yoma 31.10.05, 17:11 Uwaga - w kilku odcinkach będzie Odpowiedz Link Obserwuj wątek Podgląd Opublikuj
yoma No więc... bez “więc”... 31.10.05, 17:12 Marcelina to jest kochana dziewczynka, mądra i przylepna, a po kolei było tak. Dwa słowa przypomnienia: u ciotki w piwnicy okociła się dzika kotka, urodziła dwa małe i ciotka te małe podkarmiała razem zresztą z mamuśką i wszystkimi innymi okolicznymi kotami. Osobliwie los małych leżał ciotce na sercu, bo duże sobie poradzą, a małe są małe, a zima idzie. Marcelina to jedna z nich. Ma cztery miesiące i pół. Jest przeważnie biała, ale - ma dwa czarne siodła i parę pomniejszych plamek na grzbiecie - ogon ma czarny z białym balejażem, bardzo szykowny - czoło i kark zasłania czarną trójkątną chustką - a najśmieszniejszy jest pyszczek: mała czarna plamka na różowym nosku, czarna plama na podbródku i czarne plamidło na lewym policzku. Zdjęcia będą, jak wywołam, zeskanuję i nauczę się używać ImageShacka Odpowiedz Link
yoma Marcelatrix pierwsze kroki pod ludzkim dachem 31.10.05, 17:13 Dzikie to, ale do ludzi lgnęło, więc dało się złapać, wsadzić w torbę i pojechałyśmy. W podróży była bardzo grzeczna, wlazła w kąt torby i tylko patrzała wielkimi ślepiami. W domu przygotowałam całą wyprawkę, kuwetę, michę i rząd myszy na podłodze. Postawiłam torbę, otworzyłam, Marcelinda z miaukiem obleciała kąty, smyrgnęła na parapet, schowała się za zasłonę i siedzi. A jak podejść – ucieka. No dobra. Zostawiłam ją za tą zasłoną, siedź jak chcesz siedzieć. Zaglądałam tylko do niej co jakiś czas. Ona, nie widząc człowieka w pobliżu, wybierała się na wycieczki, ale widząc – smyrg za zasłonę. A po jakichś dwóch godzinach ja wyciągam rękę, ona się cofa, ale jakby mniej, aż ją dotknęłam końcem palców. A jak końcem, to już całą ręką, i natychmiast włączyła się mruczałka. Mruczymy basem, bardzo głośno i bardzo długo. Słowo daję, jeszcze nie widziałam kota, który potrafi mruczeć półtorej godziny bez przerwy. Potem poszło z górki. Marcela uciekała, ale bez przekonania, i jak się udało jej dotknąć, to już było OK. Dajemy się brać na ręce, przytulamy się, przylepiamy, pokazujemy gdzie głaskać. Bardzo lubimy głaskanie po brzuszku i rozwalamy się w tym celu niczym pies. Jak się uda, to i na wznak zaśniemy. Drugiego dnia nie było już żadnych problemów. Odpowiedz Link
yoma Marcela tresuje człowieka 31.10.05, 17:15 Kota i mężczyznę zdobywa się przez żołądek. Marcel bardzo szybko skojarzyła podstawowe przesłanki: miejsce (kuchnia) + człowiek (w kuchni) = kota obleci co dobrego. Człowiek w kuchni oznacza, że należy przyjść, poocierać się, poprzewracać na grzbiet, poplątać się pod nogami (bardzo zabawnie jest, jak człowiek się potyka i leci na pysk. Ci ludzie są śmieszni, raczej się przewrócą, niż kota nogą, ratując równowagę, zawadzą). Można stanąć przednimi łapami na drzwiach kuchennej szafki. I proszę, jaka ona mądra – na blat i kuchenkę nie włazi. Raz była, obejrzała, obwąchała i więcej się nie pcha. Aha, przy człowieku w kuchni należy głośno i wyraźnie miauczeć. Raczy jeść puszki i saszetki, sucha karma niespecjalnie jej leży. W poniedziałek przetrenowałyśmy jajko. Je, ale bez entuzjazmu. Mięsa jej jeszcze nie dawałam. Niesamowicie natomiast jest łasa na nabiał. Ciotka ostrzegała, że Marcel pije mleko bez opamiętania, tylko trzeba rozcieńczać, bo dostaje sraczki. W związku z tym nie zawracam sobie w ogóle głowy mlekiem, daję jej śmietanę i serek kanapkowy naturalny. W kolejce jest jogurt, twaróg i mleko dla kotów z Rossmanna. Postawienie miski z nabiałem oznacza porzucenie czegokolwiek innego i galop do nabiału. Co więcej, kiedy jej dam normalne jedzenie, po pięciu minutach przychodzi i ma pretensje: A gdzie moja śmietana? W poniedziałek śmietany zabrakło i Marcelix była bardzo niezadowolona, ale w końcu dała sobie wytłumaczyć, ża najpierw trzeba iść do sklepu. A jak już człowiek da śmietany, to trzeba go nagrodzić mruczeniem, żeby miał uciechę, że kot potrafi jednocześnie jeść i mruczeć Odpowiedz Link
