Dodaj do ulubionych

EGIPT ZIMĄ - wspomnienia

14.02.05, 12:39
29.01.2005 SOBOTA
Jest już po północy, gdy okńczę psiać sprawozdanie Koła Naukowego Arabistów i
przesyłam je do Duni. Czas wziąść się za pakowanie. Znów jadę do Egiptu,
ponownie będę w Kairze - czuję się szczęśliwa i cieszę się, że czasem działam
bez zastanowienia. W każdym razie wyjeżdżam do Egiptu, choć kilka godzin temu
jeszcze się tego nie spodziewałam. Pakowanie nie zajmuje mi wiele czasu,
robię to już prawie, że automatycznie. Jeszcze kładę się na kilka godzin spać
i wstaję wcześnie rano, bowiem na godz. 7 powinnam być na lotnisku. Jednak
rano okazuje się, że jestem zatkana od kataru, kaszlę, boli mnie głowa i
brzuch - wiem jednakże, że nie zrezygnuję z wyjazdu, a wręcz Egipt będzie dla
mnie najlepszym lekarstwem.

Po przyjeżdzie na lotnisko okazuje się, że lecę do Egiptu wraz z moim
nauczycielem języka arabskiego i jego żoną. Sidzimy koło siebie w samolocie,
więc lot mija mi nadspodziewanie szybko. Na lotnisku w Hurghadzie kupuję
wizę, a następnie ustawiam się w nadspodziewanie długich kolejkach do odprawy
paszportowej. Tam spotykam Sanę - naszą forumowiczkę. Razem też jedziemy z
lotniska do centrum. Wysiadam pod biurem alGouny, rezerwuję autobus do Kairu
na godz. 18 i proszę, by posadzić koło mnie kobietę. Jadę do Sakkali, by
wymienić pieniądze. Spaceruję też, odwiedzam kilku znajomych. Zaglądam na
plażę Aloha Beach. Piję sok z trzciny cukrowej - stęskniłam się za tym
smakiem. Kupuję sobie kheemar i wracam do biura alGouny, gdzie opłacam bilet
(55LE). Dzwonię też z budki telefonicznej do Saida - cieszy się jak dziecko,
że przyjechałam. Tymczasem czekając na odjazd autobusu piję sobie w
pobliskiej kawiarni karkade. Okazuje się, że jedzie ze mną do Kairu Polka -
Barbara, która przyleciała tym samym samolotem. Gdy kupowała bilet
powiedzieli jej, że będzie siedziała koło Amiry - choć ona na początku nie
wiedziała, kim jest Amira. To tak a propos spełnienia mojej prośby, by nie
siedział koło mnie mężczyzna, a kobieta. Autobus zatrzymuje się na trasie na
ok. pół godziny. Wtedy głodna decyduję się zjeść posiłek. Decyduję się na
makaron z sosem i smażoną cukinię. W autobusie leci film "Kallam Mama" -
który widziałam już wcześniej co najmniej trzykrotnie.

Do Kairu dojeżdżamy na tyły muzeum ok. godz. 23:40, odprowadzam Basię do
metra na Tahrir i sama idę na Talaat Harb i do Hotelu Meramees, gdzie już
mieszkałam w czasie wcześniejszych wizyt w Kairze. Biorę pokój jednoosobowy,
dostaję jeszcze zniżkę (płacić będę 25 zamiast 30 le za noc - wliczone
śniadanie). Zmęczona zasypiam - spędziłam dzisiaj napierw prawie 6 godzin w
samolocie z W-wy do Hurghady, a potem podobną ilość czasu w autokarze z
Hurghady do Kairu...ufff

Warszawa - Hurghada - Kair
Obserwuj wątek
    • beduinka 2 EGIPT ZIMĄ - wspomnienia 27.02.05, 13:47
      30.01.2005 NIEDZIELA
      Wstaję rano – i witam się z kolejnymi członkami personelu Meramees. Cieszą się,
      że przyjechałam, ja też, bowiem panuje tu bardzo przyjazna atmosfera i
      wszystkim polecam ten hotel. Zjadam pyszne śniadanie przygotowane przez Munę i
      wyruszam na tyły Muzeum Narodowego, gdzie znajduje się dworzec dla autobusów
      kursujących po Kairze.

      Bilety na autobusy kairskie kosztują zawsze 0,25 LE lub 0,50 LE. Cena
      uzależniona jest od trasy. W autobusie jest pan zbierający opłaty i rozdający
      bilety. Ma on swoje miejsce siedzące z tyłu autobusu, lecz dodatkowo chodzi on
      po autobusie. Gdy jest taki tłok, że nie można przedrzeć się do niego, a nawet
      gdy się komuś po prostu nie chce, to podaje innym pasażerom pieniądze, one
      wędrują od ręki do ręki na tyły autobusu, a chwilę później wraca do nas bilet i
      ewentualna reszta. Często takie autobusy są bardzo zatłoczone i zdarza się, że
      ludzie wiszą na zewnątrz na schodach – troszkę przypominając wtedy kiści
      winogron. I także oni tak trzymając się autobusu zewnątrz podają do środka
      pieniądze. Czuję, że taki system opłat za przejazdy miałby marne szanse na
      przyjęcie się w Polsce.

      Na dworcu słyszę, że sprzedawca z jednego z autobusów krzyczy „ma’ard, ma’ard,
      ma’ard”, a za jego przednią ścianą widniej kartka „khidmat al-ma’ard”. Wsiadam
      do niego i ruszamy. W autobusie stoję, bo nie ma wolnych miejsc, a niestety
      typowa jest tutaj taka sytuacja, że gdy autobus podjeżdża na przystanek, to
      mężczyźni rzucają się do drzwi, wbiegają do środka i zajmują wszelkie miejsca
      siedzące, a dalej gdy podczas jazdy, gdy uwolni się jakieś miejsce, to też
      zdobywanie miejsca jest na zasadzie „kto pierwszy ten lepszy” lub „wygrywa
      silniejszy”.

      W trakcie jazdy wchodzą do autobusu sprzedawcy gumy do życia, batoników,
      grzebieni i spinek i tysiąca innych drobiazgów. Przechodzą przez autobus i
      rozrzucają każdemu z pasażerów próbkę swojego towaru, następnie przechodzą po
      raz drugi i odbierają albo pieniądze albo zwracany jest im towar.
      Mijamy plac Ramzesa II. Wielki posąg tego faraona już niedługo opuści to
      miejsce, więc jest otoczony rusztowaniami. Przejeżdżamy przez dzielnicę zwaną
      Abbasijją, gdzie mieści się największy w Kairze szpital dla obłąkanych. Tuż
      dalej jest Madinat Nasr (Nsr City) oraz powierzchnia targowa. Kupuję bilet za
      0,50 LE w okienku – są osobne dla kobiet i mężczyzn (okienka, nie bilety), a
      następnie wchodzę do środka – także są osobne wejścia dla poszczególnych płci.
      Dalej mieści bramka do wykrywania metalu i przeszukiwanie toreb. Po przejściu
      tej kontroli mogę rozpocząć podbój świata książek.

