05.07.20, 20:57
O tym bidulu pisałam w wątku Syberiany
Małe, zabiedzone kocie, ważące 3,2 kg, a ponoć ma nie mniej jak 8 lat. Intensywnie dokarmiany, a że czas letni i drzwi otwarte powoli się przyzwyczaja do domowych warunków. Nie wyganiamy, ale sama nie wiem czy dobrze robimy, nie powinniśmy przyhołubiać kolejnego sierściucha, nawet z FIV...

https://fotoforum.gazeta.pl/photo/9/kb/yi/5p8s/iiMnA3DBfHq5ZN5lVB.jpg

https://fotoforum.gazeta.pl/photo/9/kb/yi/5p8s/CiQPuMAU30AgsKImtB.jpg

https://fotoforum.gazeta.pl/photo/9/kb/yi/5p8s/rOYTcCoYR3y8y3Z66B.jpg

Dzisiaj znalazł miejscówkę na zielonej kanapie smile Chyba wygodna wink

https://fotoforum.gazeta.pl/photo/9/kb/yi/5p8s/0RMWmycaRfy0RYTUVB.jpg

https://fotoforum.gazeta.pl/photo/9/kb/yi/5p8s/a5Rt5bjRBJnSAhD39B.jpg

No nic. Co ma być to będzie.
Obserwuj wątek
      • barba50 Serce mi się kraje - Lolcia 06.07.20, 11:57
        mysiulek08 napisała:

        serce sie kraje na jego widok sad

        Mysiulku serce mi się kraje na widok Loli, która odchodzi crying

        Są chwile, że zastanawiam się czy jeszcze oddycha. Sama nie wiem czy nie chciałaby już odejść, ale jak tu uśpić kocinę, która je... Bo je. Ale to jest chyba jedna z oznak chorej trzustki tzw. wilczy apetyt. Je i chudnie. W tej chwili waży 3,5 kg (w rozkwicie, w zdrowotności ważyła 6,5 kg). Skóra i kości. Ostatnio wymiotuje z rzadka, biegunki nie ma, choć jest przecież kotem wychodzącym, tyle, że na pewno zauważylibyśmy w ogrodzie jakieś ślady... Co dziwne, nie trzymamy diety. Je wszystko co ląduje w miskach, łącznie z surowym mięsem: kurczaczym, indyczym bądź wieprzowym. Dostaje wyłącznie kreon i sama nie wiem czy można jeszcze coś zrobić. I czy ona chciałaby żeby robić... Gdzie jest granica... 15 lat to kawał dobrego wspólnego życia, ale szkoda każdego kolejnego dnia. Nie pozwolę cierpieć o ile dane mi będzie zauważyć ten moment...

        Większość dnia spędza na gołej podłodze w przedpokoju...

        https://fotoforum.gazeta.pl/photo/9/kb/yi/5p8s/bxrJQO3drlAvKA6KaB.jpg

        https://fotoforum.gazeta.pl/photo/9/kb/yi/5p8s/STndVTNzUBExYoD2AB.jpg

        https://fotoforum.gazeta.pl/photo/9/kb/yi/5p8s/s6jkBmHKij5ksYx5hB.jpg
          • wiesia.and.company Re: Serce mi się kraje - Lolcia 06.07.20, 15:10
            Basiu, napiszę dużo, długie będzie, bo to wynika z moich przemyśleń i przeżyć. Od pięciu lat ciągle myślę...

