
      nieruchomości - domu we wsi Gostomia, także przejętego automatycznie przez skarb
      państwa przy wyjeździe dawnego właściciela do Niemiec. Spadkobierca argumentuje,
      że ani właściciel domu, ani on sam nigdy nie zostali skutecznie pozbawieni
      polskiego obywatelstwa.

      No właśnie. Czy rzeczywiście ludzie emigrujący na podstawie dokumentu podróży
      tracili obywatelstwo polskie?

      Polskie władze uważały do niedawna, że tak. Kłopot w tym, że żaden z
      wyjeżdżających do RFN nie otrzymywał indywidualnej decyzji Rady Państwa PRL o
      odebraniu mu obywatelstwa. Opuszczając Polskę, tracił je niejako automatycznie,
      w istocie rzeczy jedynie na skutek swego wcześniejszego podania.

      11 sierpnia 2000 r. Naczelny Sąd Administracyjny rozpatrzył sprawę byłego
      mieszkańca Opolszczyzny, który zwrócił się do wojewody opolskiego o
      potwierdzenie swego polskiego obywatelstwa i uzyskał decyzję odmowną. Minister
      spraw wewnętrznych, do którego odwołał się były opolanin, także odmówił
      potwierdzenia, że jest on obywatelem polskim.

      NSA uznał jednak, że emigrant nie utracił obywatelstwa. Sąd Najwyższy, do
      którego odwołał się minister sprawiedliwości w trybie rewizji nadzwyczajnej,
      wyrokiem z 17 września 2001 r. podzielił argumentację NSA: "Zezwolenie na zmianę
      obywatelstwa polskiego powinno stanowić akt indywidualny, jednostkowy,
      skierowany do określonego adresata", natomiast "utrata obywatelstwa polskiego
      mogła nastąpić na podstawie indywidualnego zezwolenia na zmianę obywatelstwa -
      wydanego przez Radę Państwa i skierowanego do każdego ubiegającego się o to".

      Tak mści się PRL

      Jakim cudem coś, co w majestacie prawa uznawano za legalne przez tyle lat, nagle
      okazało się nielegalne?

      Tak mszczą się arogancja i niechlujstwo komunistycznych władz, tak mści się
      akceptowany i forsowany przez te władze niski poziom ochrony praw jednostki w
      PRL. Sąd Najwyższy stwierdził, że uchwała Rady Państwa z 1956 r., na którą jako
      podstawę prawną odmowy potwierdzenia obywatelstwa powołują się organy
      administracji państwowej, nie miała podstawy prawnej w Konstytucji PRL z 1952 r.
      • laband Re: ps 15.11.04, 16:27
        Ślązak z Mazurem wracają po swoje (3)



        Istotne znaczenie odgrywa w tym wypadku zmiana standardów oceny zgodności z
        prawem. Gdyby wyjeżdżający odwoływali się od hurtowego trybu odbierania
        obywatelstwa przed 30 czy 40 laty, niewątpliwie polskie sądy odrzuciłyby ich
        protesty i nie byłoby w ogóle mowy o niezgodności uchwały Rady Państwa z
        konstytucją. Dawny wyrok, choć krzywdzący, korzystałby z tzw. powagi sprawy
        osądzonej. Ale tamte sprawy rozpatrywane są dziś, wedle dzisiejszych standardów
        prawnych, ponieważ formalnie dawni emigranci występują nie o przywrócenie, lecz
        o potwierdzenie polskiego obywatelstwa.

        Sąd Najwyższy nie mógł w tej sprawie rozstrzygnąć inaczej. I nie widać powodów,
        dla których miałby w przyszłości zmienić swe orzeczenie.

        Rozstrzygnięcie Sądu Najwyższego otwiera drogę do potwierdzenia obywatelstwa
        przez osoby dotknięte przed laty hurtowym trybem jego odbierania. Wśród
        administracji państwowej i samorządowej - zwłaszcza na terenach, na których
        emigracja do Niemiec była bardzo duża - rozstrzygnięcie to budzi nieskrywaną
        frustrację i irytację. Urzędnicy często mówili mi, że oczekują od sędziów
        bardziej patriotycznej postawy, wczucia się w istotny interes państwa. Czyli po
        prostu - innej decyzji. Potwierdzenie bowiem, że emigranci nigdy nie utracili
        obywatelstwa, daje ludziom, którym w trybie administracyjnym odebrano
        nieruchomości, szansę na ich odzyskanie.

