Dodaj do ulubionych

Nowe Źwirzę

31.10.05, 17:11
Uwaga - w kilku odcinkach będzie
Obserwuj wątek
    • yoma No więc... bez “więc”... 31.10.05, 17:12
      Marcelina to jest kochana dziewczynka, mądra i przylepna, a po kolei było tak.

      Dwa słowa przypomnienia: u ciotki w piwnicy okociła się dzika kotka, urodziła
      dwa małe i ciotka te małe podkarmiała razem zresztą z mamuśką i wszystkimi
      innymi okolicznymi kotami. Osobliwie los małych leżał ciotce na sercu, bo duże
      sobie poradzą, a małe są małe, a zima idzie. Marcelina to jedna z nich.

      Ma cztery miesiące i pół. Jest przeważnie biała, ale
      - ma dwa czarne siodła i parę pomniejszych plamek na grzbiecie
      - ogon ma czarny z białym balejażem, bardzo szykowny
      - czoło i kark zasłania czarną trójkątną chustką
      - a najśmieszniejszy jest pyszczek: mała czarna plamka na różowym nosku,
      czarna plama na podbródku i czarne plamidło na lewym policzku.

      Zdjęcia będą, jak wywołam, zeskanuję i nauczę się używać ImageShacka smile
    • yoma Marcelatrix pierwsze kroki pod ludzkim dachem 31.10.05, 17:13
      Dzikie to, ale do ludzi lgnęło, więc dało się złapać, wsadzić w torbę i
      pojechałyśmy. W podróży była bardzo grzeczna, wlazła w kąt torby i tylko
      patrzała wielkimi ślepiami.

      W domu przygotowałam całą wyprawkę, kuwetę, michę i rząd myszy na podłodze.
      Postawiłam torbę, otworzyłam, Marcelinda z miaukiem obleciała kąty, smyrgnęła
      na parapet, schowała się za zasłonę i siedzi. A jak podejść – ucieka.

      No dobra. Zostawiłam ją za tą zasłoną, siedź jak chcesz siedzieć. Zaglądałam
      tylko do niej co jakiś czas. Ona, nie widząc człowieka w pobliżu, wybierała się
      na wycieczki, ale widząc – smyrg za zasłonę. A po jakichś dwóch godzinach ja
      wyciągam rękę, ona się cofa, ale jakby mniej, aż ją dotknęłam końcem palców.

      A jak końcem, to już całą ręką, i natychmiast włączyła się mruczałka. Mruczymy
      basem, bardzo głośno i bardzo długo. Słowo daję, jeszcze nie widziałam kota,
      który potrafi mruczeć półtorej godziny bez przerwy.

      Potem poszło z górki. Marcela uciekała, ale bez przekonania, i jak się udało
      jej dotknąć, to już było OK. Dajemy się brać na ręce, przytulamy się,
      przylepiamy, pokazujemy gdzie głaskać. Bardzo lubimy głaskanie po brzuszku i
      rozwalamy się w tym celu niczym pies. Jak się uda, to i na wznak zaśniemy.
      Drugiego dnia nie było już żadnych problemów.
    • yoma Marcela tresuje człowieka 31.10.05, 17:15
      Kota i mężczyznę zdobywa się przez żołądek. Marcel bardzo szybko skojarzyła
      podstawowe przesłanki: miejsce (kuchnia) + człowiek (w kuchni) = kota obleci co
      dobrego. Człowiek w kuchni oznacza, że należy przyjść, poocierać się,
      poprzewracać na grzbiet, poplątać się pod nogami (bardzo zabawnie jest, jak
      człowiek się potyka i leci na pysk. Ci ludzie są śmieszni, raczej się
      przewrócą, niż kota nogą, ratując równowagę, zawadzą). Można stanąć przednimi
      łapami na drzwiach kuchennej szafki. I proszę, jaka ona mądra – na blat i
      kuchenkę nie włazi. Raz była, obejrzała, obwąchała i więcej się nie pcha.

      Aha, przy człowieku w kuchni należy głośno i wyraźnie miauczeć.

      Raczy jeść puszki i saszetki, sucha karma niespecjalnie jej leży. W
      poniedziałek przetrenowałyśmy jajko. Je, ale bez entuzjazmu. Mięsa jej jeszcze
      nie dawałam. Niesamowicie natomiast jest łasa na nabiał. Ciotka ostrzegała, że
      Marcel pije mleko bez opamiętania, tylko trzeba rozcieńczać, bo dostaje
      sraczki. W związku z tym nie zawracam sobie w ogóle głowy mlekiem, daję jej
      śmietanę i serek kanapkowy naturalny. W kolejce jest jogurt, twaróg i mleko dla
      kotów z Rossmanna.