yoma Człowiek grzecznie prosi Marcelę o porządek 31.10.05, 17:17 Kiedy już się dała brać na ręce, pokazałam jej całe mieszkanie – nie ukrywam, że ze szczególnym uwzględnieniem łazienki z kuwetą W kuwecie Marcel się dała postawić, tylko natychmiast wyszła. Jeszcze rzuciła mi spojrzenie przez ramię: i o co ci, babo, chodzi? Baba pomyślała: no cóż, Marcela nie wie, co to jest łazienka, kuweta, żwirek, pożyjemy, zobaczymy. Marcela za to natychmiast odkryła kocią dziurę w dzwiach łazienki i opanowała transfer w obie strony. OK. Pierwszego dnia, czyli w sobotę, Marcel zrobiła kupę w pokoju. Ale nie byle gdzie, tylko na takim kawale kory, który leży w kącie. Kora zasłaniała połataną tapetę, która została po ostrzeniu pazurków przez Makawitego mojej kumpeli. Potem się urwała, kora, nie tapeta, i na razie leży, aż wymyślę, jak ją stabilnie powiesić Umyłam korę, a do kuwety wrzuciłam kawałek papierka umoczonego w tym, co na korze było. Nazajutrz wyleguję się jeszcze w łóżku, a z łazienki szur... szur... Marcela jest w kuwecie i miauczy. Nie przeszkadzałam jej, poczekałam, aż wyjdzie (co zrobiła triumfalnie), zaglądam – bingo! Śliczny kot, mądry, grzeczny, zrobił siusiu! Chodź Marcel, chodź, dostaniesz nagrodę! W charakterze nagrody wystąpił krewetkowy pasztecik z Rossmanna. Zipper je uwielbiał, więc przetestowałam toto i na Marceli, z dobrym skutkiem. Te koty jedzą lepiej niż ja – ja nie jem na co dzień pasztetów z owoców morza Po godzinie szur... szur... w kuwecie duża potrzeba. No to nagroda. A kolejne siusiu nie wyszło, trafiło obok, na dywanik. Dywanik do pralki, a Marcela do kuchni i patrzy z wyrzutem: no jak to, zrobiłam, gdzie moja nagroda? I kto tu kogo tresuje, pytam? Ale twarda byłam, nie dałam, nagroda przysługuje za odpowiednią czynność w odpowiednim miejscu. Trzeciego dnia wszystko co trzeba znajdowało się w kuwecie. A Marcel przyzwyczai się do nagród i efekt będzie taki, że kiedy nie będzie mnie w domu, ona na złość zacznie robić po bokach. Bo nie ma kto dać nagrody. Zobaczymy, dzisiaj pierwszy raz została sama na dłużej niż godzinę. Odpowiedz Link
yoma Marcelatrix u weterynarza 31.10.05, 17:18 Do weterynarza pojechałyśmy na trzeci dzień, kiedy Marcela już była oswojona i nie uciekała po kątach. Od początku podejrzewałam ją o świerzb. Ale to jest kochana dziewczynka i mądra, już drugiego dnia dała sobie wyczyścić uszy, choć zachwycona nie była (a kto by był). Przeczyściłam i zakropiłam lekarstwo, które zostało po Zipperze – Zipper miał ten świerzb paskudny, oporny na leczenie i powracający. Z Marcelą, uznałam, nie będzie tak źle. Robaków żadnych nie widzialam. Z drugiej strony ona bardzo starannie zakopuje materiał do badań, trzeba by się bardzo starannie przyglądać, a ze zrozumiałych względów nie miałam na to specjalnej ochoty Do weterynarza zawiózł nas kumpel, bo nie mam samochodu – niby blisko, można by na piechotę, ale na dworze zimno, a ona pokichuje. Słuchajcie, skąd one to wiedzą? Leżymy z Marcelą na tapczanie, Marcela jest głaskana, mruczy, wystawia się, zadzwonił telefon. Kumpel. Jest pod blokiem, mogę brać kota i schodzić. Ja powiedziałam tylko “dobra, OK., cześć”, ani słowa o lekarzu ani o podróży – a Marcel do kąta i nie ma kota. Pani wet, bardzo miła, ucieszyła się, że przygarnęłam sierotkę, ja wyjmuję Marcelę, a pani wet: - O, i w ciąży? - Jezus Maria, w jakiej ciąży, ona ma cztery miesiące! Kiedy ją brałam przed dwoma dniami, miała wpadnięty ten brzuch, chyba jej ciąża tak nie urosła przez weekend. Stanęło na tym, że to jednak od obąblowania śmietaną. Świerzb rzeczywiście paskudny. Marcel wierciła się trochę przy czyszczeniu i uciekała ze stołu na ręce (no proszę, jakiego zaufania nabrała), ale zniosła to bardzo dzielnie. Przy wmasowywaniu lekarstwa w uszy wręcz mruczała. Zipper by fruwał pod sufitem i drapał do kości wszystko w zasięgu pazura, nie mówiąc o tym, że zasikałby stół, mnie, panią wet i co by mu się trafiło przy okazji. Teraz będziemy czyścić Marcelindzie uszy i zadawać Oridermyl dwa razy dziennie. Poza tym dostała Stronghold, to jest to, co się wciera w kark – tępi pchły, robaki, świerzb i wszelkie pasożyty znane nauce, teoretycznie przynajmniej. Odpowiedz Link
