diabollo
28.09.12, 23:19
Wygibasy Palitygrysa
Tomasz Piątek
Łatwo być komentatorem polskiego życia publicznego, ale jednak trudno. Łatwo, bo tyle się dzieje rzeczy strasznych, śmiesznych i tygrysich (straszno-śmiesznych, według starego rosyjskiego dowcipu o jebaniu tigra), że zawsze jest co skomentować. A trudno nawet nie dlatego, że to wszystko w sumie jest smutne (ja staram się nie przejmować, próbuję obserwować na zimno, chociaż nie zawsze się udaje). Trudno jest dlatego, że chciałoby się skomentować wszystko, podczas gdy się nie da, bo za dużo tego jest. Cezary Michalski przewidywał kiedyś, że minister Gowin usłyszy płacz plemników i niewiele się pomylił, bo minister Gowin usłyszał płacz prawników. Wtedy, kiedy powiedział, że ma w nosie literę prawa. Trzeba było napisać, że ta wypowiedź ministra wiele wyjaśnia: niedrożne drogi oddechowe powodują niedotlenienie mózgu, a co za tym idzie różne zaburzenia i halucynacje (płacz plemników na przykład, czy też zarodków). Trzeba było zaproponować Gowinowi wizytę u otorynolaryngologa, który wydobyłby tę literę, a przy okazji dużo much.
Trzeba było napisać, że Cezary jest prorokiem i zaprosić go na Zjazd Proroków w Monterey (głównym zadaniem Zjazdu jest przewidywanie następnego Zjazdu, ale proszę się z tego nie śmiać, bo zgromadzenie finansowych władców świata, tak zwany klub Bilderbergów, działa bardzo podobnie). Ale nie napisałem tego wszystkiego, bo równocześnie działo się co najmniej sześć innych równie rozkosznych rzeczy. Pozwoliłem też, żeby umknęła mi historia przyjaźni Kwaśniewskiego z arcybiskupem Głódziem, byłym biskupem polowym Wojska Polskiego, który miał nawet udzielić ślubu młodej Kwaśniewskiej, ale zrezygnowano z tego w ostatniej chwili. Nie dziwię się, że zrezygnowano. Dziwię się, że człowiek, który chce udawać lewicowca, pije wódkę z facetem odpowiedzialnym za zmuszanie żołnierzy do udziału we mszy i za wprowadzenie w wojsku tak zwanego Modlitewnika żołnierskiego, w którym było wiele naprawdę osobliwych rzeczy. Na przykład wierszyk: „Nie ma takiej chaty ani przybudówki, gdzie by nie kochały ułana Żydówki”. Tu nie trzeba było nawet komentować, wystarczyło zacytować. Ale okazja przepadła, bo w tym samym czasie profesor Mikołejko walczył z wózkami dziecięcymi, Korwin-Mikke z wózkami inwalidzkimi, a salezjanie bawili się pianką-śmietanką.
I tak samo: dużo z tego, co dzieje się dzisiaj, też mi umknie. Cała Polska żyje tym, że przy identyfikacji ciał ofiar katastrofy smoleńskiej zamieniono zwłoki Anny Walentynowicz i Teresy Walewskiej. To oczywiście krańcowo naganne, a przede wszystkim bolesne dla rodziny zmarłych, ale kiedy PiS-owcy próbują użyć tego faktu jako kolejnego dowodu zamachu, robią z żałoby cyrk (taki, w którym występuje tygrys z rosyjskiego dowcipu). Czyżby do tajnych antypolskich praktyk Putina należało zabawianie się w roszady zwłok, pośmiertne zamienianie swoich ofiar? Czyżby rosyjski tyran po kryjomu łączył wyrafinowaną tanatofilię z zamiłowaniem do dziecinnych zabaw? Chętnie bym o tym napisał więcej, ale bankructwo religia.tv też się prosi o komentarz. No, może bankructwo to za dużo powiedziane, ale w każdym razie zanosi się na likwidację tego kanału telewizyjnego, do którego ITI dokładało milion euro rocznie. Został zwolniony cały zespół włącznie z Szymonem Hołownią. Nie dziwię się, że ludzie nie chcieli oglądać faceta, który ułożył dziesięć swoich nowych dodatkowych przykazań i wydał książkę Monopol na zbawienie (już za sam tytuł powinien się wstydzić, niezależnie od tego, kto miałby mieć ten monopol, Kościół katolicki, czy też on sam, Hołownia). Nie dziwię się, że ludzie nie chcieli katolicyzmu w plastikowej wersji ITI. Polski katolicyzm jest potworny, ale przynajmniej autentyczny, podczas kiedy religia Hołowni jest sztuczna jak TVN, Platforma Obywatelska i nowa polska klasa średnia.
