wadera3
26.04.17, 10:26
W związku z tym, że wątek smutny, który powinien zawierać jedynie słowa wsparcia, współczucia i pociechy, stał się wątkiem kłótliwo - pyskówkowym, postanowiłam(wraz z Barbą), że posty niezawierające słów pocieszenia i wsparcia wytnę. Niechże Minerwa nie musi przedzierać się przez magiel. Żeby zaś nie było(jak zawsze niestety) głosów. że "cenzura" i "jak tak można", to posty dyskusyjno - maglowo - pyskówkowe wkleiłam tu.
Niech dyskusja się sobie toczy, zobaczymy co z tego wyjdzie.
Od siebie dodam tylko tyle - do Piasi:
To co robisz, jest według mnie wysoce niemoralne, i to jest najdelikatniejsze i najbardziej dyplomatyczne słowo jakie mi przychodzi do głowy.
Mało tego, na słowa krytyki pod adresem owego "cudotwórcy" oburzasz się wprost nieproporcjonalnie do sprawy, i nie widzisz sedna czy meritum, widzisz siebie ("persona non grata"). Naprawdę jesteś w siebie tak zapatrzona. że w żaden sposób nie można się do Ciebie odnieść krytycznie? To współczuję.
Osoby "broniące" Piasi też proszę o przemyślenie kto tu co i dlaczego, napisał, na pewno się przyda.
Re: Cholera jasna... George.
pi.asia 25.04.17, 18:07
Mail na gazetową poleciał.
Re: Cholera jasna... George.
wiesia.and.company 25.04.17, 18:34
Ja bardzo przepraszam, ale mam przeczucie, że chodzi o polecenie takiego jednego hm... doktora. A ja mam z nim przykre bardzo doświadczenie, które mnie zdołowało. Spróbowałam (telefon podała mi Pi.asia) porozmawiać z tym panem, bo chciałam szukać różnych metod, byle szukać ratunku, a nowotwór był nieoperowalny, rak płaskonabłonkowy, agresywny, guz wielki na podniebieniu miękkim pod językiem. To, co usłyszałam to był atak na mnie, że głupi ludzie nie leczą zwierząt u tego pana, że jak już jest za późno, to dopiero do niego... a on by wyleczył, oczywiście, tylko że teraz to już nie. Ale to wszystko z głupoty tych ludzi, co u niego nie leczą....
Z całym szacunkiem, Pi.asiu, ja tego człowieka nie będę szanować. Może i rzeczywiście jego pacjenci nigdy nie umierają. Może ma doskonały stosunek do pacjentów. Bo do opiekunów pacjentów - nie. Oczywiście, można próbować wszystkiego, ale ja u niego nigdy nawet porady nie zasięgnę.
Przepraszam Cię bardzo, bo wiem, że masz dobre chęci, ale przy nowotworze, agresywnym, to i cudotwórca nic nie będzie mógł. Jeździć do Częstochowy, zmuszać kota do stresu, spotkać się z opryskliwym człowiekiem i usłyszeć że choroba jest z głupoty właściciela - nie, ja to źle przyjęłam, Nie zamierzałam Grosi narażać na jazdę, po pierwszym kontakcie telefonicznym wiedziałam, że po długotrwałym leczeniu przez tego pana i tak ostatecznie nic bym nie osiągnęła dobrego, a jeszcze zniszczyłby mnie, i tak już cierpiącą.
Oczywiście wybór należy do każdego z nas. Ale ten pan odebrał mi siły na walkę. Na szczęście Grosia walczyła, ja walczyłam, mój lekarz dawał mi opioidy w iniekcji, żeby Grosia miała komfort życia w ostatnich miesiącach.
Przepraszam, po prostu się ze mnie ulało.
-