Zainspirował mnie wątek „uprzejmości w windzie”, a zwłaszcza jedna z
wypowiedzi jego założycielki – Zagubionej11. Pozwolę sobie
zacytować: „Przesadna uprzejmość, owszem, mnie drażni, bo traktuję
ją jako narzucanie się. Jeśli ktoś nieznajomy mówi do mnie "dzień
dobry", to oczywiście muszę też odpowiedzieć "dzień dobry", żeby nie
wyjść na buraka, a może wcale nie mam ochoty z tym akurat osobnikiem
wchodzić w interakcje... Myślę, że w windzie, gdzie przestrzeń jest
mocno ograniczona i nie ma drogi ucieczki, powinniśmy się jednak
powstrzymać od zbędnych kontaktów werbalnych, zakładając skromnie,
że nie dla wszystkich nasze powitania/pożegnania/podziękowania są tą
chwilą, która rozświetla im cały dzień.”
Cóż, zawsze mnie zastanawiało, z czego to wynika, że w Polsce ludzie
są tacy nadęci i generalnie nie pozdrawiają się wzajemnie, o ile nie
zostali sobie oficjalnie przedstawieni. W krajach Europy Zachodniej,
w których miałam okazję bywać, nieznajomi ludzie mówią sobie „dzień
dobry” (w swoich językach, rzecz jasna) na ulicy, na parkingach, w
parku itp., a już obowiązkowo wchodząc do pomieszczenia, w którym
ktoś przebywa (jak np. winda). W Polsce dominuje zachowanie
typu „nie znamy się, więc się nie pozdrawiamy”. W ten sposób
paradoksalnie można znać kogoś bardzo dobrze z widzenia, mijać się z
nim codziennie nawet kilkakrotnie i nie zamienić z nim tego
krótkiego „dzień dobry”. Spotkałam się z tym zjawiskiem na
osiedlach, na których mieszkałam (sąsiedzi mijający się codziennie
na klatce schodowej i nie mówiący sobie „dzień dobry”

, w
przedszkolu i szkole mojego dziecka (rodzice nie kłaniający się
sobie nawzajem np. w szatni), w pracy (nowe osoby nie uważające za
stosowne pozdrawiać innych pracowników dopóki nie mają z nimi
bezpośredniego kontaktu służbowego) itp. Sama w takich sytuacjach
zawsze staram się mówić „dzień dobry” pierwsza – kobietom. Po jakimś
czasie one też zaczynają „wychodzić z inicjatywą” i „dzieńdobrujemy”
sobie równocześnie albo która którą pierwsza zauważy. Mężczyznom –
no cóż, niestety, pierwsza kłaniać się nie będę. W życiu bym nie
pomyślała, że dla kogoś może stanowić problem fakt, że ludzie mówią
mu „dzień dobry”. Ja to zawsze odbieram jako miły gest, za buractwo
uznając sytuację odwrotną. Tymczasem Zagubiona11 ewidentnie zwykłe
pozdrowienie odbiera jako próbę naruszenia jej granic. Może takich
ludzi jest w naszym kraju większość i stąd to narodowe nadęcie. Co o
tym myślicie?