      Postawienie miski z nabiałem oznacza porzucenie czegokolwiek innego i galop do
      nabiału. Co więcej, kiedy jej dam normalne jedzenie, po pięciu minutach
      przychodzi i ma pretensje: A gdzie moja śmietana? W poniedziałek śmietany
      zabrakło i Marcelix była bardzo niezadowolona, ale w końcu dała sobie
      wytłumaczyć, ża najpierw trzeba iść do sklepu.

      A jak już człowiek da śmietany, to trzeba go nagrodzić mruczeniem, żeby miał
      uciechę, że kot potrafi jednocześnie jeść i mruczeć smile
    • yoma Człowiek grzecznie prosi Marcelę o porządek 31.10.05, 17:17
      Kiedy już się dała brać na ręce, pokazałam jej całe mieszkanie – nie ukrywam,
      że ze szczególnym uwzględnieniem łazienki z kuwetą smile W kuwecie Marcel się dała
      postawić, tylko natychmiast wyszła. Jeszcze rzuciła mi spojrzenie przez ramię:
      i o co ci, babo, chodzi? Baba pomyślała: no cóż, Marcela nie wie, co to jest
      łazienka, kuweta, żwirek, pożyjemy, zobaczymy. Marcela za to natychmiast
      odkryła kocią dziurę w dzwiach łazienki i opanowała transfer w obie strony. OK.

      Pierwszego dnia, czyli w sobotę, Marcel zrobiła kupę w pokoju. Ale nie byle
      gdzie, tylko na takim kawale kory, który leży w kącie. Kora zasłaniała połataną
      tapetę, która została po ostrzeniu pazurków przez Makawitego mojej kumpeli.
      Potem się urwała, kora, nie tapeta, i na razie leży, aż wymyślę, jak ją
      stabilnie powiesić smile

      Umyłam korę, a do kuwety wrzuciłam kawałek papierka umoczonego w tym, co na
      korze było.

      Nazajutrz wyleguję się jeszcze w łóżku, a z łazienki szur... szur... Marcela
      jest w kuwecie i miauczy. Nie przeszkadzałam jej, poczekałam, aż wyjdzie (co
      zrobiła triumfalnie), zaglądam – bingo! Śliczny kot, mądry, grzeczny, zrobił
      siusiu! Chodź Marcel, chodź, dostaniesz nagrodę!

      W charakterze nagrody wystąpił krewetkowy pasztecik z Rossmanna. Zipper je
      uwielbiał, więc przetestowałam toto i na Marceli, z dobrym skutkiem. Te koty
      jedzą lepiej niż ja – ja nie jem na co dzień pasztetów z owoców morza smile

      Po godzinie szur... szur... w kuwecie duża potrzeba. No to nagroda. A kolejne
      siusiu nie wyszło, trafiło obok, na dywanik. Dywanik do pralki, a Marcela do
      kuchni i patrzy z wyrzutem: no jak to, zrobiłam, gdzie moja nagroda?

      I kto tu kogo tresuje, pytam? smile Ale twarda byłam, nie dałam, nagroda
      przysługuje za odpowiednią czynność w odpowiednim miejscu.

      Trzeciego dnia wszystko co trzeba znajdowało się w kuwecie. A Marcel
      przyzwyczai się do nagród i efekt będzie taki, że kiedy nie będzie mnie w domu,
      ona na złość zacznie robić po bokach. Bo nie ma kto dać nagrody. Zobaczymy,
      dzisiaj pierwszy raz została sama na dłużej niż godzinę.
    • yoma Marcelatrix u weterynarza 31.10.05, 17:18
      Do weterynarza pojechałyśmy na trzeci dzień, kiedy Marcela już była oswojona i
      nie uciekała po kątach. Od początku podejrzewałam ją o świerzb. Ale to jest
      kochana dziewczynka i mądra, już drugiego dnia dała sobie wyczyścić uszy, choć
      zachwycona nie była (a kto by był). Przeczyściłam i zakropiłam lekarstwo, które
      zostało po Zipperze – Zipper miał ten świerzb paskudny, oporny na leczenie i
      powracający. Z Marcelą, uznałam, nie będzie tak źle. Robaków żadnych nie
      widzialam. Z drugiej strony ona bardzo starannie zakopuje materiał do badań,
      trzeba by się bardzo starannie przyglądać, a ze zrozumiałych względów nie
      miałam na to specjalnej ochoty smile