      Targi książki w Kairze są imprezą cykliczną odbywającą się corocznie od 1969 r.
      Wtedy to pierwsze targi odbyły się z okazji obchodów tysiąclecia Kairu.
      Tegoroczne były już 37 edycją. Teren targowy jest ogromny. Jadąc tam
      wyobrażałam sobie coś w stylu naszych targów książki w Pałacu Kultury i Nauki.
      Tymczasem to, co zobaczyłam przeszło moje najśmielsze oczekiwania. Jest tu
      mnóstwo hal wypełnionych książkami, niektóre hale zajmuje jedno wydawnictwo,
      inne przeznaczone są na kilka domów wydawniczych. Mam tu przegląd wszystkich
      krajów arabskich – od Maroka do Omanu, od Syrii do Sudanu. Są też
      przedstawiciele innych rejonów świata – Europy, Chin, Malezji.

      Odwiedzam kilka hal – kupuję to tu, to tam różne książki. Trafiam do hali nr
      15 – która jest głównym miejscem wystawienniczym, tutaj nie sprzedaje się
      książek. Są tu stoiska nie tylko poszczególnych krajów, lecz także różnych
      ministerstw – Ministerstwa Obrony, Ministerstwa Edukacji, Ministerstwa Spraw
      Wewnętrznych, Ministerstwa Zdrowia itp. Mieści się tu też polskie stoisko, ale
      cóż za wstyd – leżą tam może ze 3 książki i kilka ulotek informacyjnych o
      Polsce, a nie ma tam nawet żadnej osoby obsługującej to stoisko (chyba jedyna
      taka sytuacja na całych targach).

      Trafiam także na stoisko Uniwersytetu Ain Szams, gdzie poznaję przedstawicieli
      tamtejszej neofilologii - nauczycieli języka niemieckiego i rosyjskiego i
      zaproponowali mi, że jeśli bym chciała, mogłabym nauczać tam języka polskiego.
      Ja nie mam ochoty, nie czuję się ku temu kompetentna, a także po prostu nie
      lubię siedzieć w sprawach językowych – ale jeśli ktoś z was ma ochotę, niech
      spróbuje się skontaktować z Ain Szams.

      Po jakimś czasie mam kilka ciężkich toreb, jest już późno popołudnie, więc
      wracam do centrum taksówką. Jeszcze kupuję wodę i wchodzę z moimi torbami do
      hotelu. Po kilku minutach jednak wychodzę z powrotem. Dzwonię do kolegi z
      letniej pracy Amorka – z którym już wczoraj telefonicznie się kontaktowałam,
      lecz okazuje się, że nadal jest jeszcze z turystami i mam zadzwonić później. W
      związku z tym dzwonię do Saida i umawiam się, że podjadę do Szobry i że będzie
      na mnie czekał na stacji metra. Jeszcze piję sok truskawkowy i wsiadam do metra
      na stacji Muhammad Najib i przejeżdżam aż do stacji Kulliyati Zira’. Saida nie
      ma, więc sama idę do domu. Pan ze sklepiku obok wita się ze mną, że tak długo
      mnie nie było. Wchodzę do domu, drzwi są otwarte, w mieszkaniu jest tylko mama.
      Wita się ze mną bardzo serdecznie. Zaraz jeszcze przychodzi Aya – córka
      starszej siostry Saida i rzuca mi się na szyję. Czuję się jakbym wróciła do
      domu. Okazuje się, że Said poszedł po mnie na stację, ale musieliśmy się minąć
      gdzieś po drodze. W związku z tym Aya wychodzi, by zadzwonić ze sklepiku do
      niego, by wracał. W międzyczasie z mamą i Ayą oglądamy telewizję. Gdy Said
      wraca, długo rozmawiamy, palimy też sziszę.

      Wychodzę z domu o 9, bowiem miałam zadzwonić do Amra. Jednak nie odbiera
      telefonu. A Said powiedział, że Mustafa dopiero co dwa tygodnie temu ożenił
      się. Dzwonimy więc do niego i postanawiamy go odwiedzić. Mieszka on w Haram.
      Idziemy najpierw kupić słodycze dla nowożeńców – tort i trochę arabskich
      ciastek, bowiem nie wypada przy takiej okazji przyjść z pustymi rękami.

      Spotykamy Mustafę i rzucam się mu w ramiona. Jestem szczęśliwa, że się ożenił.
      W domu nie ma jego żony, a on nie ma kluczy, więc idziemy do mieszkania jej
      mamy, skąd okazało się, że ona wyszła do koleżanki. Tam okazuje się, że poszła
      już do domu. Przychodzimy i tam ją spotykamy. On ma 23 lata, ona 19. Jest to
      związek nie jakiś zeswatany, ale z prawdziwej miłości. Rania jest w nim bardzo
      zakochana, on także darzy ją głębokim uczuciem. Dołącza do nas jej mama.
      Mustafa stara się grać rolę twardego i robi jej wymówki, że wraca, a jej nie ma
      w domu. Wysyła ją do kuchni, by zrobiła herbatę. Ona trochę się burzy. Jej mama
      podpowiada mu, pod jej nieobecność, by trochę łagodniej traktował żonę. Gdy
      znowu później siedzimy razem w babskim gronie – tłumaczy córce, jak postępować
      z mężczyznami. Dopiero uczą się dorosłego związku, uczą się żyć ze sobą. Są
      młodzi, niedoświadczeni i muszą się dotrzeć. Siedzimy i rozmawiamy o wszystkim
      i o niczym. Oglądam też ich ślubne zdjęcia. Później przychodzą inni goście,
      więc ja, Rania, jej mama wychodzimy z salonu do sypialni. Dołącza do nas
      wkrótce jej sąsiadka. Siedzimy, plotkujemy, śmiejemy się, jemy ciastka. Później
      wychodzę do mieszkania sąsiadki (Szuszu), poznaję jej synka, męża i brata.
      Później znów wracam do Mustafy i Rani. Wychodzimy późno w nocy, wracam do
      hotelu o godz. 1:40.

