Gość: edyta
IP: *.acn.waw.pl
22.07.08, 20:33
Zaczynamy!
Lot super, bez turbulencji, choć pierwszy raz widziałam tak odjechany
samolot. Towarzystwo serwerów polskich z rodzinami pijąca od startu a może
wcześniej. Sajgon trwający do odbioru bagaży na lotnisku docelowym.
Hotel i sama kolacyjka nocą zrobiły wrażenie przyjemne ale nie na dzieciach.
Co w świetle nocy złe dla maluchów w dzień nabrało innych barw.. Od rana dobre
śniadanko z pyszną kawą poprawiło humory i wypoczęci ciekawi wszystkiego wokół
zaczęliśmy obchód hotelu. Za daleko nie poszliśmy bo dzieci już przy pierwszym
basenie zaczęły szaleć. Baseny ładne. Duże . Było ich pięć z brodzikami
włącznie plus jacuzzi w zagajniku palm. Teren hotelu rozległy i naprawdę
imponujący. Urządzony w stylu mauretańskim sprawiał wrażenie przytulnego
ogrodu. Obok nas na leżakach rozbili się swojsko mówiący Polacy.
Następnego dnia zdobyliśmy miasto ale wdzierając się w zaułki miejscowych
nadrobiliśmy tyle kilometrów że wracaliśmy taksówką. Tanie to tam bardzo 2,4
E. Dotarliśmy do portu, pooglądaliśmy knajpki i jak tam ludzie żyją. Fuerta
różni się bardzo od znanej nam Teneryfy, również mieszkańcami- tu etniczności
się ścierają. Czuć i widać bliskość Afryki i naleciałości arabskie.
Pierwsze dni spędziliśmy wypoczywając i ciesząc się nicnierobieniem. Tego mi
było potrzeba.
Samochód dostarczono nam punktualnie bez przypominania potwierdzania. Cicar-
zamówiony przez Internet samochodzik VW okazał się astrą diesel za 100 E na
tydzień. Rozkosznie. Zwłaszcza ze ceny na miejscu były 2 razy wyższe.
Spakowani z radością wskoczyliśmy do wozu i pojechaliśmy na plażę między
hotelami RIU. Cos niesamowitego. Nie oddam tego werbalnie nie oddadzą tego
zdjęcia. Turkus spienionych fal rozlewał się na rozłożystą piękną plażę. Wydmy
złotego piasku ciągnęły się w nieskończoność. Skaczemy w falach jak dzieci.
Szalejemy tak do 14 i wsiadamy by jechać na obiadek i zwiedzanie El Cotillo.
Najpierw docieramy do miasteczka La Oliva. Sennego pustego, …nikogo wokół
cisza i spokój. Restauracji też zero. Poza dzwonnicą na czystym ryneczku
…niczego. Poza placem zabaw z którego chętnie skorzystał Igor. Nadal głodni
wróciliśmy do Villa Verde. Tam szukaliśmy dalej strawy. Piękna malowniczo
obsadzona kaktusami restauracyjka z obsługa nieznająca angielskiego i bez
paelli nie zachwyciła nas tak jak jej otoczenie. Zrobiliśmy więc zdjęć kilka i
szukaliśmy dalej…wreszcie…”Rodeo” z mięsami kanaryjskimi z których jedyne
nieakceptowane przeze mnie od lat to mięso kozie. Reszta super. Obiady
kosztowały nasza rodzinkę z napojami do 30 E. Kolejny punkt to El Cotillo z
twierdzą towston. Odległości na Fuercie są niewielkie – trasę szybko
pokonaliśmy ale w uliczkach jednokierunkowych w miasteczku straciliśmy więcej
czasu niż na sam dojazd. Znalezienie twierdzy nie było proste może przez
GPS-a;) Wylądowaliśmy gdzie indziej, ale widoki były cudne Wojtek postanowił
nie poddawać się . Zaplanowane ma być zrealizowane i już. Zapytał miejscowych.
Coz oni sami byli zdziwieni ale mniej więcej powiedzieli gdzie coś takiego
może być. Gdy dotarliśmy- zrozumieliśmy dlaczego miejscowi tak reagowali – ta
twierdza opisywana w przewodnikach i na wszelkich mapach ujmujących miejsca
warte zobaczenia to takie małe cos z interesującymi schodami. Po raz pierwszy
ale nie ostatni przekonałam się jak na Fuercie można rozreklamować cos co nam
by nawet do głowy nie przyszło…i ta refleksja że May w Polsce takich „Twierdz”
czy zabytków podobnej i wyższej klasy mamy bardzo dużo ale nie potrafimy tak
wiele wokół nich zrobić szumu. Przy twierdzy dostrzegliśmy sporo samochodów na
poparcie tezy dobrego marketingu mieszkańców wysp. I z ta refleksja w drogę do
znalezionej w gogle zatoczki – o i to nas zachwyciło. Zresztą chyba wolimy
dzieła natury od tych rąk ludzkich, choć te drugie docenić również potrafimy.
Cudne zjawisko…turkusy i szmaragdy tak bym to opisała gdybym miała posłużyć
się klejnotami:) Cudowne widoki dla mych spragnionych takich widoków oczu.
Tylko trudno było je szeroko otwierać przez wiatr straszny piachem sypiący.
Udało nam się rozłożyć namiot , tylko cały czas składał się z powodu wiatru.
Więc musiałam się do niego wgramolić na stałe:) i pilnować dobytku chroniąc
się jednocześnie przez wiatrem. W zatoczce dzieci pływały z rybami.
Kolejny punkt programu to latarnia z której zamierzaliśmy podziwiać piękne
widoki…ale oczywiście nie było nam dane- latarnia czynna od dnia następnego.
Wokół jednak mnóstwo było naturalnych baseników i te zainteresowały nasze
dzieciaki.
Powrót do hotelu na kolację. Oasis Papagayo wg nas karmi bardzo dobrze. jednak
za wskazówkami forumowiczów nie zdecydowalismy się na all- bardzo się z tego
cieszylismy. I pewnie to samo poradzilibysmy innym. Kolejne dni następnym razem