yoma Uwaga tyfus 31.10.05, 17:19 Pani wet mówi, że się zaczyna koci tyfus w okolicy. Że wyjątkowo zjadliwy w tym roku. Że pewien pan, który u niej leczy swoje, nie zaszczepił ich i dziesięć już mu padło, a dziesięć walczy.Że w ogóle padają, zanim się je doniesie do weterynarza. W związku z czym trzeba zaszczepić Marcel i to jak najszybciej. A ja mam paskudne doświadczenia ze szczepieniem kota, po tym, jak Zippera po szczepieniu wyrwałam kostusze spod kosy i on już nigdy potem nie był taki jak na początku. No to opowiedziałam wszystko jak na spowiedzi, pani wet się zasępiła, że się z czymś takim nie spotkała. (Taaa, wszyscy tak mówili, a Zipper się zmarnował). Stanęło na tym, że: - ja się prześpię na problemie - póki co, Marceli nie wypuszczać i nie przynosić do lecznicy, bo wirusy latają jak chcą - a niezależnie od wszystkiego, podrzucę pani doktor Zippera historię choroby, niech postudiuje. Pokichiwaniem Marceliny mam się na razie nie przejmować, to może być reakcja na nowe otoczenie, inny kurz i tak dalej. Poza tym kot jest zdrowy, w dobrym stanie i ma dobry charakter Ba! Odpowiedz Link
yoma A z zabawek... 31.10.05, 17:21 ... najbardziej nam się podoba różowa mysza na sznurku. Chociaż widzę, że i kłębek był w robocie, i piłeczka, zwłaszcza taka brzęcząca. W sobotę jeszcze była piłeczka z czymś latającym w środku. Ale w poniedziałek już jej nie było. Znajdzie się za kwartał przy przeprowadzce Ech... mam jeszcze myszy, które kupiłam Zipperowi tego dnia, kiedy umarł. Świeżutkie, w fabrycznym opakowaniu. No to zaraz odpakuję i jej dam. Marcel po powrocie od weterynarza śmignęła z klatki i dała dyla w kierunku swojego kącika bezpieczeństwa za zasłoną. A zasłona była zasunięta i nie było przejścia do kącika. Marcela stanęła jak wryta, co dało mi czas, żeby ją przydybać i dotknąć, zanim zwieje. Dotknięta uspokoiła się natychmiast, włączyła mruczałkę, przytuliła, dostała śmietany, a teraz testuje rozmaite myszy Odpowiedz Link
yoma I póki co na tyle :) 31.10.05, 17:23 A u ciotki jest jeszcze Marceli braciszek, jakby co Yoma pozdrawia serdecznie wszystkich i wraca do domu poddawać się dalszej tresurze przez Marcelę. (Zobaczymy, co Marcel na moją nieobecność). Odpowiedz Link
misia007 Re: I póki co na tyle :) 31.10.05, 20:06 No Yoma z zachwytu oniemiałam,to prawie jak raport z pola walki albo raczej list gończy z wyczerpującym opisem przestepcy.Ale poważnie jestem pełna uznania dla Twoich niewątpliwych talentów pedagogicznych( śmietana)oraz otwartości Marceliny na nowe doznania(śmietana).Z niecierpliwością czekam na dalsze relacje. Odpowiedz Link
wrexham Re: Nowe Źwirzę 31.10.05, 19:45 pomyslec, ze nie tak dawno probowalam znalezc wlasciwe slowa zeby cie pocieszyc, a teraz nie mogle znalezc takich, ktore oddalyby moj podziw dla twoich zdolnoci "sprawozdawczych", po prostu odbierasz mi mowe )) powodzenia w oswajaniu dla was obu, bo nie wiadomo kto kogo... marta z ryskiem Odpowiedz Link
hakdil Re: Yoma! Jeszcze!! 31.10.05, 20:54 Fajna ta Twoja opowiastkaLeoś chcialby Was poznać Odpowiedz Link
barba50 Re: Yoma! Jeszcze!! 31.10.05, 21:33 Śliczna ta Twoja opowieść A to że w tak krótkim czasie potrafiłyście dojść do wspaniałego porozumienia jest niebywałe! Cieszę się bardzo. Odpowiedz Link
gatta_gatta Re: Nowe Źwirzę 01.11.05, 02:48 przecudna relacja! a jakie mundre Źwirzę, ze o lapaniu_w_lot kocich mysli przez Yome nie wspomne. chce jeszcze! i to duzo! Odpowiedz Link
kasikk Re: Nowe Źwirzę 01.11.05, 09:09 Yoma, podziwiam kunszt pisarski i podatność na kocią tresurę oraz urodę Marceliny - opis plastyczny nadwyraz ) no i oczywiście czekam na dalszy ciąg marcelowych przygód Odpowiedz Link