      Kair
    • beduinka 3 EGIPT ZIMĄ - wspomnienia 28.03.05, 23:34

      31.01.2005 PONIEDZIAŁEK

      Wstaję rano, a podczas gdy zjadam śniadanie – Ashraf (współwłaściciel hotelu)
      docina mi, że przeze mnie w nocy spać nie może – ma on pokój tuż koło mojego, a
      ja istotnie całą noc smarkałam, kochałam i kaszlałam… zresztą i w ciągu dnia
      zużywam po kilka paczek chusteczek. Po śniadaniu udaję się znowu na tyły muzeum
      egipskiego (po drodze zajrzałam jeszcze do banku, by wymienić euro na funty
      egipskie), by pojechać na targi książki. Ponownie wsiadam w autobus,
      którego „bileciarz” wykrzykuje „ma’ard, ma’ard, ma’ard” (targi). Jednak tym
      razem mam niespodziankę. W pewnym momencie większość ludzi wysiada, a ja jadę
      autobusem dalej, aż dojeżdżamy do końca trasy. Tam pytają się mnie kierowca
      i „bileciarz”, gdzie jadę – gdy im mówię o targach, postanawiają, że autobus w
      drodze powrotnej specjalnie skręci z trasy i mnie odwiezie na teren targowy.
      Dojeżdżam na miejsce, kupuję wejściówkę za 0,50 LE i wchodzę – tym razem już
      przy wejściu rozpoznają mnie. Podchodzę dzisiaj do miejsca oznaczonego jako
      informacja i stamtąd biorę rozkłady wszelkich wydarzeń – koncertów, pokazów
      filmowych, konferencji, prezentacji książek, spotkań z pisarzami itp., a także
      mapę terenu pokazowego. Codziennie wydawany jest tutaj dziennik targowy (Risala
      yawmiyya lil-ma’ard 2005). W wykazie książek (komputerowym!!!) sprawdzają dla
      mnie, czy są wybrane przeze mnie książki. Nie ma. A i jeszcze dodam, że
      wszyściutkie ulotki i broszury są tylko w języku arabskim, co dla mnie nie
      stanowi problemu, natomiast dla innych obcokrajowców, mogłoby.

      Znowu łażę sobie po stoiskach różnych wydawnictw i kupuję różne książki.
      Następnie za pomocą wskazówek pytanych osób i mapki dochodzę do namiotu
      kulturalnego, gdzie odbywają się codziennie występy zespołów z całego Egiptu.
      To chyba jedyna taka okazja, by obejrzeć je wszystkie w jednym miejscu.
      Najpierw oglądam zespół z Qanatir (to ta miejscowość położona w miejscu, gdzie
      Nil rozdziela się na dwie odnogi). Grają na tradycyjnych instrumentach
      muzycznych, śpiewają i tańczą. Namiot wypełniony jest po brzegi publicznością.
      Bawią się w takt muzyki, klaskają, proszą o bisy. Gdy zaczynam filmować, ktoś z
      organizatorów przeprowadza mnie do miejsca, gdzie siedzi profesjonalny
      kamerzysta. Od tej pory codziennie będę filmowała koło niego. Jest to bardzo
      sympatyczny człowiek. Nazywa się Ali i pracuje w Qasr Cinema (Pałacu Kinowym –
      jest to jeden z departamentów Ministerstwa Kultury). Jest bardzo przyjaznym i
      gadatliwym człowiekiem. Ma ok. 60 lat i wydatny brzuszek. Ma sześć córek z
      dwiema żonami, córek, które po prostu ubóstwia. Od tej pory przez kolejne dni
      będzie zawsze trzymał dla mnie miejsce, pozwalał podłączać moją kamerkę do jego
      przedłużacza, gdy mi się będzie kończyło zasilanie, przedstawiał i wychwalał
      mnie wszystkim dookoła, pilnował kamery, gdy ja będę wychodziła i po prostu
      będzie bratnią duszą. Także podobno teoretycznie panuje tutaj taka zasada, że
      nie można tych spektakli filmować – a raczej można tylko 10 min i to dotyczy
      zarówno telewizji, jak osób prywatnych, a wykluczonym z tego jest tylko
      kamerzysta oficjalny tych targów, czyli Ali. No, ale mi organizatorzy na to też
      zezwolili i o ile na początku było z nimi troszkę pytań dlaczego, po co i dla
      kogo filmuję, to wkrótce mi ulegli i przez kolejne dni z radością witali moje
      przybycie. Zawsze podchodzili się do mnie przywitać i już im nie przeszkadzało
      moje filmowanie. Wręcz zaproponowano mi, że będę mogła korzystać z archiwum
      Qasr Cinema. Mam w związku z tym nagrany prawie każdy występ, który dane mi
      było podziwiać, więc także będąc z powrotem w zimnej Polsce, mogę za pomocą
      moich kaset przenosić się w zawirowany świat egipskiej muzyki, tańca, baletu,
      teatru czy recytacji.

      W czasie przerwy między kolejnymi występami wychodzę się przejść. Idę do Hali
      nr 5, gdzie są stoiska wystawowe, a nie z towarem wystawionym na sprzedaż, a
      także mieszczą się sale konferencyjne. Przed wejściem do miejsca, gdzie
      rozpocznie się wkrótce konferencja z Nadine Gurdimer (transkrybuję jej nazwisko
      z arabskiej pisowni) – laureatki literackiej Nagrody Nobla (pochodzi z RPA)
      poznaję Hussama – reportera egipskiego dziennika Al-Dżumhur i trochę
      rozmawiamy. Wchodzę na Konferencję, lecz zaraz muszę pędzić do namiotu
      kulturalnego.

      Kolejny występ to przedstawienie w wykonaniu Al-Qawmiyya musiqa ‘arabiyya –
      czyli narodowej grupy muzyki arabskiej. Muzyka miesza się z tańcem i teatrem.
      Występ ten robi na mnie ogromne wrażenie i żałuję, że nie mogę obejrzeć go do
      końca.

      Wracam autobusem na tyły muzeum, a stamtąd taksówką na Talaat Harb. Rzucam
      tylko zakupione książki w hotelu i wybiegam znowu szybciutko. Łapię taksówkę i
      jadę pod Cytadelę. Dojechałam na godz. 6:45 czyli tuż przed rozpoczęciem
      przedstawienia. Said miał na mnie czekać i załatwić mi dobre miejsce, ale
      nigdzie go nie widzę. No cóż – ja miałam natomiast być wcześniej. Teraz zimą
      przedstawienia odbywają się w mniejszym teatrze, który mieści mniej
      publiczności, a także oglądaniu przeszkadzają filary pośrodku, natomiast plusem
      jest to, że miejsce jest kryte, czemu sprzyja obecna aura pogodowa. Jestem
      szczęśliwa, że znowu widzę tanurę – najpierw popisy instrumentalistów,
      następnie sufi i grupa tancerzy, a potem isteradi – a jednym z nich jest Said…
      a mówił, że dzisiaj nie występuje.

      Po występie jedę z Saidem, Mustafą i Mahmudem (ten ostatni też jest tancerzem z
      zespołu) do Talbijji. Jest to jedna z dzielnic Gizy – blisko miejsca, gdzie
      mieszka Mustafa. Wysiadamy w pobliżu jakiegoś wiaduktu i tam Mustafa i Mahmud
      wsiadają do pick-upa, a my idziemy na piechotkę. Czekamy, później na jednym ze
      skrzyżowań aż M&M przyjdą z pewnym zakupem dla nas, a także z odebranym z
      pralni garniturem, w którym Mustafa brał ślub, a który pożyczony był od Ihaba
      (brata Saida). Gdy przychodzą z tym wszystkim, bierzemy „to” i garnitur i
      jedziemy do Szobry, gdzie czekają już na nas mama Saida i jego dwaj bracia.
      Oglądamy moje dzisiejsze nagrania i gadamy o tym wszystkim, co działo się u
      mnie, a co u nich od czasu mojego wyjazdu z Egiptu. Wracam busikiem na Tahrir,
      a stamtąd taksówką na Talaat Harb i o 2 w nocy wpadam do hotelu.