            15 lat dla kota wychodzącego to piękny wiek. Wiadomo, różne choroby się wtedy przyplątują.
            Lolkę widzę tutaj na stole, pochyloną i utrzymującą równowagę. Dla mnie dobry objaw. Chce jeść, ma siły na tyle, be czerpać radość z jedzenia. Odczuwa przyjemność. I to wspaniale.
            I bardzo dobrze, że dajecie jej jeść wszystko to, co lubi. Niech je, niech ma tę przyjemność.
            Wiadomo, na co umrze. Ale niech się cieszy życiem i ma osłodę życia.
            2,80 kg to znaczna różnica wobec jej poprzedniej wagi. Ale to nie jest waga "zejściowa". Mój Miluś w pewnym momencie ważył 2,20 a potem zaczął spadać z wagi, bo nie mógł jeść.
            Takie objawy są przy trzustce, ale takie potrafią być i przy cukrzycy, że kot je i chudnie.
            A na razie to Lolka ma siły i chęć jedzenia frykasów.
            Dlatego na razie uważam, że za wcześnie jest dać jej odejść - właściwie to zmusić do odejścia, bo ona na razie zdecydowała że chce jeść i żyć dla tej przyjemności.
            Czym innym jest pogodzenie się człowieka z myślą, że przyjdzie moment, w którym choroba zwycięży jej wolę życia. Będziesz wiedziała, gdy się wycofa, gdy będzie unikać kontaktu z kotami, z Tobą, ze wszystkimi, gdy się będzie chować.
            Pogodzona z jej odejściem raczej zrób wszystko by na razie miała swoje życie. Zdążysz ją poddać temu ostatecznemu trudnemu zabiegowi przejścia na drugą stronę. Jeśli zrobisz to teraz, możesz mieć do końca swojego życia wyrzuty sumienia lub też wątpliwości, które już zawsze będą Ci towarzyszyć powodują smutek i ból w sercu.
            Mówię to, bo to przeżywam. Moja Grosia miała operację usunięcia guza na podniebieniu miękkim. Rak płaskonabłonkowy, okropnie agresywny. Odrósł. Ale Grosia chciała żyć, miała radość z jedzenia, z uczestniczenia z życia w stadzie, z wyglądania z balkonu. Przez 1,5 miesiąca nie piła, bo nie mogła pić, języczek jej wystawał z boku pysia, bo guz go trochę wypychał. Ale leciała na jedzenie, siadała na pralce, gdzie ją 1,5 miesiąca karmiłam cieniutkimi kawałkami schabu wieprzowego moczonymi uprzednio w wodzie. Tylko schab nie przyklejał się jej do dziąseł, bo jest raczej "chrupki". Mięso uwielbiała. Natomiast ten guz rozrastał się na podniebieniu dolnym i powodował, że pękały naczynia krwionośne, chociaż to nie wywoływało bólu u Grosieńki. Za to ja prawie umierałam z niepokoju, widząc krwawe plamki lub ślady. Coraz większe to były plamy. A Grosia uczestniczyła we wszystkim, jadła, chciała jeść i przytulać się. Spanikowałam, gdy Grosia pochlapala krwią schody na korytarzu (tak, chciała chodzić na spacerki po korytarzu klatki schodowej i chodziłyśmy). Przyszła wieczorem na blat w kuchni, asystowała przy przyszykowaniach, wiedząc że za chwilę będzie krojenie mięsa, wskoczyła, zeskoczyła z blatu, znów wskoczyła. I wtedy przyjechał lekarz. Sama zamówiłam. I tak ją, oczekującą na pyszności, wyprawiliśmy w ostatnią drogę. I do tej pory myślę, że za wcześnie, że czuła się dobrze, to ja się bałam że się może zachłysnąć krwią (kiedyś). A przecież kot chodzi z pysiem częściej pochylonym w dół niż człowiek. Czyli nie byłoby to możliwe. Była żywotna, miała siły. Ja jej odebrałam życie. Za wcześnie. Za wcześnie. Jeszcze mogłyśmy się sobą cieszyć. I to mnie od sześciu lat prześladuje. Płakać mi się chce, gdy o tym myślę.

            Teraz leczę Leosię, od 8 miesięcy kroplówki. Były dożylne codziennie, potem 2 razy w tygodniu podskórne. Teraz był miesiąc z kroplówkami co drugi dzień. Wracamy znów do kroplówek 2 razy w tygodniu. Wszystkie badania krwi są OK, wiadomo kreatynina i mocznik są podniesione, USG wykazało poważną przebudowę nerek (miała 2 razy narkozę by wyciąć gruczolakoraka w uchu). Wiem, na co umrze. Ale klinicznie (czyli pod moją obserwacją pacjentki) jest na razie OK. Będziemy razem tak długo, jak ona będzie chciała. Leosia (i każdy kot) to pokazuje.
            Tego się Basiu trzymaj. Będziesz widziała i wiedziała. A na razie Lolka je, trzyma postawę przy jedzeniu, ma ochotę na jedzenie. Głaski dla Was obu!
            • mysiulek08 Re: Serce mi się kraje - Lolcia 07.07.20, 01:47
              Barbo, ja moge sie tylko podpisac pod tym co napisala Wiesia...

              Lola je, chce jesc, ma na to ochote i sile, zobaczysz kiedy nadejdzie Ta Chwila

              Krzykalda tez jadla, mniej ale jadla, zle zrobilo sie w ciagu 24h, jak zaczela sie "platac" to wiedzialam, ze juz niewiele jej czasu zostalo i niepotrzebnie na sile jeszcze probowalismy, Elvis odchodzil powoli...

