Co kot, to charakter. Mam w domu cały przekrój kocich charakterów.
Iwa to koci odpowiednik Margaret Thatcher - wyniosła i nieufna wobec obcych, na pieszczoty pozwala tylko mi.
Lara to z kolei kwintesencja słodyczy, miziakowatości i do tego urwis, poza tym zachowuje się jak psiak (aportuje niczym owczarek).
Kuzco to pieszczoch-poduszkowiec, czasem jest wręcz namolny, gdy go najdzie - nie ma zmiłuj - nie ma jedzenia, spania, liczy się tylko jedno: drapanie brzuchola i to już, natychmiast, nał!
Maniutek to typ filozofa marzyciela, nigdy mu się nie spieszy, nie grzeszy też zbytnim refleksem, za to jest mistrzem ugniatania.
Rudi to kot błyskotliwy, pomysłowy, oszczędny w słowach i okazywaniu czułości, diabelnie inteligentny, z niesamowitą intuicją.
No i się rozgadałam niezdrowo, ale o swoich kotach mogłabym godzinami.

A o inteligencji właśnie miało być. Tudzież o intuicji.
Zastanawiałam się niejednokrotnie, jak to jest... Rudi i Maniutek są braćmi z jednego miotu, a tak różni pod względem emocjonalnym i intelektualnym. Oczywiście nie wykluczam, że w Manfredzie drzemie geniusz, tylko z wrodzonego lenistwa nie chce mu się tego okazywać.
Bo Rudolf, proszę Państwa, to kot nad koty. Długo był samcem alfa w stadzie. Jakiś czas po kastracji rozleniwił się i przekazał pałeczkę władzy Iwie (teraz, gdy i panna przeszła zabieg, przewiduję ponowne rotacje w hierarchii).
Rudi zawsze jako pierwszy (a w wielu przypadkach jedyny) obliczał skomplikowane wzory na trajektorię lotu na lodówkę, wiszące szafki kuchenne, czy też szafę w sypialni. Wyczuwa też ludzi i związane z nimi moje emocje. Gdy mój przyjaciel dzwoni, żeby zapowiedzieć się z wizytą - kot 15 minut przed jego przyjazdem już waruje pod drzwiami. Gdy odbieram telefon od mojej mamy, która prosi mnie, żebym włączyła skype na pogaduchy - kot natychmiast mości się w fotelu przed komputerem. Z kolei mojej średnio przeze mnie lubianej znajomej ostatnio soczyśnie kichnął w oko.
Kiedyś niechcący zamknęłam Iwę w łazience. Ona nie miauczy, tylko cicho świergoli jak ptaszek. Nie słyszałam jej więc. Rudi odstawił pod drzwiami łazienki totalną bonanzę - wił się na podłodze jak piskorz, drąc się, jakby go ze skóry obdzierano (na codzień tylko gada sobie pod nosem, jak to miaukun, nie jest głośny). Myślałam, że kocura dopadła jakaś kolka nerkowa albo ból wyrostka!

Tknęło mnie i otworzyłam drzwi łazienki, zza których śmignęła szczęśliwie oswobodzona Iwka. Rudi natychmiast się uspokoił i dystyngowanym krokiem udał się na kanapę, zadowolony ze spełnionej misji.
Z innego podwórka: jeden z moich znajomych zaposiada żonę i kotkę. Kotka jest filigranowym stworem, mieszanką rasy europejskiej i mco. Jest już seniorką (kotka, nie małżonka, rzecz jasna) i większość dnia przesypia. Ale gdy ów znajomy widzi, że kicia się budzi i leniwym krokiem udaje się w kierunku drzwi wejściowych do mieszkania, jest pewien, że najdalej za 10 minut wejdzie żona.
Jestem ogromnie ciekawa, jak to jest u Waszych kotów.