pi.asia
08.12.17, 19:10
Przywykłam już do tego, że moje koty u weta zachowują się nietypowo. Amurka robi się płaska i usiłuje się wycofać, Trytka udaje, że cała sprawa jej nie dotyczy i generalnie wygląda na lekko znudzoną badaniem i oględzinami, Duszkę muszę trzymać, żeby nie wlazła wetowi na ramię i nie zaczęła się przymilać. Jedynie Fraszka wyrywa się, usiłując drapać i gryźć. Ale to, co wczoraj odstawił Dymek, przechodzi ludzkie pojęcie.
Otóż kocisko, które zawiozłam do lecznicy, bo zaczęło robić rzadkie kuupale o ostrym, kwaśnym zapachu, wygodnie ułożyło się na stole i zaczęło mruczeć - ok, mogło się zdarzyć. Pędzlowanie uszu (świerzbowiec!) również przyjęło spokojnie i bez protestów. Ale po wetknięciu termometru w wiadome miejsce Dymek nadal był wyluzowany, a mruczenie jeszcze się nasiliło! Słyszeliście o kocie, który mruczy z termometrem w d...?
Jakby tego było mało, to za nic nie chciał wejść z powrotem do kontenera. Inne zmykają tam z prędkością światła, ten się wykręcał i cały czas mruczał, radosny jak cielę w deszcz.
A w domu panicznie boi się wszystkich obcych.
Naprawdę, za kotem nie trafisz.