              15 lat, piekny koci wiek, jest chora, wiesz co jej dolega i wiesz , ze odejdzie
              boli, wiem, Ty wiesz, daj jej zdecydowac kiedy wyruszy za TM

              sciskam
    • babcia47 Re: FIV-ek 08.07.20, 09:46
      Barbo, pewnie nie pamiętasz ale kiedyś poprosiłam Cie o zgodę na nazwanie znajdka Guciem po moim/Twoim ukochanym kocie. Znajdek był w tragicznym stanie, tak zabiedzony, ze w pierwszym momencie sprawiał wrazenie młodego kota. W sumie to syn go chciał wziąść ale okazało się, ze ma silną biegunkę, tak, ze robił gdzie stał. Dobrzy ludzie dokarmiali go mlekiem... wzięłam do siebie ale syn biegał gdy mógl z nim do lekarza na zmianę ze mną. Okazało się, ze ma swoje lata i jest po przejściach. Wet sugerował uśpienie ale w miarę leczenia kociasty robił się coraz silniejszy. Biegunka przeszła, chętnie jadł, gdy do niego ptzychodziłam był miziasty, sam się mył (wczesniej ja) nabierał ochoty na zabawę., ale oczywiście był słaby i zachudzony. Był na kwarantannie, bo zamówilłam testy na fiv i coś tam jeszcze ( zapłaciłam) .. niestety któregoś dnia mąż zadzwonił, ze Gucio nie żyje. Poprawa zdrowia była jego zgubą. Podpięłam firankę i podstawiłam krzesło, by mógł wskoczyć na parapet i wyglądać na zewnątrz ale on wybrał inną drogę, gdzie firana zwisała nieco poniżej parapetu. Do dziś jest dla mnie zagadką dlaczego zginął skoro spadł z ok 80 cm. Pewnie był jeszcze zbyt słaby. Wydałam połowe pensji na jego leczenir ale uważam, ze to były dobtze wydane pieniądze. Gucio po latach poniewierki przeżył 2,5 miesiąca kochany i kochając, w ciepełku i z pełną miską. Nie żałuję, ze go nie uspiłam
    • barba50 Re: FIV-ek 09.07.20, 13:27
      barba50 napisała:


      Małe, zabiedzone kocie, ważące 3,2 kg, a ponoć ma nie mniej jak 8 lat. Intensywnie dokarmiany, a że czas letni i drzwi otwarte powoli się przyzwyczaja do domowych warunków. Nie wyganiamy, ale sama nie wiem czy dobrze robimy, nie powinniśmy przyhołubiać kolejnego sierściucha, nawet z FIV...

      https://fotoforum.gazeta.pl/photo/9/kb/yi/5p8s/iiMnA3DBfHq5ZN5lVB.jpg

      Nie powinniśmy przyhołubiać... Ale przyhołubiliśmy... http://emots.yetihehe.com/1/bezradny.gif
      Serce nie sługa wink

      Dzisiaj znalazł miejscówkę na zielonej kanapie smile Chyba wygodna wink

      https://fotoforum.gazeta.pl/photo/9/kb/yi/5p8s/0RMWmycaRfy0RYTUVB.jpg

      No nic. Co ma być to będzie.

      A na kanapie można znaleźć kolana na których fajnie się śpi

      https://fotoforum.gazeta.pl/photo/9/kb/yi/5p8s/bfPtqBHcEP3qbyQVAB.jpg







      • mysiulek08 Re: FIV-ek 09.07.20, 18:14
        kiedy widze taka ulge w oczach i pozycji u bied, ktore choc na kres zycia znalazly swoj kawalek czlowieka to oczy mam jakies bardziej mokre..
        • wiesia.and.company Re: FIV-ek 09.07.20, 23:20
          Jakoś się najbardziej wzruszyłam, gdy teraz oglądałam zdjęcia małego zagubionego rudaska, patrząc na niego jak drzemiąc na kolanach czuje się równocześnie dumny, wyróżniony, spokojny i czujny, żeby go nikt z tej miejscówki nie wywalił, nie podsiadł. Ta główka, która już kimie, uszy, który są nastawione na nasłuchiwanie i oczy przymknięte. Jeszcze nie jest to pełny luz. Ale bardzo lubię oglądać takie główki z profilu. Moja Natalka też tak wygląda, gdy dumnie leży obok mojej głowy na poduszce (to jest wielka zmiana u Natalki, żeby tak leżeć i podstawiać brzuchol do miziania). Ale jeszcze boi się ustawić "twarzą w twarz". Co ten poprzedni właściciel (raczej właścicielka) jej zrobił, poza tym, że wziął na ręce i wyrzucił z okna bądź balkonu na moim osiedlu?
      • barba50 Re: FIV-ek 04.08.20, 10:59
        babcia47 napisała:

        Co tam słychać u Hudiniego?