yoma Kohabitacja, czyli sztuka kompromisu 01.11.05, 17:59 Jest jeszcze jedno podobieństwo, a zarazem różnica, między mężczyzną a kotem. Od mężczyzny nie żądam wiele, ale stanowczo wymagam, żeby dawał się wyspać. Budzący o świcie wont. Co do kota, mogę tylko trzymać kciuki i mieć nadzieję. Otóż Marcelina nie budzi. (To znaczy, jej się wydaje, że nie budzi, kiedy chodzi po drugim pokoju i rozgłośnie miauczy. Muszę jej oddać sprawiedliwość, że tak było tylko drugiego dnia. Wydaje mi się, że wołała inne koty – w końcu wyrastała w towarzystwie całej bandy. Miauczała, kiedy zwiedzała nowe kąty). Wczoraj i dzisiaj obudziło mnie delikatne postukiwanie. Po namyśle wyszło mi, że Marcel dorwała którąś myszę z twardym, excusez le mot, jądrem – chodzi mi o te myszy, które nie są całe gumowe czy futerkowe, lecz składają się z plastikowej kształtki oklejonej futerkiem. W końcu skąd kot ma wiedzieć, że taka mysza z jądrem robi hurgot, który budzi człowieka. Kot jest grzeczny, zajmuje się sam sobą, człowieka problem, że się budzi. Marceli nie ma, dopóki nie zacznę się ruszać. Spektakl się zaczyna, kiedy dam znak życia. Odpowiedz Link
yoma Marcelina kohabitantka 01.11.05, 18:01 Gwoli wyjaśnienia, organicznie nie jestem w stanie zaraz po otwarciu oczu poderwać się raźno i przystąpić do czynności. To znaczy mogę, jak muszę, ale co to za czynności.... Nawet budzik sobie nastawiam o pół godziny wcześniej, żeby poleżeć, wypić kawę, przejrzeć gazetę przystosować się do dnia. Od tego nie odstąpię. Marcela radośnie przychodzi i zaczyna kręcić się i miauczeć. No jasne – obie michy, z jedzeniem i śmietaną, wylizane do cna. (A zostawiam łobuzicy jeszcze michę z suchym, ale to osobny rozdział. Zaczynam podejrzewać, że Marcela jeszcze nie wpadła na to, że to się je). Zipper – no nie ma siły, żeby uniknąć porównań między Starym a Nowym Kotem – miał zwyczaj przychodzić, siadać na środku sypialni i całym sobą DAWAĆ DO ZROZUMIENIA. No, ale Zipper był powściągliwy w okazywaniu uczuć. Marcela to ekstrawertyczka, i to rozmowna. Nie daje więc do zrozumienia, tylko POKAZUJE, też oczywiście całą sobą i przy intensywnym użyciu aparatu głosowego. Najpierw dałam się nabrać i potykając się o własne nogi poleciałam do kuchni ratować nieszczęsne zwierzę przed śmiercią głodową. Kiedy oprzytomniałam, zdałam sobie sprawę, że ocalenie mojej świętej pół godziny wymaga negocjacji. W związku z czym dzisiejszy poranek wyglądał tak: Ja: (ruszam się) Marcela: (przybiega i ciągnie do kuchni, wykrzykując prośby i grożby) Ja: Zaraz, Marcelku, zaraz... daj się obudzić...zapalę sobie, co? (Dobra, wiem, wstrętny nałóg i grozi impotencją, jak piszą na fajkach.) Marcela: (zdwaja wysiłki) Ja: Zaraz, Marcel! Marcela: (wskakuje na łózko) Ja: (twardo palę wydając z siebie uspokajające dźwięki) Marcela: (trąca łebkiem rękę i inne wystające elementy człowieka, przewraca się na grzbiet, mruczałka chodzi na pełnych obrotach) No i czy nie mądra? Groźbą i roszczeniem nie pomogło, to spróbowała po dobremu. Nie kijem go, to marchewką. Wciągnęła michę mokrego, a potem przyszła po śmietanę, a jakże. Odpowiedz Link
yoma Marcela kohabitantka aspekt 2 i kolejne 01.11.05, 18:04 Bałam się, że Marcel się przyzwyczai do nagród za pójście do kuwety i nie będzie chciała jej używać bez smakołyku. Otóż nie. Wczoraj, wróciwszy, przydybałam ją na czynnościach i uczciwie chciałam nagrodzić. Marcelinda zamiast do kuchni udała się do pokoju, wskoczyła na stołek i zaczęła się myć, a jej spojrzenie mówiło wyraźnie: dobra, dobra, nie musisz, nie doceniasz mnie, załapałam już, o co chodzi. Szkód w gospodarstwie domowym do tej pory nie stwierdziłam. Na początku, kiedy Marcel oblatywała wszystkie kąty, pomyślałam sobie: aha, zaraz się okaże, co jest słabo przymocowane... Ale na razie zrzuciła tylko stertę kaset z Archiwum X oraz hubę z półki, co nie jest żadną szkodą. Koty klasyfikujemy w zależności od zajmowanej wysokości. Zipper, nawet sprawny, był zdecydowanie kotem naziemnym, a nie podsufitowym. Marcela to kot średniowysokościowy. Szafka, fotel, skrzynka to jej poziom. Na to, co jest wyżej, trzeba owszem wleźć raz, żeby zobaczyć, co tam jest. Zbadamy sprawę i więcej nie musimy. A kwiatki doniczkowe w ogóle jej nie interesują. Przynajmniej na razie, zobaczymy co będzie, jak zacznę chodzić do pracy. Niby może je zacząć obgryzać wyłącznie z nudów, choć nie sądzę. Marcela już udowodniła, że umie się zajmować sama sobą. Jak się zdaje, wyznaje zasadę "żyj i daj żyć innym", czyli jak by nie patrzeć Kantowski imperatyw kategoryczny Daruję sobie westchnienie "ech, żeby tak ludzie...". Odpowiedz Link
