Zacznę od tego, że jestem zła na siebie. Na swoją głupotę.
Głupia jestem, bo zaufałam mojej wetce i zbagatelizowałam sprawę.
Mogłam od razu skonsultować sprawę z innym wetem, ale problem wydawał
mi się zbyt trywialny. No i mam.
Jakiś czas temu u rudzielca zauważyłam nieznaczny łysy placek na
uchu. Odpadnięty strup nie wchodzi w rachubę, bo zauważyłabym go
wcześniej. Podejrzewając grzybka złapałam kota pod pachę i do weta.
Wetka grzybicy nie potwierdziła, orzekła uraz mechaniczny i dała mi
jakąś maź o konsystencji oleju do smarowania.
Po paru dniach wydało mi się, że jest gorzej - znowu kota pod pachę i
do weta. Obejrzała, kazała nie panikować, stwierdziła, że świetnie
się goi i lada moment zacznie odrastać sierść. No ok. Uspokojona
wróciłam do domu.
Dziś Rudolfo zaczął się drapać. Rozorał sobie ucho niemożebnie.
Zobaczyłam krew, zaklęłam siarczyście - ponownie kota pod pachę i do
kliniki dyżurnej (sobota). Wet przemył uszko jodyną, sprawdził uszy w
środku - czyste. Mimo to podejrzewa świerzb. Kiciul dostał zastrzyk
na świąd, a ja kropelki na kark dla całej trójcy.
Zaaplikowałam lek i nie wiem, co dalej...
Czy ktoś z Was spotkał się z takimi objawami?
Czy powinnam w poniedziałek odwiedzić trzeciego weta?
Nonie wiem...