diabollo
29.09.14, 08:05
Druga Irlandia
Agata Bielik-Robson
Większość Irlandczyków - bardzo podobnie jak Polacy - ma ogromny uraz do Kościoła, który okrutnie nadużył danej mu w pełnym zaufaniu władzy
Właśnie wróciłam z Dublina, gdzie byłam po raz pierwszy - i wciąż nie mogę ochłonąć z wrażenia niesamowitego podobieństwa między Irlandią a Polską. Wiem, wiem, to kompletny banał: oba kraje wiernie katolickie, i to na ten sam kontrreformacyjny sposób; oba uwikłane w ponurą martyrologię; oba wciąż pełne świeżego narodowego entuzjazmu po wywalczeniu wymarzonej niepodległości. O tych analogiach pisano już szeroko, zwykle bardzo afirmatywnie, czasem tylko z nutką ostrzeżenia - choćby dlatego, że Irlandia przeszła proces upaństwowienia wcześniej od nas i w podobnych warunkach. A ja myślę zwłaszcza o relacjach między państwem a Kościołem, któremu młode państwo irlandzkie oddało w pacht lwią część władzy w akcie wdzięczności za podtrzymywanie irlandzkiej tożsamości narodowej przez wieki brytyjskiej dominacji. Nie sposób nie dostrzec podobieństwa między postacią Éamona de Valery, jednego z pierwszych premierów niepodległej Irlandii, a Tadeuszem Mazowieckim: obaj zagorzali katolicy zaufali Kościołowi absolutnie, wierząc, że nic złego nie może przyjść ze strony instytucji, której, jak sądzili, zawdzięczali tak wiele. Dziś sytuacja na linii państwo - Kościół nie wygląda już tak różowo, ale nie jest też wcale jednoznacznie zła. Większość Irlandczyków - bardzo podobnie jak Polacy - ma ogromny uraz do Kościoła, który okrutnie nadużył danej mu w pełnym zaufaniu władzy (liczba skandali pedofilskich, i to nie tylko w parafiach i licznych podległych Kościołowi sierocińcach, przechodzi wyobrażenie), ale też nie widzi przed sobą żadnej alternatywy. Wszelkie próby zbudowania alternatywnej, świeckiej i multikulturowej tożsamości nowego Irlandczyka napotykają opór zupełnie tak jak u nas sekularyzacyjne pomysły Janusza Palikota. Najlepsze szkoły w Irlandii nadal są jezuickie i tam też posyła się najzdolniejszą młodzież. Choć więc ogromna liczba Irlandczyków straciła wiarę w nieomylność Kościoła, nie widzi możliwości życia poza ramami wyznaczonymi przez katolicką irlandzkość, która sięga czasów św. Patryka i ma u podstaw wspaniałą tradycję mnichów iroszkockich. Siedzę w pubie z Martą, nowo poznaną znajomą, która uczy się w Trinity College jako dojrzała studentka. Ma już dobrze po pięćdziesiątce i opowiada mi historię swojej rodziny, zwłaszcza matki, która była tak zwaną tu kościelną sierotą, czyli w istocie kobietą bez tożsamości. Zabrana do zakładu wychowawczego w Galloway, skąd najprawdopodobniej pochodziła, wiedziała o sobie tylko tyle, ile powiedziały jej prowadzące ten zakład siostry, czyli właściwie nic. Dostała nowe imię, nowe dokumenty, a wszelki ślad po jej pochodzeniu znikł bezpowrotnie. Nie wiadomo, czy była nieślubnym dzieckiem młodocianej matki, czy owocem małżeńskiej zdrady, czy może urodziła się w rodzinie, którą służby socjalne, wówczas ściśle współpracujące z Kościołem, uznały za niezdolną do utrzymania dzieci. Bez rodziny, bez krewnych, zdana wyłącznie na łaskę sióstr i księży oparła całe swoje życie na Kościele, bez którego do końca czuła się bezradna, choć zdaje się - bo nigdy nie odważyła się powiedzieć tego wprost - nieraz padła ofiarą rozmaitych sadystycznych i seksualnych nadużyć. Była jednym z dziesiątek tysięcy dzieci, które Kościół odebrał naturalnym rodzinom i którym stworzył nową biografię, wywołując u nich wszystkich syndrom uzależnienia. Podzieliła z nimi los ofiary tak głęboko uzależnionej od swego dwuznacznego darczyńcy-oprawcy, że niezdolnej nie tylko do żadnego buntu, ale też do jakiejkolwiek artykulacji swoich roszczeń - w istocie żadnych roszczeń nigdy nie miała. Aż do pewnego momentu. Kiedy już urodziła i odchowała trzy córki, nagle - Marta mówi o tym z bólem i niedowierzaniem - coś w nią wstąpiło. Stała się fanatyczną aktywistką katolicką spędzającą całe dnie na pielgrzymkach, zjazdach i kościelnych konwentyklach - teraz w końcu pełna gniewu, tyle że nie na księży, ale na tę nową sekularyzującą się Irlandię, której już nie poznawała i nie uznawała za swoją. Zaangażowała się w kampanię na rzecz absolutnego zakazu aborcji całkowicie obojętna na to, że jedna z jej córek zdecydowała się usunąć płód, ponieważ zagrażał jej zdrowiu - zerwała z nią kontakty, wyklęła ją i przepędziła. Niegdyś aż za bardzo łagodna, w starszym wieku stała się wściekłą kościelną matroną, która całą tajoną przez lata niepewność i frustrację uzewnętrzniła w walce z "cywilizacją śmierci". Stworzona przez Kościół i do końca Kościołowi wierna. Jaki stąd morał? Być może po prostu taki, że absolutna władza jest zawsze absolutną korupcją i że psychologiczne perwersje ofiar przez nią wypaczonych są czymś nieskończenie smutnym. Moja rozmówczyni wciąż nie może otrząsnąć się z szoku, który przeżyła za sprawą dziwnych losów swojej matki, i choć nie bardzo wie, czym sama mogłaby się stać poza tradycyjną irlandzko-katolicką tożsamością, to jest zdeterminowana, by nie poddać się Kościołowi tak bezgranicznie, jak to się przydarzyło jej mamie.
www.wysokieobcasy.pl/wysokie-obcasy/1,96856,16397090,Druga_Irlandia.html