      Kair
    • beduinka 4 EGIPT ZIMĄ - wspomnienia 15.04.05, 18:25
      01.02.2005 WTOREK

      Wstaję rano, ale tak jakoś leniwie. Ale co najważniejsze – wstaję w Kairze,
      najpiękniejszym mieście na świecie. Śniadanko. Następnie na placu Talaat Harb
      przed księgarnią Madbuli spotykam o 11 Hussama – reportera, który chce mi
      dzisiaj towarzyszyć na targach książki. Spacerek na tyły muzeum, jazda
      autobusem. Wchodzimy na teren tragów na legitymację prasową (chociaż zakup
      biletu to żaden wydatek 0,50 LE – ale są dzisiaj jakoś długie kolejki po
      bilety). Łaziliśmy po różnych miejscach wystawienniczych. Szukałam przede
      wszystkim książek o Palestyńczykach w Libanie – ale było tego tyle, co kot
      napłakał. Kupiłam sobie za to różne inne książki.

      Idę do namiotu kulturalnego. Znów usadawiam się z moją kamerą obok Alego – a on
      wita mnie życzliwie. Mówi mi, że opowiadał o mnie swojej żonie i córkom i że
      bardzo pragną się ze mną spotkać. Po raz kolejny oglądałam program artystyczny.
      Najpierw był to występ Al-qawmiyya alat sha’abiyya (właśnie miałam nieudaną
      próbę podłączenia mojej arabskiej klawiatury). Ich show było bardzo kolorowe i
      żywiołowe – lecz jak już wspominałam – tego nie da się opisać, to trzeba
      zobaczyć na własne oczy. Podobny komentarz odnosi się do kolejnej grupy – Tanta
      musiqa sha’abiyya. Oni skupili się na grze na instrumentach muzycznych i
      śpiewie. W zespole była niewidoma dziewczyna. Jedna z piosenek, którą
      zaśpiewali była na temat zastrzelenia przez izraelskie wojska Muhammada ad-Dury
      oraz jego ojca – zarówno członkowie zespołu, jak i publiczność mocno się
      wzruszyli i po wielu twarzach spływały łzy. Było też wiele wesołych piosenek,
      np. na temat życia małżeńskiego.

      Po wyjściu z targów spacerowaliśmy aż do Abbasiji. Stamtąd pojechałam autobusem
      na Tahrir. Kupiłam sobie kanapkę z frytkami, którą zjadłam już w pokoju
      hotelowym, podobnie jak jakiegoś miniaturowego banana, którego otrzymałam
      wczoraj od kierowcy busika. Czuję się śpiąca, więc postanawiam przespać 3
      godzinki. Wstaję więc o 9:30. Wychodząc kupuję sobie jeszcze kanapkę z
      tuńczykiem i zjadłam ją, wstąpiłam do sklepu po wodę i udałam się na plac
      Talaat Harb, gdzie czeka na mnie reporter Hussam. Poszliśmy na Corniche i
      wsiedliśmy na łódź. Razem z nami płynie nią jeszcze grupka ok. 10 chłopców w
      wieku mniej więcej 20 lat. Z głośników na łodzi leci głośna arabska muzyka, a
      chłopcy do niej tańczą. Czasem są to takie typowo arabskie ruchy, szczególnie
      bioderek, czasem dziwne wygibasy, a przy wolniejszej muzyce zaczynają ze sobą
      tańczyć ze sobą chłopcy w parach, robiąc przy tym dziwne miny. Wszyscy na łodzi
      mamy wiele śmiechu. Jest też jakaś arabska rodzina, których najstarsza córka
      jest z narzeczonym. W pewnym momencie zaczyna ona tańczyć wywijając bioderkami,
      ma naprawdę bardzo fajne ruchy. Chłopcy zaczynają jej przyklaskiwać i gwizdać,
      lecz ona się tym speszyła i usiadła z powrotem między swoimi bliskimi. Kair w
      nocy od strony Nilu wygląda naprawdę przepięknie. Po rzece pływa więcej łodzi –
      część z nich – taka jak w przypadku naszej łodzi – bierze na swój pokład wiele
      ludzi (i kosztuje tylko kilka funtów – nie zapisałam sobie ceny, lecz o ile
      dobrze pamiętam było to coś ok. 3 funtów). Można też taką dużą łódź wynająć
      sobie całą – często widziałam grupy weselników, bądź przyjęcia urodzinowe na
      takich łodziach. Są też mniejsze łodzie oraz feluki – szczególnie polecane
      zakochanym parom. Przycumowane przy brzegach wielgachne statki-restauracjo-
      dyskoteki rozbrzmiewają muzyką i rozświetlone są różnobarwnymi światłami.
      Wycieczka taka trwa jedynie ok. 20 minut, ale jest naprawdę przyjemna.

      Wysiadamy i udajemy się na spacer. Dostaję od znajomego z Libanu smsa, czy ze
      mną wszystko ok – że był w Egipcie jakiś duży wypadek. Ja tu nic o tym nie
      słyszałam, lecz zagadujemy jakiegoś policjanta, który mówi nam, że gdzieś w
      okolicach Al-Minji zderzyły się 2 pociągi. Idziemy wzdłuż Corniche,
      przechodzimy mostem na Zamalek, gdzie siadamy w jakiejś kawiarence, by czegoś
      się napić, a ja dodatkowo palę szisze (Hussam – nie pali ani papierochów, ani
      sziszy). Dalej spacerujemy, a później kolejnym mostem wracamy na naszą stronę
      Nilu. Trochę się pokłóciliśmy się. Gdy mijaliśmy Hiltona zatrzymała nas
      policja, sądząc, że on mi się naprzykrza. Jednak jest chyba tak, że na
      legitymację prasową wiele się może upiec i kończy się to tym, że oficer podaje
      nam swoje nazwisko i numer telefonu – jeśli byśmy potrzebowali kiedyś czegoś od
      policji, to mamy się do niego zgłosić. Idziemy dalej, a ja opowiadam Hussamowi
      o tym, jak kiedyś w Luksorze ktoś zaczepił mnie – dotykając mojego tyłka.
      Znajomy, który był wtedy ze mną – zareagował i popchnął tego mężczyznę i zaczął
      na niego krzyczeć. A on wyjął wtedy legitymację policyjną. Gdy ja wyjechałam do
      Polski – mój znajomy był wzywany w tej sprawie na policję – jako że zaatakował
      policjanta. Gdy Hussam o tym usłyszał, chciał dokładne informacje, nazwisko
      policjanta, by opisać to w swojej gazecie. Ja oponuję, nie chcę już do tego
      wracać, nie chcę też sobie robić wrogów.