        Ale to już nie czasy PRL. Dziś sądy, a już na pewno Sąd Najwyższy, w swych
        orzeczeniach kierują się prawem, a nie oczekiwaniami urzędników.

        Ilu obywateli ma Polska?

        Wedle oficjalnych szacunków w latach 1950-89 wyjechało do RFN 1 mln 240 tys. osób.

        Warto jednak pamiętać, że to nie jedyni wyjeżdżający, którzy mogą wystąpić o
        potwierdzenie polskiego obywatelstwa. Niewielka liczba osób ze względów
        rodzinnych wyemigrowała w tamtych latach do NRD. Objęła je taka sama procedura
        jak emigrantów do Niemiec Zachodnich.

        W identycznej sytuacji prawnej jak niemieccy późni przesiedleńcy znalazło się
        ok. 13 tys. ludzi, którzy wyjechali wskutek antysemickich szykan w 1968 r. A
        także wiele osób spośród miliona emigrantów, którzy wyjechali na Zachód w latach
        80., po wprowadzeniu stanu wojennego. Na marginesie warto zauważyć, że część
        późnych przesiedleńców ma do polskiego obywatelstwa tytuł nie tylko
        formalnoprawny wynikający z prawniczego niechlujstwa komunistycznych władz, lecz
        także moralny.

        Niewątpliwie bowiem tylko część emigrantów chciała się wyrzec obywatelstwa.
        Ślązacy, Warmiacy i Mazurzy byli w PRL społecznościami dyskryminowanymi. Ich
        dzieci w szkołach karano i ośmieszano za posługiwanie się gwarą. Dorosłym słabo
        znającym literacki język polski blokowano awans oświatowy i społeczny,
        utrudniano kultywowanie tradycji. Na Warmii i Mazurach - wbrew oficjalnej
        polityce władz centralnych niemal zawsze usiłującej ograniczać rozmiary
        emigracji do RFN - lokalni kacykowie dotkliwymi szykanami, a czasem
        prześladowaniami zmuszali do emigracji właścicieli najatrakcyjniejszych
        gospodarstw. Spora część emigrujących w latach 60. i 70. czuła się zmuszona do
        porzucenia swych małych ojczyzn z powodu braku perspektyw i uciążliwości życia w
        swych rodzinnych gniazdach, a nie z racji nieodpartej tęsknoty za kulturą
        niemiecką. Niemieckie korzenie deklarowali po to, by łatwiej otrzymać dokument
        podróży. Można zatem zasadnie domniemywać, że nieprzymuszeni sami by się nie
        wyrzekli obywatelstwa polskiego.

        Ilu emigrantów zgłosi się w przyszłości po potwierdzenie polskiego obywatelstwa?
        Trudno powiedzieć. Trzeba się liczyć z tysiącami, może nawet dziesiątkami
        tysięcy wniosków. Nie znaczy to wcale, że tylu przybędzie nam współobywateli.
        Wojewodowie, gdy uznają to za zasadne, mają prawo odmówić potwierdzenia
        obywatelstwa - emigranci zaś mogą się odwoływać od tej decyzji do sądów
        administracyjnych. Jeśli potwierdzenie będzie kosztować sporo czasu, zabiegów i
        nerwów, zapewne starsi przesiedleńcy machną ręką.

        A jaki skutek miałoby pojawienie się dużej grupy obywateli "z odzysku"? Skutkiem
        najpoważniejszym nie byłyby zapewne roszczenia o utracone nieruchomości.
        Stosunkowo zamożni mieszkający w Niemczech obywatele polscy będą mieli prawo do
        nabywania w Polsce nieruchomości bez ograniczeń krępujących cudzoziemców. I bez
        administracyjnej kontroli państwa. Problemem zatem może być nie to, co
        przesiedleńcy odzyskają, ale to, co sobie tu kupią.

