Do tej pory przy każdym wyjeździe, każdej dłuższej nieobecności miałam stres, co zrobić z kotami. Niby zawsze mogłam poprosić siostrę, żeby wpadła i nakarmiła, ale nigdy nie czułam takiego całkowitego spokoju. No i odkąd Fruzia zaczęła sikać poza kuwetę, też nie wiedziałam, czy taki obcy zapach jej dodatkowo nie utrudnia życia. Z drugiej strony, bez sensu, bo też nie mogę non stop siedzieć w domu, bo Fruzia się stresuje. Poza tym bywają różne sytuacje.
I tak kombinowałam, co zrobić z kotami, aż wreszcie przypadek pomógł. Okazało się, że moja pani weterynarz prowadzi koci hotel. O ile wcześniej w ogóle nie rozważałam takiego rozwiązania (tak samo jak obcej osoby dochodzącej do kotów), tak to mi się spodobało. Lecznica niedaleko od nas, cena dla dwóch kotków przyjazna, a gdyby w razie coś się (odpukać) działo, to są pod opieką weterynarza!

Pierwszy raz koty "pojechały" do "cioci Marty" w sierpniu, jak wychodziłam za mąż. Nie ogarnęłabym tego wszystkiego - ani nie wysprzątała, a nie chciałam nawet sobie wyobrażać panów, którzy odkłaczają garnitury.

Koty czas spędziły trochę napięte, ale przeżyły.

Więc pojechały w niedługim czasie drugi raz, gdy my sobie zafundowaliśmy wycieczkę poślubną. Jak je odbierałam, to Kocio za bardzo nie chciał wracać, ale powiedziałam mu, że za dłuższy pobyt sam dopłaca z kieszonkowego, więc ostatecznie pozwolił się spakować do torby i zanieść do domu.

A za ostatnią, najświeższą bytnością, Kocio został sfotografowany i umieszczony na stronie, żeby przyciągać nowych "klientów".

Wrzucę link do strony na fejsie, gdzie jest zdjęcie, strona jest publiczna, więc każdy może obejrzeć:
Kocio28.11
O, taką ciekawostkę chciałam opowiedzieć, bo też i dawno się nie odzywałam. A ktoś z Was korzystał z takich kocich "hotelów"?