      Spacerujemy dalej po śródmieściu – okazuje się, że teraz w środku nocy na
      Talaat Harb i różne okoliczne uliczki zamienione są w plan filmowy. Ludzie są
      ubrani w stroje sprzed kilkudziesięciu lat. My przypadkiem wkroczyliśmy w sam
      środek tego zamieszania, gdy nagle został włączony reflektor – spojrzałam w
      górę i dostrzegłam, że nad nami na jakimś stojaku wisi kamera, a ekipa się
      dziwnie na nas patrzy. Przeprosiliśmy, ale ekipa była do nas sympatycznie
      nastawiona i trochę nas jeszcze pozagadywała. Co ciekawe – rano nie było po tym
      wszystkim ani śladu. Wróciłam do hotelu ok. 4 w nocy – po sześciogodzinnym
      spacerze :)

      Kair
    • beduinka 5 EGIPT ZIMĄ - wspomnienia 27.05.05, 16:49
      02.02.2005 ŚRODA

      Kolejny poranek w Kairze, kolejny dzień, który spędzam na targach. Czyli
      powtórka z rozrywki pt. śniadanko w hotelu (ale dzisiaj późno, bo o 11, jako że
      po obudzeniu cierpiałam na lenistwo i czytałam zakupione wczoraj książki),
      spacer na tyły muzeum, autobusem do Mediant Nasr. Dzisiaj jak chcę kupić
      bilety – pan w okienku pyta się czy jestem studentką, gdy potwierdzam – dostaję
      bilet studencki, czyli o połowę tańszy bez potrzeby pokazywania jakiejkolwiek
      legitymacji. Czyli nie płacę pół, lecz ćwierć egipskiego funta, ceny iście
      bajońskie. Znowu biegnę do namiotu „il-khaima ith-thaqafiyya” by napawać się
      różnymi próbkami egipskiej kultury, przede wszystkim sztuki ludowej. Dzisiaj
      byłam na występach:
      - الاسماعيلية الات شعبىة, którzy prezentowali folklor z północnego Egiptu, gra na
      instrumentach, śpiew, taniec
      - مصطفى كامل موسيقى عربية kolejna dawka muzyki arabskiej
      Jestem tam już witana i przez kamerzystę Alego i ludzi z obsługi widowiska z
      otwartymi ramionami. Donoszą mi herbatę, proponują pudełko z kanapkami, jakie
      roznoszone są ekipie festiwalowej, pozwalają filmować całe wydarzenie. Także
      ludzie z widowni, co chwilę starają się mnie zagadywać. Prawie każda osoba ma
      ze sobą jakieś książki, które co zakupiła, często są to prości ludzi, a jednak
      widać u nich spore zainteresowanie książkami, a co ciekawe często zdarzało mi
      się widywać u takich osób poezję, poezja jest przecież sztuką trudną w
      odbiorze, a jednak wśród Arabów wysoko ceniona i szeroko czytywana przez ogół.
      Pamiętam, z czasów, gdy uczyłam się w Damaszku – w parkach, gdzie rodziny
      przychodziły na pikniki, puszczane były przez megafony wiersze, przede
      wszystkim Nizara Qabbaniego.

      Wychodzę z targów ok. godz. 17 i jadę na Khan al-Khalili. Kupuję sobie abaję i
      khimar – w sklepiku, w którym robiłam kilka miesięcy wcześniej zakupy. Byłam
      tam raz – we wrześniu 2004, więc minęło już trochę czasu – ale od razu jestem
      witana po imieniu, wypytywana czemu mnie tak długo tam nie było.

      Wracam do hotelu i zostawiam klamoty, przebieram się, wybiegam by złapać
      taksówkę do Cytadeli. Ibrahim (menger grupy tanury) przeprowadza mnie do
      przednich rzędów, lecz nagle dosiada się do mnie Said – nie będzie dzisiaj
      tańczyć, więc postanawia oglądać widowisko razem ze mną. W związku z tym
      członkowie grupy, którzy dzisiaj występują, wygłupiają się i co chwila jakieś
      znaki do nas puszczają, oczkami mrugają, kiwają głowami itp. A niech tam mają
      ubaw. Said podpytuje czy bym nie chciała zatańczyć z grupą tak jak kilka
      miesięcy temu. Ja dzisiaj siedzę w dobrym miejscu i w związku z tym robię
      trochę fajnych zdjęć. W czasie występu wchodzi do Sali wchodzi też Barbara, z
      którą leciałam samolotem WAW-HRH i jechałam autobusem HRG – Kair. Po występie
      wychodzę z moją derwiszowską grupą, bo mamy wyskoczyć do kawiarni, jednak jak
      się dowiaduję, że próbują mnie wyciągnąć do kawiarni w Gizie kapituluję i
      wracam do centrum.

      Szybko zjadam kanapkę w pobliskim barze szybkiej obsługi i spotykam Husama, z
      którym idziemy do komendy głównej policji po newsy. On lubi pisać artykuły o
      zbrodniach (różne mają ludzie odchyły od normy), więc potrzebuje znaleźć taką
      ciekawą chwytliwą sprawę. W portierni podajemy nazwisko oficera, z którym mamy
      się zobaczyć, ten jest informowany telefonicznie i zezwala nam na wejście.
      Wchodzimy na górę i wkraczamy do pokoju, gdzie pracuje Hisham. W Egipcie jest
      wszędzie multum policji, lecz większość tych, których spotyka się na mieście
      nie jest najwyższych lotów. Hishamem jestem miło zaskoczona. Jest inteligentny,
      bardzo dobrze mówi po angielsku. Okazuje się, że komenda główna nie jest też
      źle wyposażona. No ale jesteśmy już w części dla wyższej kadry oficerskiej
      kairskiej policji, wśród jej elit. Hisham pracuje na laptopie, mają stały
      dostęp do netu. Obok jest sala przesłuchań, do której wchodzi się jednymi
      drzwiami, a drugie prowadzą do takiego przedsionka, z którego można oglądać
      przesłuchanie przez szybę wenecką. Tymczasem nawet jak my siedzimy w naszym
      pokoiku i Husam przegląda akta, zostaje do nas wprowadzony stary mężczyzna w
      galabijji i kajdankach na rękach. Wygląda na bardzo przestraszonego,
      zawstydzonego. Policjant jednak w czasie rozmowy z nim nie krzyczy na niego (a
      wręcz proponuje mu kawę, która zaraz zostaje przyniesiona), a raczej przemawia
      spokojnym głosem, jednak mężczyzna odpowiada bardzo cicho, ledwie słychać jego
      głos. Hussam wynajduje sobie sprawę nt. ojca, który zabił swoją córkę – i
      spisuje sobie z teczki potrzebne mu do napisania artykułu fakty. Hisham daje mi
      swój numer telefonu – z przekazem, że jeśli kiedykolwiek bym miała jakieś
      problemy to mam od razu dzwonić po niego, a on mnie z nich wykaraska. Choć mam
      nadzieję nigdy nie być w takiej sytuacji, zapisuję sobie ten numer )).