yoma Marcela poznaje ludzką anatomię 01.11.05, 18:05 Na płochliwym początku Marcelina schwytana okazywała przyjaźń i zaufanie. Ale żeby do tego doszło, trzeba było jej dotknąć. Człowiek podchodzący na dwóch nogach to był obiekt, przed którym należało zwiać za zasłonę. Ki diabeł? Doszłam do wniosku, że Marcel nie kojarzy, że górna część człowieka (ta, która głaszcze) i dolna (ta, która chodzi) to jest ten sam człowiek. Nie chcę osądzać ani przesądzać, ale coś mi się widzi, że cholerna Kamila miała w tym swój udział. Kamila to jest ciotki wnuczka, czyli moja co? Cioteczna siostrzenica chyba? No, córka mojego ciotecznego brata, czyli syna ciotki. Ma chyba dziesięć lat i tzw. trudny charakter. Kiedyś na imieninach mojej matki została przyłapana na testowaniu, ile kopniaków może znieść pies. Miała duuużo szczęścia, bo pies jest owszem łagodny, ale najłagodniejszy pies kiedyś straci cierpliwość, a ten jest wielki, wilkowaty i odpowiedni nacisk na szczękę ma. Kopać kotów chyba się Kamili nie udało, bo to szybkie, ale widziałam ją raz w akcji, jak przeganiała całą bandę tupiąc i hałłakując. To było wtedy, jak przyjechałam do ciotki przedstawić się kotom. Wzięłam ze sobą co należy i Marceliny braciszek już podchodził, już prawie brał z ręki, kiedy wpadła Kamila z dzikim wrzaskiem i było po zaprzyjaźnianiu się. Ożeż cholero głupia, teraz ja się będę kotom źle kojarzyć, że jak przyjeżdżam, to przeganiają! Obsobaczyłam bachora, ale się chyba nie przejął. W każdym razie trzeba było Marceli pokazać, że nie ma się czego bać. Zaczęło się chodzenie na czworakach i przemawianie czułym głosem, ale i tak największą rolę w nauce anatomii odegrał żołądek. Po prostu – ludzkie nogi, które stoją w kuchni, chyba nie zrobią krzywdy. Po nogach w polu widzenia pojawia się ręka, która trzyma michę. Zauważyliśmy także, że jeśli ocieramy się o kuchenne nogi, to szybkość pojawienia się ręki z michą jest wprost proporcjonalna do intensywności ocierania się. Śmieszni ci ludzie, na dole naciśniesz, a z góry wyskakuje No a dzisiaj rano Marcelix wlazła do łóżka i zamiast podejść do ręki, jak to ma w zwyczaju (proszę, jak się zwyczaje wykształciły już na czwarty dzień), zaczęła się ocierać o stopy wystające spod kołdry. Dobra nasza. Od dwóch nóg chodzących po podłodze też już nie ucieka. Ciekawe, że Zipper nigdy się nie ocierał. Nie bał się nóg, ale też ich nie używał, jak gdyby nie istniały. Kiedy przychodził powitać wracającego człowieka, udawał, że wcale nie chce na ręce – ot, tak tylko przechodził, zupełnym przypadkiem znalazł się w tym samym punkcie czasu i przestrzeni, a w ogóle człowiek powinien dać sobie spokój z rytuałem powitalnym i od razu iść do kuchni, i dać, co się należy. Ale to był blef, Zipper nieprzywitany odpowiednio był Zipperem urażonym. Marcel jeszcze nie wykształciła rytuałów powitalnych, jak wykształci, to opowiem. Odpowiedz Link
yoma Ajajajaj... co ja narobiłam... 01.11.05, 18:11 Duże koty prawdę mówiły. Ci ludzie to świnie. Ja, mały kot wkraczający w życie, myślałam, że duże przesadzają, ale tak jest. Ja do człowieka z sercem, a człowiek co? A człowiek, jak tylko mu pozwolić, nadużywa kociego zaufania, ot co. Ludzka wersja wydarzeń: Marcelindzie wyczyszczono uszy w celu leczniczym... Na Zipperze zabieg przeprowadzało się tak: kota złapać (doskonale wiedział, kiedy jest łapany w celu pogłaskania, a kiedy w celu czyszczenia), włożyć grube rękawice, upchnąć w gruby ręcznik wszystkie dwadzieścia wściekle bijących łap, włożyć do uszu (własnych) zatyczki przeciw wściekłym wrzaskom, usiąść na brzegu stołka, żeby kot obsikał podłogę, a nie stołek, zrobić co trzeba, wytrzeć podłogę, zmienić