To wszystko jest bardzo ciekawe, ale skoro na czymś muszę się skoncentrować, to skoncentruję się na czym innym. A dokładnie na kimś innym, na Januszu Palikocie. Proszę Państwa, podobno Aleksander Macedoński poruszał się zygzakiem. Nie w tym sensie, że był alkoholikiem. To znaczy, alkoholikiem akurat był i od tego umarł, ale nie o to tu chodzi. Aleksander Macedoński poruszał się zygzakiem razem ze swoją armią, maszerował po zygzakowatej trasie. W ten sposób jego wrogowie nigdy nie mogli go zastać tam, gdzie się go spodziewali. Ten genialny wódz pokonał ogromne armie w ten sposób, że je ominął. Patrząc na zygzaki Palikota, zastanawiam się, czy on chce być Aleksandrem Macedońskim? Czy w jego szaleństwie jest jakaś metoda? Albo przynajmniej: czy Palikot myśli, że w jego szaleństwie jest jakaś metoda? Gdyby tak myślał, to dopiero byłoby szaleństwo. Przypomnę: Palikot najpierw ogłosił się mesjaszem lewicy. W chwilę później straszył na bilbordach z liberalno-pomarańczowymi skrzydłami u ramion, głosząc, że gospodarka jest najważniejsza. Żądał podatku liniowego, ale równocześnie przysięgał na państwo społeczne. Po wyborach jego ludzie rozpuszczali wieść, że ten cały podatek liniowy to była tylko taka ściema, żeby pozyskać biznes. Zaraz potem jednak Palikot oznajmił, że jego podatek liniowy jest przyjazny ludziom biednym. Następnie zadeklarował, że państwo powinno budować fabryki. A teraz organizuje w Krakowie kongres małych i średnich przedsiębiorstw pod hasłem: „Damy radę”, gdzie będzie domagał się trzydziestoprocentowej obniżki składek ZUS. Jednym słowem, nieustannie przemieszcza się z pozycji lewicowych na liberalne. Czyżby próbował w ten sposób dokonać cudu, stać się zarazem reprezentantem pracowników i small biznesu? Czyżby chciał połączyć te dwie klasy w walce przeciwko naszym oligarchom i Kościołowi katolickiemu? Takie rzeczy udawały się dwieście lat temu, kiedy mieszczańscy liberałowie prowadzili lud do walki przeciwko feudałom i kardynałom. Tyle że po zwycięstwie zostawiali, że tak powiem, lud na lodzie. I tu trzeba też zadać pytanie, czy mały i średni biznes nie jest zwykle bardziej skonfliktowany z pracownikami niż biznes wielki. Wielki ma więcej, więc łatwiej mu pójść na ustępstwa wobec pracowników, podczas gdy dla drobnego przedsiębiorcy, posiadającego ograniczone zasoby, zaniżanie wynagrodzeń stanowi nieraz być albo nie być. Doświadczenie skandynawskie uczy, że można zbudować w miarę sprawiedliwe społeczeństwo na bazie sojuszu między wielkim biznesem a pracownikami. Nic nie wiadomo o tym, żeby ktoś zbudował takie społeczeństwo na bazie sojuszu między pracownikami a drobnymi przedsiębiorcami.
Załóżmy jednak na chwilę, że nasz bohater ma taki szalony plan. To jednak nie tłumaczy jego wszystkich zachowań i deklaracji. Patrząc na poczynania Palikota, można pomyśleć, że on próbuje zrealizować swój szalony plan w jeszcze bardziej szalony sposób.
Po pierwsze, same propozycje programowe: wyciągane z kapelusza, a więc nagłe, niespodziewane i niewytłumaczone (przynajmniej dla laików, czyli ogromnej większości). Na przykład obniżka składek ZUS o 30%. Nie znam się na ekonomii, więc może powiem coś głupiego, ale mam wrażenie, że jeśli Palikot chce godzić przedsiębiorców z pracownikami, powinien zaproponować całkowitą likwidację ZUS i zastąpienie go powszechnym podatkiem solidarnościowym. Jakoś nie umiem oprzeć się myśli, że taki podatek, prostszy, łatwiejszy i tańszy w obsłudze, kosztowałby nas mniej niż ZUS. Różnica może nie byłaby wielka, ale przynajmniej symbolicznie pracodawca mógłby podzielić się nią z pracownikiem po połowie (nie jestem pewien, czy to do końca sprawiedliwe, ale na razie zakładam, że jestem Palikotem i godzę working class z biznesem). Oczywiście, taki równy podział jest mało prawdopodobny w naszym dzikim państwie, gdzie każdy tyle ma, ile sam wyszarpie. Potrzebne tu byłoby państwo, które dba o interesy wszystkich stron, równoważy je i prowadzi między nimi mediację – ale czy to nie właśnie Palikot obiecywał nam takie państwo, państwo społeczne?
CDN...