Na działkę dotarliśmy w piątek wieczorem. Zdziwiło nas, że nikt nas nie powitał. Późnym wieczorem na krótki posiłek pojawił się Kuzynek.
No cóż, jest wiosna, jest ciepło, więc gdzieś polazły, pomyśleliśmy sobie.
Sobota rano, pojawiła się Cioteczka, Mamuśka, Kuzynek, a Babci nie ma. Ż od razu była bardzo podenerwowana, bo kto jak kto, ale Babulka była zawsze. Coś się pewnie musiało stać. Pocieszałem ją, że jest ciepło i pewnie gdzieś zabradziażyła.
Minęła sobota i w niedzielę, dalej nic. Nigdzie jej nie było. Mamuśka całą sobotę przesiedziała na ganku pod drzwiami na dywaniku i nie chciała się ruszyć. Wyglądało na to, że Mamuśka sądziła, że Babulka jest w domu, dlatego cały czas na nią czekała. Nawet nie uciekała kiedy się koło niej przechodziło. Mamuśka i Babcia są ze sobą bardzo zżyte i zawsze i wszędzie biegają razem.
Godzinę przed naszym wyjazdem pojawiła się Babinka. Cicho płacząc ledwo przyczłapała się do drzwi na trzech łapkach, tylną prawą ciągnąc za sobą. Dramat.
Podzwoniłem po lokalnych weterynarzach i szybko zorientowałem się, że jeśli to nie koń, czy krowa, to nie ma szans na pomoc. Wyglądało na to, że kontuzjowany kot, to nie warty zachodu i straty czasu w niedzielę obiekt. Przecież on jest nic nie wart, a po drugie tyle tych "szkodników" kręci się po okolicy...
Na działce nie mam internetu, więc zadzwoniłem do naszej Basi po pomoc i radę. W międzyczasie pożyczyłem transporter, bo stało się oczywiste, że muszę zabrać Babunię do Warszawy. Czekała nas godzinna podróż z trzema kotkami w jednym aucie.
Po kilku rozmowach telefonicznych, okazało się, że Basi udało się załatwić wizytę u weterynarza chirurga, ale dopiero na poniedziałek rano.
Na szczęście ruch na drodze był niewielki i dotarliśmy na miejsc w niespełna godzinę. Żadna z kotek nie odezwała się w czasie podróży ani jednym dźwiękiem. Dzidzia spała u Ż na kolanach, a Nuszka i Babcia w transporterkach na tylnym siedzeniu. Anioły nie koty.
Prosto z trasy, nie zajeżdżając do domu, podjechałem do pobliskiej całodobowej kliniki weterynaryjnej, po doraźną pomoc w postaci leków znieczulających. Po zrobieniu rentgena okazało się, że złamana jest kość goleniowa i strzałkowa tylnej łapki. Babcia dostała zastrzyk znieczulający i przeciwzapalny, aby w miarę spokojnie przetrwała noc.
Rano jedziemy ze zdjęciami rentgenowskimi w garści do klinki do pana chirurga.
Jakie to szczęście, że Babulka dała radę przywlec się do nas zanim wyjechaliśmy z działki. Strach pomyśleć, co by było, gdyby została tam bez pomocy.
Po powrocie do domu Dzidzia i Nusia zaległa i śpi do tej pory, a Babinka trochę podsypia i co chwilę domaga się pieszczot, jak nigdy dotąd. Leży w nowo zakupionym dla Nusi posłaniu. Dziwnym trafem Nuszka wcale nie chce na nim przebywać i woli swoje miejsca. Czyli, nie ma tego złego...
Gdyby nie ta złamana łapka, Babcia wygląda na bardzo szczęśliwą. Wygląda na to, że środek znieczulający działa.
Proszę o kciuki jutro o 9.30.
J
ps. Dla przypomnienia. To nasza Babinka, seniorka rodu.
A tu baraszkuje z Mamuśką.