spodnie, opatrzyć rany (własne). Dłubałam niby Marcelinie w uszach już dwa dni temu, ale lekko i powierzchownie, żeby jej nie zrażać. Wczoraj dłubała pani doktor solidnie, dzisiaj ja, znów solidnie. Marcela jest łagodna i dobroduszna. Zabieg zniosła nieźle, choć trochę marudziła. Poszła za mną nawet do kuchni po nagrodę, i nagle jakby ją coś odmieniło. Przypomniała sobie, co mówiły duże koty, nie może inaczej być. Podejść do siebie nie pozwoliła. Przed ręką uciekła. Cofnęłyśmy się do pierwszego dnia jak nic. W końcu dała się dotknąć, ale nie włączyła mruczałki. No ładnie – myślę sobie – kot mnie obdarzył takim kredytem zaufania, a ja co? Jak długo teraz będzie się boczyć? Dzień, dwa, na zawsze? Traumy z dzieciństwa są trwałe, to w końcu małe dziecko... Zaczęłam chodzić na czworakach i miauczeć przepraszająco. Osiągnęłam tyle, że Marcela pozwoliła usiąść koło siebie na skrzyni. No – myślę – to już coś. Wygłosiłam długą przemowę, Marcel, ty jesteś mądra dziewczynka, ja nie chcę kociej krzywdy, to jest po to, żeby uszka nie swędziały, teraz trzeba pocierpieć, żeby potem było dobrze, chyba nie chcesz, żeby ci robaki uszka jadły? Zrozumiała, ile zrozumiała (one wszystko rozumieją) i z oporami włączyła maszynkę do mruczenia. No dobrze. Wygłaskałam, wydrapałam i uciekłam na cmentarz, żeby jej zejść z oczu. Miałam nie iść na cmentarz i siedzieć z nią, ale jak tak... Na cmentarzu z kolei ja przeżyłam traumę, bo wlazłam na dwie Kaczki, ale to do rzeczy nie należy. Poważnie – muszą mieć groby gdzieś w pobliżu moich. (W pobliżu są też Kaczorkowie i Plackowscy, naprawdę, to nie jest kiepski dowcip). Rok temu spotkałam tylko jedną, strach pomyśleć, co będzie za dwa, trzy, cztery lata. Wróciłam, Marcelinda dała się pogłaskać i przytuliła się do zgięcia ręki, czyli nie jest źle. Źle dopiero będzie, bo uszy powinny być czyszczone i smarowane dwa razy dziennie. Może jej dzisiaj odpuszczę czyszczenie... Założę bloga, jak tak dalej pójdzie. Wszystkim wielkie dzięki za wyrazy (było się tym korespondentem wojennym, no nie? i zeznajcie, czy kontynuować, czy już może starczy. Odpowiedz Link
misia007 Re: Ajajajaj... co ja narobiłam... 01.11.05, 20:25 Yoma ciąg dalszy konieczny, dawno sie tak nie uśmiałam a Twoja znajomośc psychologii kota oraz inowacyjne techniki pedagogiczne warte są publikacji. Czekam niecierpliwie a Marcelinę w końcu głowną bohaterke serdecznie pozdrawiam. Odpowiedz Link
yoma Re: Ajajajaj... co ja narobiłam... 03.11.05, 16:05 Publikacji jak publikacji, ale pomyślałam sobie, że będę kontynuować, a potem ładnie wydrukuję, wzbogacę ilustracjami, oprawię i dam ciotce... chyba się ucieszy Odpowiedz Link
gatta_gatta Re: Ajajajaj... co ja narobiłam... 02.11.05, 00:50 yoma napisała: > > Założę bloga, jak tak dalej pójdzie. Wszystkim wielkie dzięki za wyrazy (było > się tym korespondentem wojennym, no nie? i zeznajcie, czy kontynuować, czy już może starczy. > Yoma, no jassne, ze kontynuowac. a pomysl z blogiem swietny! Odpowiedz Link
pixie65 YOMA!!! JESZCZE!!! 02.11.05, 09:40 Przeczytałam sobie wszystko od początku do końca, oplułam monitor i zdecydowanie prosze o więcej! Odkryłam też niezwykłe podobieństwo Marceliny do mojego Pittbula w kwestii oswajania...Zajmuje się nim już jakiś czas, ostatnie dwa tygodnie dość intensywnie (jest chory). Pittbul mieszka osobno (podejrzewany jest o paskudnie zaraźliwe choróbsko...) i za każdym razem kiedy przychodzę, najpierw jest plucie, robienie smoka i wycofywanie tyłem. Do momentu, kiedy go dotykam...Wtedy "klapka zaskakuje" i Pittbulek włącza mrukawę...Wczoraj został podstępem wzięty na surową wołowinkę. Udało mi się ocalić rękę. Bardzo serdecznie pozdrawiam! Odpowiedz Link
yoma Re: YOMA!!! JESZCZE!!! 02.11.05, 10:29 Zmarcelowana pierwszy raz została dzisiaj sama na dłużej - zobaczymy, czy po powrocie będzie jeszcze na czym pisać, ostatnio bardzo jej się spodobała domowa klawiatura Wobec powszechnego poparcia (jeszcze raz dzięki!) następne odcinki będą tak czy inaczej, a na razie mam przed sobą przykrą pracę - obiecałam pani doktor opisać chorobę Zippera, mam zestawienie, co dostawał i w jakiej kolejności, ale muszę do tego dołożyć parę słów komentarza... ech... całuję wszystkie Koty i Opiekunów w pyszczki. Odpowiedz Link