      Żegnamy się i idziemy z Husamem nad Nil i znowu decydujemy się przepłynąć
      stateczkiem po rzece. Tym razem nie ma już takiej przedniej zabawy jak wczoraj –
      muzyka sobie leci, lecz nikt nie tańczy. Spacerujemy sobie, zaglądamy na
      Zamalek, gdzie siadamy w kawiarence napić się czegoś i zapalić sziszę (palę ja,
      on nie). Husam coraz bardziej działa mi na nerwy, bowiem inaczej rozumie naszą
      znajomość. Ja miałam nadzieję na jedynie koleżeńską stopę, a on na coś więcej.
      Wydawał mi się na tyle inteligentny by to zrozumieć, by pojąć, że na linii
      mężczyzna – kobiety jest cała gama rozwiązań, a związek miłosny jest tylko
      jednym z nim (dodam, że mam w krajach arabskich, w tym w Egipcie sporo
      znajomych, którzy są po prostu znajomymi, kolegami, przyjaciółmi i tyle –
      chociażby w Kairze właśnie kumple z tanury. Dla których jestem koleżanką lub
      wręcz siostrą, a siostry się nie podrywa, lecz się nią opiekuje i chroni).
      Staje się marudny w wyrażaniu uczuć, a mi się tego nie chce słuchać. Czas to
      zakończyć. Wracam do hotelu padnięta długim dniem.

      Kair
    • beduinka 6 EGIPT ZIMĄ - wspomnienia 01.06.05, 02:54
      03.02.2005 CZWARTEK

      Powtórka z rozrywki, czyli śniadanko w hotelu - jak ja ich lubię, ich czyli
      obsługę hotelu – Ashrafa, Muhammada, Abdu i … (dlaczego zapomniałam jego imię –
      taki sympatyczny młodziutki – ok. 20 l. – i bardzo uczynny chłoptaś), no i
      Muna – jak ona sprząta, to lepiej uciekać. No a jak jej nie ma w pobliżu – to
      chłopcy plotkują o jej nowym narzeczonym, który wciąż do niej dzwoni. No a
      podobno to tylko my kobiety jesteśmy plotkarkami. Bardzo lubię ten hotel, chyba
      właśnie z powodu jego atmosfery (nie plotkarskiej, lecz tak ogólnie). Tak
      cieplutko goście są tu traktowani, a jednocześnie bez żadnego natręctwa.

      Znowu idę na tyły muzeum i autobusikiem jadę na targi. Dlaczego tylko jak już
      przychodzę na dworzec – to kierują mnie do autobusu targowego, dlaczego gdy
      wchodzę na teren targowy (znowu bilet studencki) witają mnie, że chyba tak
      bardzo mi się podoba, że kolejny raz wracam. A mi się naprawdę podoba,
      szczególnie to co się dzieje w namiocie kulturalnym, gdzie i teraz kieruję
      swoje kroki. Dzisiaj w programie mamy المنصورة الات شعبية – czyli grupę muzyczno-
      taneczną, grającą na tradycyjnych instrumentach ludowych, pochodzącą z Mansury.
      I jeszcze jakaś kolejna grupa, która nam zatańczyła i zaśpiewała, a potem
      pojechałam na plac Ramzesa, by kupić tam prezent dla Mahmuda, do którego szłam
      dzisiaj na przyjęcie urodzinowe. Wybrałam mu samochodzik elektryczny ze
      sterownikiem. No i wydało się, że Mahmud jest małym chłopcem – no nie takim
      małym, przecież dziś wypadają jego czwarte urodziny, więc szykuje się extra
      impreza. Mahmud jest synem Hasana i siostry Saida. Jadę do Szobry i przychodzę
      do domu Saida. Jego matka już wyszła do domu Hassana. Jego bracia właśnie się
      szykują do wyjścia – aż chce mi się śmiać jak się poważnie szykują na to
      przyjęcie - ale śmieję się tylko w duchu – nic po sobie nie pokazując, tak
      naprawdę to wiem, że dla nich każda taka uroczystość jest okazją do spotkania
      całej większej rodziny, która zjeżdża się nawet z innych miast. Saidowi jakoś
      się na razie nie śpieszy. Oglądamy telewizję (Said się cieszy, bo mają teraz
      nowy wielki telewizor i kablówkę [czy też może satelitę] – w każdym razie
      multum stacji i można uprawiać sport pt. przełączanie z kanału na kanał, także
      sport często uprawiany przez Polaków) i jemy późny obiad (bądź wczesną
      kolację) – gotowane krowie serca – dla mnie, która nie jada zazwyczaj mięsa
      jest to trudne zadanie, ale daję sobie radę… ufff… nigdy więcej…

      Potem wychodzimy z domu i idziemy na autobus do Qanatir. Wsiadanie jest niezbyt
      przyjemne, bo to mężczyźni pchają się do wyjścia i pędzą, by zająć miejsca
      siedzące, a kobiety nie mają takiej siły przebicia. Ja mam, no i przede
      wszystkim mnie Said wciąga w ten tłum. Udaje się nam i zdobywamy miejsca
      siedzące. Opuszczamy Kair i jedziemy drogą, przy której leżą wioseczki
      rozciągnięte wzdłuż, natomiast za nimi widać pola uprawne. Wysiadamy w
      Aljubili. Jest już ciemno, gdy idziemy uliczkami, a raczej bitymi dróżkami
      między domami. Słychać ryczenie krów i przeciągły ryk osła. Gdy dochodzimy do
      domu Hassana – już z zewnątrz słychać muzykę. W środku jest wielu ludzi. Część
      z nich już znam, bowiem jest tam zarówno rodzina Hassana, jak i jego żony, a
      także wiele osób z grupy derwiszy. Ismail rzuca się mi na szyję, mój malutki
      Ismail – 15 letni zakręcony derwisz. Część osób dopiero poznaję. Mieszkanie
      jest pięknie (oczywiście to słowo jest bardzo relatywne) przyozdobione. W
      jednej części salonu są kobiety, w innej mężczyźni. Nie jest to jakoś
      oddzielone i osobnicy tej czy tamtej płci przenikają do drugiej części. Leci
      muzyka. Jestem karmiona tortem. Pysznym. Zaczynają tańczyć, po salonie wirują
      Hassan z żoną, biorą też synka miedzy siebie albo na barana. Proszą bym to
      wszystko nagrywała na video i by mogli sobie przegrać. Więc nakręcam Umm Mahmud
      wywijającą biodrami, siostrę Zassana Fatimę w radosnych podskokach, babcie
      zajmujące się wnukami, mężczyzn rozprawiających przy sziszy i kawie, a przede
      wszystkim szczęśliwego Mahmuda, brzdąca wokół którego to się wszystko dzisiaj
      kręci. Odwija coraz to kolejne prezenty. Nieskromnie dodam, że z mojego
      prezenty cieszy się chyba najbardziej. Odwija go i bawi się samochodzikiem nie
      tylko mały Mahmud, ale i jego ojczulek Hassan. W pewnym momencie Hassan i
      Ismail próbują odtańczyć zakręcony taniec derwiszy, lecz biorąc jakąś narzutę
      jako naturę omal nie zrzucają żyrandola, więc ten sposób zabawy tutaj odpada.
      Natomiast tańczą w niezwykle ciekawy sposób. No cóż lata treningu w zespole
      tanury dały im niezwykle gibkie ciała, a na dodatek bardzo dobrze czują muzykę.