        Kwitnie. No może to przesada. Raptem nie zrobił się wypasionym kocurkiem. Ale poprawił się, już trudno byłoby policzyć kosteczki kręgosłupa i dziwnie wydaje nam się, że urósł. Co chyba nie jest do końca prawdą, bo ponoć swoje lata ma, ale jakby się podniósł, wyprostował. Sierść troszkę lepsza, daje się myć mokrą gąbką, a potem chwilę czesać, ale dalej sam się nie myje. Trzyma się domu, ogrodu, na noc ma swoją miejscówkę na fotelu.
        Rozmawiałam wczoraj z wetem na temat jego kastracji, powiedział, że jeśli nie znaczy, nie włóczy się w poszukiwaniu chętnych kotek to żeby go zostawić tak jak jest, dokarmiać i dopieszczać. Ma to jak w banku.Zobaczymy za pół roku. Staje się bardziej wybredny, choć je sporo. I dobrze.
        Właściwie nie ma imienia. Ten Hudini to ksywka na użytek lecznicy (jakoś musieli go wpisać do komputera), tylko raczej myślałam o Chudinim (od chudy), no, ale to nieistotne. Najczęściej mówimy o nim Bidul, trochę na to reaguje, a między sobą mały, maluch, maleńtas. Z czasem się imię wyklaruje.
        • babcia47 Re: FIV-ek 04.08.20, 14:22
          Tuptał, tuptał i wygrał sobie domek szczęściarz jeden. To troszkę jak kiedyś Gucio o ile dobrze pamiętam. Dużo są częścią i zdrówka małemu Bidulowi 😸
        • mysiulek08 Re: FIV-ek 05.08.20, 08:09
          coz, po raz kolejny " co to milosc robi z kota"

          nie dziw sie, ze urosl, znalazl kawalek wlasnej podlogi, poczul sie bezpiecznie, przestal sie zginac i kulic, odzyl

          ps
          jak on Elvisa (*) mi przypomina ...
          • barba50 Re: FIV-ek 05.08.20, 11:45
            mysiulek08 napisała:

            coz, po raz kolejny " co to milosc robi z kota"

            Powiedzenie można odwrócić, no trochę zmienić: co to kot robi z człowiekiem?
            To jest trudne do ogarnięcia z rozumem. Mieliśmy nie przygarniać ani jednego kolejnego kota. I co? Zadurzyliśmy się oboje z mężem po uszy w tej kociej bidzie... Wpierw mówiliśmy sobie, że dokarmimy. Przychodził na miskę i znikał. Potem często zalegał w okolicy domu, a potem otworzyliśmy szeroko drzwi... I nawet diagnoza o FIV-ie nie zniechęciła nas. Chyba właśnie pomogła nam podjąć decyzję. I cały czas zastanawiam się czy można kochać bardziej? Bo wszystkie są ważne, cała siódemka, ale ta kocia bida skradła nasze serca...
            A tak wygląda dodatniego wyniku testu na FIV
            • babcia47 Re: FIV-ek 05.08.20, 16:00
              Hmmm, na początku był kot, potem doszła wilczycą, którą kot wychował, choć inna wilczycą go mocno poturbowała. Kot zginął A że był najukochańszy uznałam, ze następnego nie wezmę, bo mieszkam przy ruchliwej ulicy. Nic z tego, Sonia zmusiła mnie do wzięcia suknikota. Potem był tygodniowy maluch, którego razem wychowałysmy i znajdę na tymczasie,kociak, którego znajomy przywiózł nam o północy, bo wiedział, ze po stracie poprzedniego Sonia rozpaczą, korków można było policzyć żeberka ale psica musiała mieć swojego suknikota, niestety gdy miał 1,5 roku czymś się zatruła, niedawno wysłałam atropinę, której wet nie miał czasu podać sad, kundelek młody znaleziony na własnym podjeździe, którego mąż wziął " tylko" na karmienie, i po śmierci Soni kolejna wilczycą, którą mąż znalazł jako szczenię, i zamowienie kota by psica się i zsocjalizowała na czas z innym gatunkiem, dwa dni później znaleźliśmy kociaka we własnym garażu, już były 2 psy i 2 koty, potem dołączyła KotaPuma, którą studiowała z synem ale gdy dostał się do akademika została u mnie na stałe. Psy odeszły za TM, kocury też, wszystkie w słusznym wieku. Znalazłam pod piekarnią zamarzającego Franka, potem szefowa zesfatałanie z Pusiolem z wrocławskiej przychodni A na koniec zanotowała mnie Maleńtas czyli Werwa, bo tak się darła, ze slychac ją bylo przez ruchliwą ulicę i przy zamknietych oknach. Raz nakarmiona wróciła następnego ranka... i została. Taki los kociarzo- pisarzy ale przynajmniej jest nas piątka i jest miło
              • babcia47 Re: FIV-ek 05.08.20, 16:06
                Szefowa zaswatała mnie z Puchatkiem z wrocławskiej fundacji nomen omen " koci zakątek" 😀 A maleńtas mnie adoptowała. Początkowo myślałam, ze mama jej się tylko zapodziała ale okazało się, ze została sama, szybko zaakceptowała się w nowym domku i podbiła serce samotnika Puchatka
                • babcia47 Re: FIV-ek 05.08.20, 16:11
                  Zatruł się kotek, nie Sonia, wet miał mu podać atropinę ale tego dnia mu się nie chciało i następnego mąż z synem doniesli trupka, syn mocno przeżył, tym bardziej, ze wet był ojcem jego przyjaciela, już nie jest naszym wetem
              • mysiulek08 Re: FIV-ek 05.08.20, 17:32
                kazdy kociarz ma takie historie na koncie, bo mamy miekkie i pojemne serca i czasami sie nam rozum wylacza (nam na ten przyklad) ale co zrobic jak widzisz biede, ktora z glodu juz ledwo chodzi? albo malucha nie chcacego juz jesc, niemajacego sily zeby sie podniesc? wiesz, ze jak nie pomozesz, nie zbierzesz z drogi, nie zlapiesz to psy/zimno szybko skoncza to kocie zycie