      Do weterynarza zawiózł nas kumpel, bo nie mam samochodu – niby blisko, można by
      na piechotę, ale na dworze zimno, a ona pokichuje. Słuchajcie, skąd one to
      wiedzą? Leżymy z Marcelą na tapczanie, Marcela jest głaskana, mruczy, wystawia
      się, zadzwonił telefon. Kumpel. Jest pod blokiem, mogę brać kota i schodzić. Ja
      powiedziałam tylko “dobra, OK., cześć”, ani słowa o lekarzu ani o podróży – a
      Marcel do kąta i nie ma kota.

      Pani wet, bardzo miła, ucieszyła się, że przygarnęłam sierotkę, ja wyjmuję
      Marcelę, a pani wet: - O, i w ciąży? - Jezus Maria, w jakiej ciąży, ona ma
      cztery miesiące! Kiedy ją brałam przed dwoma dniami, miała wpadnięty ten
      brzuch, chyba jej ciąża tak nie urosła przez weekend. Stanęło na tym, że to
      jednak od obąblowania śmietaną.

      Świerzb rzeczywiście paskudny. Marcel wierciła się trochę przy czyszczeniu i
      uciekała ze stołu na ręce (no proszę, jakiego zaufania nabrała), ale zniosła to
      bardzo dzielnie. Przy wmasowywaniu lekarstwa w uszy wręcz mruczała. Zipper by
      fruwał pod sufitem i drapał do kości wszystko w zasięgu pazura, nie mówiąc o
      tym, że zasikałby stół, mnie, panią wet i co by mu się trafiło przy okazji.
      Teraz będziemy czyścić Marcelindzie uszy i zadawać Oridermyl dwa razy dziennie.
      Poza tym dostała Stronghold, to jest to, co się wciera w kark – tępi pchły,
      robaki, świerzb i wszelkie pasożyty znane nauce, teoretycznie przynajmniej.
    • yoma Uwaga tyfus 31.10.05, 17:19
      Pani wet mówi, że się zaczyna koci tyfus w okolicy. Że wyjątkowo zjadliwy w tym
      roku. Że pewien pan, który u niej leczy swoje, nie zaszczepił ich i dziesięć
      już mu padło, a dziesięć walczy.Że w ogóle padają, zanim się je doniesie do
      weterynarza. W związku z czym trzeba zaszczepić Marcel i to jak najszybciej.

      A ja mam paskudne doświadczenia ze szczepieniem kota, po tym, jak Zippera po
      szczepieniu wyrwałam kostusze spod kosy i on już nigdy potem nie był taki jak
      na początku. No to opowiedziałam wszystko jak na spowiedzi, pani wet się
      zasępiła, że się z czymś takim nie spotkała. (Taaa, wszyscy tak mówili, a
      Zipper się zmarnował).

      Stanęło na tym, że:
      - ja się prześpię na problemie
      - póki co, Marceli nie wypuszczać i nie przynosić do lecznicy, bo wirusy
      latają jak chcą
      - a niezależnie od wszystkiego, podrzucę pani doktor Zippera historię
      choroby, niech postudiuje.

      Pokichiwaniem Marceliny mam się na razie nie przejmować, to może być reakcja na
      nowe otoczenie, inny kurz i tak dalej. Poza tym kot jest zdrowy, w dobrym
      stanie i ma dobry charakter smile Ba!
    • yoma A z zabawek... 31.10.05, 17:21
      ... najbardziej nam się podoba różowa mysza na sznurku. Chociaż widzę, że i
      kłębek był w robocie, i piłeczka, zwłaszcza taka brzęcząca.

      W sobotę jeszcze była piłeczka z czymś latającym w środku. Ale w poniedziałek
      już jej nie było. Znajdzie się za kwartał przy przeprowadzce smile

      Ech... mam jeszcze myszy, które kupiłam Zipperowi tego dnia, kiedy umarł.
      Świeżutkie, w fabrycznym opakowaniu. No to zaraz odpakuję i jej dam.