      Said odwozi mnie do centrum, lecz ja nie idę bezpośrednio do hotelu, lecz
      najpierw na godzinę wstępuję do kafejki internetowej (4 LE za godzinę) – po raz
      pierwszy od kiedy jestem teraz w Egipcie.

      Kair – Aljubija - Kair
      • gajasirocco Re: 6 EGIPT ZIMĄ - wspomnienia 01.06.05, 11:34
        Jak miło się czyta te Twoje wspomnienia.
        Oby Maroka tez było dla Ciebie tak gościnne.
    • beduinka 7 EGIPT ZIMĄ - wspomnienia 10.06.05, 18:49
      04.02.2005 PIĄTEK

      No i nastał piątek. Dzisiaj ubieram się w abaję i khimar i jak schodzę na
      śniadanie to od razu wiedzą, gdzie się wybieram. Zjadam śniadanie i gdy się już
      szykuję do wyjścia zjawia się niestety Hussam. Moje próby spławienia nie udają
      się, on twierdzi, że wybiera się na modlitwę piątkową, więc może i do Al-
      Azharu. Dobra, niech jedzie, meczet jest duży, a poza tym sale męska i kobieca
      są osobne, więc nie będziemy sobie za bardzo przeszkadzać. Co ciekawe, on nie
      wie jak dojechać pod Al.-Azhar – no ale cóż ja przecież wiem, więc mogę i
      Kairczykowi wskazać drogę. Gdy dojeżdżamy pod Al-Azhar on dziwi się kordonom
      policyjnym, chce się pytać co się dzieje, myśli, że coś wyjątkowego się stało,
      lecz tłumaczę mu, że to zwykłe środki bezpieczeństwa stosowane co piątek przed
      Al-Azharem przed i w czasie głównej modlitwy.

      Wchodzimy do meczetu osobnymi wejściami. Najpierw jestem trochę na dziedzińcu,
      lecz wkrótce wchodzę do sali dla kobiet. Znowu – tak ja podczas swoich
      wcześniejszych wizyt na piątkowych modlitwach w meczecie - poddaję się
      ustawieniom przez starsze babeczki, które wskazują każdemu wchodzącemu miejsce
      w rzędach. Usadzają nas ciasno koło siebie, co poniektóre kobiety, które
      przyszły wcześniej – zajmowały koło siebie miejsca dla swoich koleżanek i te
      później wędrując na przody, muszą wielgachne kroki nad już siedzącymi kobietami
      czynić. Niektóre kobiety odprawiają teraz zaległe modlitwy, inne plotkują
      między sobą, a pozostałe po prostu siedzą w ciszy czekając na rozpoczęcie
      modlitwy. Słucham z uwagą dzisiejszej chutby, która jest na temat różnic między
      surami mekkańskimi i mesyńskimi, różnic w typie przesłania, treści, stylu.
      Podczas modlitwy zwracam uwagę, że ścianki działowe między częściami dla kobiet
      i mężczyzn zostały przebudowane tak, że już nie można dostrzec drugiej części
      meczetu. Podczas modlitwy kobiety zauważają oczywiście, że nie jestem
      muzułmanką, jako że tylko obserwuję, a nie modlę się i wkrótce po skończeniu
      pokłonów zaczynają ze mną pogawędki. Jak zawsze jest to nastawienie pozytywne,
      sympatyczne i widać, że sprawia im radość to, że mogą sobie trochę pogadać z
      cudzoziemką.

      Później wychodzę na dziedziniec, na którym są już tłumy ludzi i wkrótce idę do
      części męskiej, gdzie - jak w każdy piątek, kiedy byłam na Al-Azharze – po
      modlitwie odbywa się demonstracja antywojenna / antyizraelska /
      antyamerykańska. Na szczęście nie widzę nigdzie Hussama – chyba small chat z
      Egipcjankami pomógł mi i on opuścił meczet przede mną. Wracając do tematu
      demonstracji – mężczyzna z megafonem podgrzewa emocje tłumu, opowiadając o
      zbrodniach Amerykanów na Irakijczykach i Izraelczyków na Palestyńczykach. Nagle
      jakiś rozemocjonowany Egipcjanin krzyczy, że ja jestem Amerykanką, że ja
      zabijam Irakijczyków i Palestyńczyków i że mam się wynosić z jego kraju
      (zwróciłam na siebie uwagę filmowaniem i robieniem zdjęć, co samo nie jest
      zakazane i wręcz jest w tym momencie tam sporo dziennikarze także
      dokumentujących tę demonstrację, jednak przyciąga to na mnie uwagę tego typka).
      I wtedy ten tłum gniewnych Arabów nie otacza już mężczyzny z megafonem, tylko
      mnie. Część z nich wówczas potakuje mu wzrokiem i kiwając głowami, część mówi
      by się uspokoił, bo nie przystaje się tak zachowywać w meczecie, a większość
      milcząco oczekuje, co się wydarzy. Ja najpierw próbuję słownie odpierać ataki,
      lecz wkrótce zauważam, że nie ma to raczej większego sensu. Widzę, że sytuacja
      jest napięta i też się zastanawiam, co będzie dalej.

      c.d.n.
    • beduinka 8 EGIPT ZIMĄ - wspomnienia 11.06.05, 19:41
      Widzę, że sytuacja jest napięta i też się zastanawiam, co będzie dalej. Wiem
      jednak, że zawsze w meczecie podczas piątkowej modlitwy jest mnóstwo policji w
      cywilnych ubraniach (ci w mundurach stoją w kordonach otaczających meczet). I
      tak jak się spodziewałam zaraz do nas podchodzą, jednak zadziwiają mnie
      pytaniem „Co się dzieje Amiro?”. Jakże „miło”, że policja kairska rozpoznaje
      mnie już po imieniu. Okazuje się, że są to ci sami policjanci, z którymi
      rozmawiałam tutaj na Al-Azharze kilka miesięcy temu, we wrześniu czy w
      październiku, ale zdziwiło mnie, że nadal pamiętają moje imię. Wtedy krótko
      sobie porozmawialiśmy, bo ciekawiło ich po prostu, co robię na takiej
      demonstracji, a teraz przyszli mi z odsieczą.

      Opuszczam meczet rozgoryczona zachowaniem tego mężczyzny. Sądzę, że on sam nie
      zrobił dla Irakijczyków czy Palestyńczyków zupełnie nic, poza tym, że po
      usłyszeniu od jakiegoś idioty z megafonem, że Amerykanie są ble i błędnym
      wydedukowaniu, że ja jestem Amerykanką powykrzykiwał jakieś bzdury. I już
      czuje, że broni w ten sposób swoich braci Irakijczyków przed wstrętnym
      Zachodem.