yoma Marcelinda sama w domu 03.11.05, 10:49 czyli, myślałby kto, krajobraz po bitwie. A ucho (znowu te uszy!) od śledzia. Wróciłam po dniu pracy. Zresztą z ręką wyciągniętą do kostek od żwirku, bo od najbliższego sklepu ze żwirkiem trzeba kawałek iść, a Marcela działa na zasadzie rury przepływowej – tu wlata, tam wylata, aqua destilata. Uczenie mówiąc, wysoki poziom przerobu śmietany implikuje wysoki poziom przerobu żwirku Uchyliłam drzwi na tyle, żeby wsadzić łapę i zapalić światło, i wchodzę bokiem i bardzo ostrożnie (ciągnąc za sobą pękatą torbę żwirku), bo przecież jak mi wypryśnie, to będę ją potem ganiać po wszystkich dziesięciu piętrach, strychu i piwnicy nie licząc. A Marcelik, bardzo elegancko i dystyngowanie, trzyma się drugiej połowy korytarza, żadnych skoków pisków na początek (jak powiada klasyk), kot w końcu swoją godność ma – co nie znaczy, że nie damy się pogłaskać i wziąć na ręce, możemy nawet pomruczeć. Ale nie za długo, bo trzeba przecież zrobić pokazówkę pt. Kot Jest Potwornie Głodny! No to wypróbowałam na Marceli tuńczyka w sosie własnym (jemy) i ruszyłam na obchód włości. Kuweta – pełna. Myszy – porozrzucane. Piłeczki – jak jeden mąż zaginione w akcji (do czego służy człowiek? Do sprawiania kotu uciechy, kiedy łazi na czworakach i zagląda pod wszelkie szafki.) Klatka na papugi – przekręcona. Pewnie w niej spała. (Klatka na papugi nie jest na papugi ze skrzydłami, to jest taki fotel wiszący na szubienicy. Jakby kosz, powieszony otworem na bok. Zipper go traktował z najwyższą niechęcią.) Obiekty postrącane z półek – brak. Poobgryzane kwiatki – brak. Nieczystości w miejscach niedozwolonych – jak wyżej. Przyjrzałam się Marceli i wydało mi się przez chwilę, że widzę blask dookoła jej głowy, ale to pewnie było tylko odbicie tych wielkich złotych ślepi Odpowiedz Link
yoma Dieta odchudzająca 03.11.05, 10:50 Marcela dba o linię swojego człowieka. Człowiek ma dwa wyjścia: albo schudnie, albo będzie jadł w pracy tuż przed wyjściem. Chodzi o to, żeby mieć coś w żołądku wróciwszy do domu, bo na posilenie się od razu nie ma szans. Co robi porządny człowiek, pokazując się w domu? Karmi kota i czyści kuwetę. Bardzo dobrze, tylko zanim wyczyści i zdąży do kuchni zrobić coś do jedzenia sobie, kot już pochłonie swoje i zażąda zajęcia się kotem. Marcelina jest prawdziwą damą i nie będzie się narzucać, żadnego trącania łebkiem, włażenia do talerza (z Zipperem nie było problemów, bo po prostu sprawdzał, co człowiek ma do jedzenia i czy koty przypadkiem nie lubią śledzia na ostro). Marcelina pojadła, nabrała energii i chce się bawić. Demonstruje to POKAZUJĄC SIĘ w polu widzenia albo na jego granicy. Człowiek sobie je, ale ten wyrzut sumienia wciąż widać kątem oka, aż w końcu jedzenie rośnie w ustach i człowiek z ciężkim jękiem idzie zabawiać damę. Najgorsze, że ona ma rację – nie było cię, babo, cały dzień, to teraz się z kotem baw. Nie po to kot ma człowieka, żeby się nudzić w samotności. Przy okazji – Marcel znakomicie gra w piłkę nożną na pozycji obrońcy. Mnie wyznaczono rolę chłopca od podawania piłek Odpowiedz Link
yoma Do czego służą pazury 03.11.05, 10:51 Marcela została stanowczo, acz łagodnie poinstruowana, że tapczan nie jest, powtarzam NIE JEST miejscem właściwym dla pielęgnacji pazurów. Wolno drapać wszelkie meble z wyjątkiem łóżka i dwóch szafek, bo jedna antyk, a druga prawie, w dodatku świeżo odrestaurowana. Efekt poinstruowania: jeśli leżę sobie na tapczanie z mrożącym krew w żyłach kryminałem, to niemal pewne jest, że znikąd pojawi się obiekt nadlatujący z szybkością światła, przejedzie pazurami po nogach łóżka i z równą szybkością oddali się w kierunku, z którego przybył. A ni mniej, ni więcej znaczy to, że trzeba zawiesić akcję niezależnie od tego, że bohater jest właśnie trzymany przez wroga za włosy nad przepaścią, i iść do drugiego pokoju wyciągać Marceli piłeczkę z jakiegoś kąta. Albo wręcz – a to oznacza, że bohater jeszcze długo powisi – zastanowić się, gdzie ostatnio widziano różową myszę na sznurku, znaleźć ją i pół godziny z głowy, aż Marcela się zmęczy. Odpowiedz Link