        Papierowy tygrys

        Masowe odzyskiwanie nieruchomości po potwierdzeniu obywatelstwa nie jest bowiem
        przesądzone. Wszystko zależeć będzie od swobodnej oceny każdego przypadku przez
        polskie sądy. Te zaś będą musiały ocenić wiele istotnych wątpliwości - m.in.
        pytanie, dlaczego roszczenia składane są tak późno. Jeśli poszkodowany
        rozporządzał swym mieniem pod wpływem groźby, może uchylić się od takiego
        oświadczenia woli przez rok po ustaniu tejże groźby. Jeśli założyć, że
        wyjeżdżający tracili nieruchomości pod wpływem zagrożenia, że nie dostaną zgody
        na emigrację, jeśli uznać, że dochodzenie praw poszkodowanych wobec państwa
        komunistycznego nie było możliwe, to przecież możliwość dochodzenia swych
        roszczeń pojawiła się już przed 15 laty. Jednak wtedy nikt pozwów nie składał.

        Skutecznym, jak się wydaje, czynnikiem zniechęcającym do zgłaszania roszczeń
        będzie postawa rządu niemieckiego. Gdyby rzeczywiście niemieckie urzędy skarbowe
        konsekwentnie - jak obiecuje Berlin - zaniechały domagania się od późnych
        przesiedleńców zwrotu wypłacanego ongiś zasiłku wyrównawczego na
        zagospodarowanie się (Lastenausgleich), zniknąłby istotny bodziec do składania
        pozwów w Polsce. Co więcej, gdyby niemieckie urzędy wdrożyły - skądinąd logiczną
        - zasadę, że beneficjenci Lastenausgleich muszą teraz dokonać wyboru: albo
        występują o zwrot majątku w Polsce i automatycznie muszą zwrócić zasiłek, albo
        nie zwracają zasiłku, ale tym samym tracą prawo do roszczeń wobec Polski,
        wówczas pojawiłby się skuteczny mechanizm powstrzymywania kolejnych pozwów. Oto
        pole do popisu dla polskich negocjatorów.

        Kolejnym hamulcem dla pozwów będą niewątpliwie koszty przegranych procesów. Sąd
        w Prudniku zasądził na rzecz skarbu państwa od przegranych spadkobierców pani
        Stralli niemal 19 tys. zł, zaś na rzecz tzw. interwenientów ubocznych w tym
        procesie (rzemieślników od lat wynajmujących lokal w spornej kamienicy, którzy
        już po wyjeździe niemieckiej właścicielki, przekonani, że dom należy do skarbu
        państwa, zainwestowali w remont znaczne sumy) - dalsze 9,4 tys. zł. To może
        zaboleć nawet Ślązaka zarabiającego od lat w RFN. Rudi Pawelka podczas
        niedawnego pobytu na Opolszczyźnie zadeklarował, że koszty te pokryje Pruskie
        Powiernictwo. Zapewne. Ale czy równie ochoczo zapłaci za setki przegranych procesów?

        Z jednej strony zatem rozstrzygnięcia Sądu Najwyższego wyważają bramę w murze
        obronnym polskiej administracji, z drugiej jednak wiele wskazuje na to, że
        przesiedleńczy tygrys, który się w tej wyrwie pojawi, będzie miał kły i pazury z
        tektury.

        Jak powinny zachować się polskie władze w kwestii obywatelstwa późnych
        przesiedlonych? Antoni Słonimski mawiał, że kiedy nie wiadomo, jak się zachować,
        trzeba zachować się przyzwoicie. W tej otóż sytuacji zachowanie przyzwoite
        niewątpliwie oznacza zachowanie zgodne z prawem, porzucenie pokusy chodzenia na
        prawnicze skróty. Wbrew alarmistycznym pogłoskom Polska nie jest w tak kiepskiej
        pozycji, by w sprawach o odszkodowania dla późnych wysiedlonych była skazana na
        naciąganie prawa. Niech skutki niechlujstwa formalnego przy odbieraniu
        obywatelstwa będą tu wieczną przestrogą.

        Niewątpliwie jednak nie da się uniknąć licznych wniosków o potwierdzenie
        obywatelstwa, a w konsekwencji - wniosków o zwrot nieruchomości. Zapewne nieraz
        sądy podzielą argumenty emigrantów i nieraz przyjdzie jakąś nieruchomość zwrócić
        bądź wypłacić odszkodowanie. W każdym przypadku ostatecznym poszkodowanym będzie
        skarb państwa, gdyż to on przejmował nieruchomości przy wyjeździe i dalej nimi
        • ballest Re: ps 15.11.04, 18:50
          Laband, tukej ci nasze Gorole nie odpedza, bo jak ?
          • hans111 Re: ps 15.11.04, 19:20
            parka pociągaczy za siusiaki w swoim żywiole jak widzimy.

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się


Nakarm Pajacyka