      Marcel po powrocie od weterynarza śmignęła z klatki i dała dyla w kierunku
      swojego kącika bezpieczeństwa za zasłoną. A zasłona była zasunięta i nie było
      przejścia do kącika. Marcela stanęła jak wryta, co dało mi czas, żeby ją
      przydybać i dotknąć, zanim zwieje. Dotknięta uspokoiła się natychmiast,
      włączyła mruczałkę, przytuliła, dostała śmietany, a teraz testuje rozmaite
      myszy smile
    • yoma I póki co na tyle :) 31.10.05, 17:23
      A u ciotki jest jeszcze Marceli braciszek, jakby co smile

      Yoma pozdrawia serdecznie wszystkich i wraca do domu poddawać się dalszej
      tresurze przez Marcelę. (Zobaczymy, co Marcel na moją nieobecność).
      • misia007 Re: I póki co na tyle :) 31.10.05, 20:06
        No Yoma z zachwytu oniemiałam,to prawie jak raport z pola walki albo raczej
        list gończy z wyczerpującym opisem przestepcy.Ale poważnie jestem pełna uznania
        dla Twoich niewątpliwych talentów pedagogicznych( śmietana)oraz otwartości
        Marceliny na nowe doznania(śmietana).Z niecierpliwością czekam na dalsze relacje.
    • wrexham Re: Nowe Źwirzę 31.10.05, 19:45
      pomyslec, ze nie tak dawno probowalam znalezc wlasciwe slowa zeby cie
      pocieszyc, a teraz nie mogle znalezc takich, ktore oddalyby moj podziw dla
      twoich zdolnoci "sprawozdawczych", po prostu odbierasz mi mowe smile))
      powodzenia w oswajaniu dla was obu, bo nie wiadomo kto kogo... smile
      marta z ryskiem
    • groha Re: Yoma! Jeszcze!! 31.10.05, 20:10
      Poproszę o kolejny odcineksmile
      • hakdil Re: Yoma! Jeszcze!! 31.10.05, 20:54
        Fajna ta Twoja opowiastkasmileLeoś chcialby Was poznaćsmile
        • barba50 Re: Yoma! Jeszcze!! 31.10.05, 21:33
          Śliczna ta Twoja opowieśćsmile
          A to że w tak krótkim czasie potrafiłyście dojść do wspaniałego porozumienia
          jest niebywałe!
          Cieszę się bardzo.
    • gatta_gatta Re: Nowe Źwirzę 01.11.05, 02:48
      przecudna relacja! a jakie mundre Źwirzę, ze o lapaniu_w_lot kocich mysli przez
      Yome nie wspomne.
      chce jeszcze! i to duzo!
      smile
    • kasikk Re: Nowe Źwirzę 01.11.05, 09:09
      Yoma, podziwiam kunszt pisarski i podatność na kocią tresurę
      oraz urodę Marceliny - opis plastyczny nadwyraz smile)
      no i oczywiście czekam na dalszy ciąg marcelowych przygód
    • yoma Kohabitacja, czyli sztuka kompromisu 01.11.05, 17:59
      Jest jeszcze jedno podobieństwo, a zarazem różnica, między mężczyzną a kotem.
      Od mężczyzny nie żądam wiele, ale stanowczo wymagam, żeby dawał się wyspać.
      Budzący o świcie wont. Co do kota, mogę tylko trzymać kciuki i mieć nadzieję.

      Otóż Marcelina nie budzi. (To znaczy, jej się wydaje, że nie budzi, kiedy
      chodzi po drugim pokoju i rozgłośnie miauczy. Muszę jej oddać sprawiedliwość,
      że tak było tylko drugiego dnia. Wydaje mi się, że wołała inne koty – w końcu
      wyrastała w towarzystwie całej bandy. Miauczała, kiedy zwiedzała nowe kąty).

      Wczoraj i dzisiaj obudziło mnie delikatne postukiwanie. Po namyśle wyszło mi,
      że Marcel dorwała którąś myszę z twardym, excusez le mot, jądrem – chodzi mi o
      te myszy, które nie są całe gumowe czy futerkowe, lecz składają się z
      plastikowej kształtki oklejonej futerkiem. W końcu skąd kot ma wiedzieć, że
      taka mysza z jądrem robi hurgot, który budzi człowieka. Kot jest grzeczny,
      zajmuje się sam sobą, człowieka problem, że się budzi.