                a potem sie podnosza, wyrastaja na kocie cuda i serce sie cieszy
                • babcia47 Re: FIV-ek 05.08.20, 18:35
                  No tak, zapomniałam o Guciu, kocie znajduj starym z biegunką straszliwą, którego leczenie pochłonęło sporo kasy ale ostatnie 2,5 miesiąca spędził już podleczony, kochany i kochający. Płakałam się gdy mąż zadzwonił ,ze zginął zaplątany w firankę, choć mieszkaliśmy razem tak krótko
                • babcia47 Re: FIV-ek 05.08.20, 18:46
                  Ps. Psy koty kochają, przynajmniej tak miały i mają wszystkie moje. To stereotyp który powtarza sporo ludzi, fakt mają odmienne zwyczaje, pies macha ogonem z radości, kot gdy jest wkurzony ale generalnie bez problemu się dogadają A gdy kot należy do rodziny, to pies czuje obowiązek by to bronić. Mój pierwszy Kuba został zaatakowany przez źle wychowaną wilczycę, miał złamaną szczękę, został mu jeden kieł wbity do środka morski, cierpiał na zapalenia śliniaki do końca życia. Słonie wychował, mieszkaliśmy tam jeszcze 7 miesięcy. Mała wobec wilczycy była uległa, bo starsza i większa.. aż tą nie zachowała się agresywnie wobec Kuby. Futro latało choć Sonia miała tylko 6 miesięcy i popędziła wredotę od jej Kubusia
                  • babcia47 Re: FIV-ek 05.08.20, 18:56
                    Ps2 standardowy rozmiar wilczycą to 40 kg i 60 cm w kłębek, moja miała 64 kg i 72 w kłębie i wieeelką miłosc do swojego stada. Ja byłam samicą alfa i przewodn8kiem stada, mąż do kochanua, z pisłuszeństwem było tak sobie , dzieci i kot do bezwzględnej ochrony , zapłacołam za nią 1,5 pensji i była warta kaxdej złotówki. Wet opisujący się psami straży granicznej chciał bym prowadziła dla nich hodowlę, nie bała się huku, wystrzałów, ognia i była tak karna, że gdy narysowałam jej kreskę i powiedziałam, ze za nią " łapa nie wolno" to nie przeszła a na polecenie nawet wydane gestem robiła wszystko. Zeszła w moich bobjęciach, nawet teraz robia mi sie mokre oczka, choc minęło 20 lat
                      • babcia47 Re: FIV-ek 05.08.20, 19:32
                        Ps 3 ludzie to tez fajne istoty. Moi współpracownicy znali Słoninę, bo byliśmy na wspólnych imprezach plenerowych. Gdy zeszła wystarczyło, ze byłam chwilę sama i zaczynałam płakać. Mieliśmy palarnię w sluzie banku( jestem palaczem) , gdy tylko strażnicy na monitoringu zobaczyli, ze tam jestem wysłali kogoś by mi towarzyszył i żebym nie płakała

Popularne wątki

Nie pamiętasz hasła

lub ?

 

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się

Nakarm Pajacyka