adrzewoj
31.01.18, 14:32
Pod koniec stycznia 2009 r. żona przygarnęła kota spod bloku. Był w kiepskim stanie, brudny i zabiedzony, nie mógł samodzielnie jeść. Kiedy podleczyliśmy ją trochę (okazało się, że to podobno koteczka, nazwaliśmy ją Józia) pojawiły się problemy z sikaniem po mieszkaniu - po meblach, a nawet niekiedy na nas. Skończyło się na interwencji zoopsychologa i podawaniu leku. Potem trzeba jej było usunąć wszystkie zęby. Teraz cierpi na nadczynność tarczycy i też przyjmuje leki.
W swoim czsie był to chyba najbadziej przeinwestowany kot we wszechświecie. Poza tym bardzo towarzyska względem ludzi i "miziasta", wręcz namolna - choć niezbyt dobrze dogaduje się z resztą naszej kociej ekipy. Nigdy byśmy nie przypuszczali, że będzie z nami tak długo.