      Marceli nie ma, dopóki nie zacznę się ruszać. Spektakl się zaczyna, kiedy dam
      znak życia.
    • yoma Marcelina kohabitantka 01.11.05, 18:01
      Gwoli wyjaśnienia, organicznie nie jestem w stanie zaraz po otwarciu oczu
      poderwać się raźno i przystąpić do czynności. To znaczy mogę, jak muszę, ale co
      to za czynności.... Nawet budzik sobie nastawiam o pół godziny wcześniej, żeby
      poleżeć, wypić kawę, przejrzeć gazetę przystosować się do dnia. Od tego nie
      odstąpię.

      Marcela radośnie przychodzi i zaczyna kręcić się i miauczeć. No jasne – obie
      michy, z jedzeniem i śmietaną, wylizane do cna. (A zostawiam łobuzicy jeszcze
      michę z suchym, ale to osobny rozdział. Zaczynam podejrzewać, że Marcela
      jeszcze nie wpadła na to, że to się je).

      Zipper – no nie ma siły, żeby uniknąć porównań między Starym a Nowym Kotem –
      miał zwyczaj przychodzić, siadać na środku sypialni i całym sobą DAWAĆ DO
      ZROZUMIENIA. No, ale Zipper był powściągliwy w okazywaniu uczuć. Marcela to
      ekstrawertyczka, i to rozmowna. Nie daje więc do zrozumienia, tylko POKAZUJE,
      też oczywiście całą sobą i przy intensywnym użyciu aparatu głosowego. Najpierw
      dałam się nabrać i potykając się o własne nogi poleciałam do kuchni ratować
      nieszczęsne zwierzę przed śmiercią głodową. Kiedy oprzytomniałam, zdałam sobie
      sprawę, że ocalenie mojej świętej pół godziny wymaga negocjacji.

      W związku z czym dzisiejszy poranek wyglądał tak:
      Ja: (ruszam się)
      Marcela: (przybiega i ciągnie do kuchni, wykrzykując prośby i grożby)
      Ja: Zaraz, Marcelku, zaraz... daj się obudzić...zapalę sobie, co? (Dobra, wiem,
      wstrętny nałóg i grozi impotencją, jak piszą na fajkach.)
      Marcela: (zdwaja wysiłki)
      Ja: Zaraz, Marcel!
      Marcela: (wskakuje na łózko)
      Ja: (twardo palę wydając z siebie uspokajające dźwięki)
      Marcela: (trąca łebkiem rękę i inne wystające elementy człowieka, przewraca się
      na grzbiet, mruczałka chodzi na pełnych obrotach)

      No i czy nie mądra? Groźbą i roszczeniem nie pomogło, to spróbowała po dobremu.
      Nie kijem go, to marchewką. Wciągnęła michę mokrego, a potem przyszła po
      śmietanę, a jakże.
    • yoma Marcela kohabitantka aspekt 2 i kolejne 01.11.05, 18:04
      Bałam się, że Marcel się przyzwyczai do nagród za pójście do kuwety i nie
      będzie chciała jej używać bez smakołyku. Otóż nie. Wczoraj, wróciwszy,
      przydybałam ją na czynnościach i uczciwie chciałam nagrodzić. Marcelinda
      zamiast do kuchni udała się do pokoju, wskoczyła na stołek i zaczęła się myć, a
      jej spojrzenie mówiło wyraźnie: dobra, dobra, nie musisz, nie doceniasz mnie,
      załapałam już, o co chodzi.

      Szkód w gospodarstwie domowym do tej pory nie stwierdziłam. Na początku, kiedy
      Marcel oblatywała wszystkie kąty, pomyślałam sobie: aha, zaraz się okaże, co
      jest słabo przymocowane... Ale na razie zrzuciła tylko stertę kaset z Archiwum
      X oraz hubę z półki, co nie jest żadną szkodą.

      Koty klasyfikujemy w zależności od zajmowanej wysokości. Zipper, nawet sprawny,
      był zdecydowanie kotem naziemnym, a nie podsufitowym. Marcela to kot
      średniowysokościowy. Szafka, fotel, skrzynka to jej poziom. Na to, co jest
      wyżej, trzeba owszem wleźć raz, żeby zobaczyć, co tam jest. Zbadamy sprawę i
      więcej nie musimy.