yoma Rany, jaki to jest mądry kot 03.11.05, 10:52 Gryzłam się przez pół dnia, że nadużyłam zaufania Marceliny - a potem przez następne pół, że przecież znowu trzeba będzie czyścić uszy. Tego Krytycznego Dnia Czyszczenia Uszu rzeczywiście już jej nie męczyłam, zakropliłam tylko lekarstwo, a to jest znacznie przyjemniejsze niż dłubanie w uchu – chociażby dlatego, że po zakropleniu następuje masowanie, a to Marcela wydaje się lubić. W każdym razie mruczy. Marcelę nakarmiłam, wygłaskałam, wybawiłam i z duszą na ramieniu przystąpiłam do działania. Marcel nic. Ani się nie wyrywa, ani nie szarpie, drapie tylko trochę, ale to jest zdaje się odruch bezwarunkowy na uszną dłubaninę. Skończyłyśmy, przytuliłam ją, ona mruczy. Puszczam ją, nie ucieka. Nawet nagrody nie chciała, rzuciła mi tylko to spojrzenie pełne wyższości – co ty mi tu, babo... Mamy zatem dwa wyjaśnienia zjawiska. Albo uszy są w lepszym stanie (były, już to czarne nie wyłaziło pokładami) i Marcelina się mniej denerwowała, bo w końcu kto dobrowolnie pozwalałby na dręczenie podrażnionego, swędzącego ucha – albo zrozumiała moją wczorajszą przemowę o korzyściach płynących z czyszczenia i moje kajanie się. Jako przekonana zwolenniczka teorii o dostrajaniu przez koty umysłów opiekunów do własnych optowałabym za tym drugim rozwiązaniem Odpowiedz Link
misia007 Re: Rany, jaki to jest mądry kot 03.11.05, 13:02 Yoma wy już nadajecie na tych samych falach,tylko pytanie mi sie nasuwa, co mocniejsze nadajnik czy odbiornik, bo jesli ten pierwszy to zapomnij o spokojnej lekturze. Odpowiedz Link
yoma Re: Rany, jaki to jest mądry kot 03.11.05, 13:13 Nadajnik jest zawsze mocniejszy, ale jak widać z dziewczyną można się dogadać za pomocą racjonalnych argumentów, więc nie tracę nadziei Najwyżej bohater powisi, nic mu nie będzie, w końcu kryminał musi się dobrze skończyć Odpowiedz Link
yoma Z ostatniej chwili 03.11.05, 13:01 Idę kupić piłki tenisowe, nie można spóźniać się do pracy tylko z powodu, że wszystkie piłeczki trzeba przed wyjściem zlokalizować i powyciągać z zakamarków... Aha, i już wiem, co robić, żeby mnie Marcel za bardzo nie odchudziła. Jako obiekt zastępczy zamiast piłeczek świetnie się sprawdzają te plastikowe jajka, w których są niespodzianki w jajkach z niespodzianką Odpowiedz Link
groha Re: Z ostatniej chwili 03.11.05, 13:29 Yoma, włóż do jajeczka coś grzechoczącego! To powinno być na tyle intrygujące dla Marceli, że przez chwilę sama się nim zajmie i da Ci odsapnąć Tylko wybierz coś mało drażniącego własne uszy i na wszelki wypadek - oklej jajeczko taśmą, żeby Marcel za szybko go nie rozbroiła. Sprawdzone, polecam P.S. Hehe, a nie mówiłam, żeby brać kocią dziewczynkę? )) Odpowiedz Link
yoma Zagadka dnia 04.11.05, 17:40 Gdzie, i jakim cudem, zdematerializowała się nabyta wczoraj duża szmaciana piłka? Wieczorem przeprowadzono testy i stwierdzono, że żadną miarą nie zmieści się pod żaden mebel, żeby nie wiem jak upychać. Zresztą wieczorem Marcelina nie wykazywała przesadnego nią zainteresowania. Właśnie mi przyszło do głowy: może ona jej nie polubiła i po prostu zniknęła ją? Zzaszło zjawisko tunelowania, piłka przeniosła się w inny wymiar? Marcela, masz ty te parazdolności... idę się bać... Odpowiedz Link
yoma Sobota dla kota 08.11.05, 14:40 Uszy zrobiły się lepsze, więc po co katować kota. Podjęłam samowolnie decyzję o czyszczeniu co drugi dzień i na sobotę padło. (Weekend – zrezygnowałam z wszelkich kin i innych wyjść, będę oswajać dalej Marcelę, wyskoczę tylko na dwie godziny po farby do remontu). Wyczyściłam, zakropiłam, pomasowałam, Marcela pomaszerowała za mną do kuchni, zjadła smakołyk, potem kazała się ze sobą bawić, a potem wystraszyła mnie śmiertelnie. Odpowiedz Link