      Poza meczetem kairskie życie toczy się swoim zwykłym tokiem. Nie za szybko, nie
      za wolno.
      Plączę się po sukach i uliczkach starego miasta (popijając po drodze różne soki
      owocowe, takie mam dzisiaj zachcianki) aż dochodzę do meczetu Sułtana Hassana
      II. Jeszcze przed wejściem zakładam na głowę khimar i dzięki temu wchodzę tam
      nie jako turystyka. Stąpam po tym meczecie przypominając sobie moje wszystkie w
      nim wizyty poczynając od tej pierwszej prawie równo 9 lat temu, po tą ostatnią
      4 miesiące temu. Gdy docieram korytarzami do głównej części meczetu, gdzie w
      czterech iwanach mieściły się niegdyś cztery szkoły prawa muzułmańskiego
      (hanaficka, malikicka, szafaicka i hanbalicka) imam i muezin meczetu witają
      mnie słowami „Al-hamdu lillahi bis-salama ya Amira” i zaczynają się mnie
      wypytywać, co porabiałam przez ostatnie miesiące. Pytają się czy już przeszłam
      na islam, a ja zgodnie z prawdą odpowiadam, że nie. Rozmawiamy o wszystkim i o
      niczym, aż nastaje czas kolejnej modlitwy i muszą oni wykonać swoje obowiązki,
      tj. muezin wezwać na modlitwę, a imam ją odprawić. W meczecie siedzą też
      hiszpańscy turyści słuchający z zaciekawieniem swojego przewodnika, a gdy daje
      im czas wolny, on sam jest zaciekawiony moją personą.

      Po skończonej modlitwie pewien starszy pan zaczyna rozmowę ze mną i zaprasza na
      obiad do swojej rodziny. Podobno mieszka niedaleko stąd. Przystaję na tę
      propozycję i idziemy do jego domu. Po drodze wstępujemy jeszcze na sok z mango.
      Kluczymy wąskimi uliczkami, a ja staram się zapamiętać drogę. Bynajmniej nie
      było to „niedaleko” – jak twierdził, ale bynajmniej nie żałuję tej drogi i
      wizyty. W domu poznaję jego żonę oraz dwie córki. Trzecia dołącza do nas
      później, bo jest jeszcze na zajęciach – studiuje ona na Uniwersytecie Al-Azhar,
      a dzisiaj, choć piątek i to dzień wolny od lekcji na uniwerku, pobiera
      korepetycje z języka angielskiego. Gdy wraca do domu rozmawia ze mną i sama
      chce byśmy rozmawiały po angielsku, który zna naprawdę nieźle. Młodszą córkę
      ojciec namawia do rozmowy ze mną po niemiecku, bo podobno mała uczy się tego
      języka w szkole, lecz dziewczynka jest onieśmielona i duka tylko kilka
      podstawowych zwrotów.

      W pewnym momencie wpada do mieszkania ich kuzyn, wnosząc stary rozwalony (ale
      naprawdę piękny, misternie rzeźbiony) stół, który – co wnioskuję z rozmowy -
      oni dali mu do naprawy i tłumaczy, że będą mu potrzebne dodatkowe listewki,
      które podtrzymają rozchybotane części tego mebla. Lecz co ciekawe, choć
      rozłożył się z tym stolikiem na dywanie tuż przede mną i dziewczynami, z
      którymi rozmawiałam – w ogóle nie zdawał się być zdziwiony moją bytnością tam,
      i poza powitalnym as-salamu ‘aleikum wypowiedzianym przy wejściu do mieszkania
      i skierowanym do wszystkich w nim będących, na które oczywiście odpowiedziałam,
      nie było do mnie z jego strony żadnych pytań (ani nawet na mnie nie spojrzał,
      chyba że ukradkiem) typu kim jestem, skąd, jak mam na imię i 1001 innych pytań,
      którymi zazwyczaj jestem zalewana w takich sytuacjach (nie żebym domagała się
      takiej atencji, to było raczej pozytywne zdziwienie). Zjadam z tą sympatyczną
      rodziną smaczny obiad i zostaję odprowadzona przez pana domu do głównej drogi,
      z której łapię taksówkę do hotelu.

      W hotelu tylko przebieram się z abaji w spodnie i bluzkę, wychodząc kupuję
      sobie wodę w pobliskim sklepiku i już pędzę na tyły muzeum, by znów wsiąść w
      autobus podążający na targi książki, by uczestniczyć w kolejnym ciekawym
      przedstawieniu, które wywiera na mnie ogromne wrażenie. Dzisiaj prezentowane są
      egipskie zwyczaje zaręczynowe i ślubne… wszystko po kolei. Czasem w różnych
      częściach sceny odbywają się równolegle uroczystości dla panny i dla pana
      młodego. Wszystko pokazywane jest z humorem, o wielu tych zwyczajach słyszałam,
      czytałam, bądź widziałam je na własne oczy, część z nich jest dla mnie
      nowością. Np. taniec konia z dziewczyną, który tu na scenie wykonywany jest
      przez wypchanego konia, a naprawdę nadal na weselach w Dolnym Egipcie z tego,
      co mówi Ali (kamerzysta) tańczą takie tresowane rumaki. Koniec występu też
      wzbudza salwy śmiechu, gdy młoda para opuszcza scenę, a chwilę potem wrzucona
      zostaje na nią szmatka zabarwiona na czerwono.

      Przedstawienie kończy się późno i kiedy opuszczam teren targowy nie ma już
      bezpośrednich autobusów w okolice muzeum. Nie wiedziałam o tym i najpierw na
      jakiś czekałam, lecz wkrótce okazało się, że muszę jechać z przesiadkami.
      Dojeżdżam w okolice hotelu ok. godz. 22:00 i stwierdzam, że na dzisiaj mi już
      chyba wystarczy i rezygnuję z jakiś wieczornych dłuższych wyjść. Idę jedynie do
      pobliskiej kafejki internetowej, gdzie Internet jest naprawdę bardzo tani (2LE
      za godzinę), lecz jednocześnie jej właściciel jest humorzasty. Gdy dochodzę
      tam – okazuje się, że jest zamknięte – pomimo iż tabliczka z godzinami otwarcia
      głosi inaczej. Wracam więc do hotelu po drodze kupując sobie kanapkę z
      kurczakiem oraz coś słodkiego i spędzam wieczór na czytaniu książek oraz
      przewodnika bowiem ciągnie mnie, by w końcu wybrać się na wycieczkę do
      Aleksandrii. Z drugiej strony zniechęcają mnie wiadomości, które czytałam w
      dzisiejszej prasie, że Alex nawiedzają takie ulewy, że wręcz woda płynie
      ulicami. A przede wszystkim ja kocham Kair tak bardzo, że najchętniej bym go w
      ogóle nie opuszczała. Umm ad-Dunia to przecież!!!!!!

      Kair

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się


Nakarm Pajacyka