wiem, że niczego by to nie zmieniło...
ale było kilka chwil w tamtym życiu, daaawno dawno temu, które mimo
wszystko mile wspominam...
czy ja mam coś nie tak z głową? czy to może normalny etap w nowym
samotnym życiu?
a może to te cholerne świąteczne ogłupienie?
masa reklam z pełną rodziną, gdzie tata jest podporą i człowiekiem
radośnie tulącym dzieci i spoglądającem z pożądaniem na krzątającą
się żonę?
a mi żal, że sama jestem?
wiem wiem, że mam dzieci i dla nich jestem gotowa na wiele poświęceń
i dla nich uśmiecham się cały dzień a łzy kryję pod osłoną nocy,
jednak duszy nie oszukam... czuję się taka opuszczona

jakaś taka... wybrakowana
sama świąt chyba nie dam rady zrobić, straszne to dla mnie
obciążenie psychiczne, do rodziców mogłabym iść, ale boję się, że
ich utopię swoimi łzami, bo wszystko w ich domu będzie mi
przypominać młode szczęśliwe lata z obojgiem moich rodziców, a moje
dzieci tego nie mają

jeszcze te życzenia...
to będzie najgorsze
czy też chcieliście by pierwsza Wigilia minęła jak najszybciej, a
najlepiej żeby jej nie było?
jak sobie radzić z poczuciem ogromnej pustki?
jak zabić w sobie ludzkie odczucia?