      A kwiatki doniczkowe w ogóle jej nie interesują. Przynajmniej na razie,
      zobaczymy co będzie, jak zacznę chodzić do pracy. Niby może je zacząć obgryzać
      wyłącznie z nudów, choć nie sądzę. Marcela już udowodniła, że umie się zajmować
      sama sobą. Jak się zdaje, wyznaje zasadę "żyj i daj żyć innym", czyli jak by
      nie patrzeć Kantowski imperatyw kategoryczny smile Daruję sobie westchnienie "ech,
      żeby tak ludzie...".
    • yoma Marcela poznaje ludzką anatomię 01.11.05, 18:05
      Na płochliwym początku Marcelina schwytana okazywała przyjaźń i zaufanie. Ale
      żeby do tego doszło, trzeba było jej dotknąć. Człowiek podchodzący na dwóch
      nogach to był obiekt, przed którym należało zwiać za zasłonę. Ki diabeł?
      Doszłam do wniosku, że Marcel nie kojarzy, że górna część człowieka (ta, która
      głaszcze) i dolna (ta, która chodzi) to jest ten sam człowiek.

      Nie chcę osądzać ani przesądzać, ale coś mi się widzi, że cholerna Kamila miała
      w tym swój udział. Kamila to jest ciotki wnuczka, czyli moja co? Cioteczna
      siostrzenica chyba? No, córka mojego ciotecznego brata, czyli syna ciotki. Ma
      chyba dziesięć lat i tzw. trudny charakter. Kiedyś na imieninach mojej matki
      została przyłapana na testowaniu, ile kopniaków może znieść pies. Miała duuużo
      szczęścia, bo pies jest owszem łagodny, ale najłagodniejszy pies kiedyś straci
      cierpliwość, a ten jest wielki, wilkowaty i odpowiedni nacisk na szczękę ma.

      Kopać kotów chyba się Kamili nie udało, bo to szybkie, ale widziałam ją raz w
      akcji, jak przeganiała całą bandę tupiąc i hałłakując. To było wtedy, jak
      przyjechałam do ciotki przedstawić się kotom. Wzięłam ze sobą co należy i
      Marceliny braciszek już podchodził, już prawie brał z ręki, kiedy wpadła Kamila
      z dzikim wrzaskiem i było po zaprzyjaźnianiu się. Ożeż cholero głupia, teraz ja
      się będę kotom źle kojarzyć, że jak przyjeżdżam, to przeganiają! Obsobaczyłam
      bachora, ale się chyba nie przejął.

      W każdym razie trzeba było Marceli pokazać, że nie ma się czego bać. Zaczęło
      się chodzenie na czworakach i przemawianie czułym głosem, ale i tak największą
      rolę w nauce anatomii odegrał żołądek. Po prostu – ludzkie nogi, które stoją w
      kuchni, chyba nie zrobią krzywdy. Po nogach w polu widzenia pojawia się ręka,
      która trzyma michę. Zauważyliśmy także, że jeśli ocieramy się o kuchenne nogi,
      to szybkość pojawienia się ręki z michą jest wprost proporcjonalna do
      intensywności ocierania się. Śmieszni ci ludzie, na dole naciśniesz, a z góry
      wyskakuje smile

      No a dzisiaj rano Marcelix wlazła do łóżka i zamiast podejść do ręki, jak to ma
      w zwyczaju (proszę, jak się zwyczaje wykształciły już na czwarty dzień),
      zaczęła się ocierać o stopy wystające spod kołdry. Dobra nasza. Od dwóch nóg
      chodzących po podłodze też już nie ucieka.

      Ciekawe, że Zipper nigdy się nie ocierał. Nie bał się nóg, ale też ich nie
      używał, jak gdyby nie istniały. Kiedy przychodził powitać wracającego
      człowieka, udawał, że wcale nie chce na ręce – ot, tak tylko przechodził,
      zupełnym przypadkiem znalazł się w tym samym punkcie czasu i przestrzeni, a w
      ogóle człowiek powinien dać sobie spokój z rytuałem powitalnym i od razu iść do
      kuchni, i dać, co się należy. Ale to był blef, Zipper nieprzywitany odpowiednio
      był Zipperem urażonym.

      Marcel jeszcze nie wykształciła rytuałów powitalnych, jak wykształci, to
      opowiem.
    • yoma Ajajajaj... co ja narobiłam... 01.11.05, 18:11
      Duże koty prawdę mówiły. Ci ludzie to świnie. Ja, mały kot wkraczający w życie,
      myślałam, że duże przesadzają, ale tak jest. Ja do człowieka z sercem, a
      człowiek co? A człowiek, jak tylko mu pozwolić, nadużywa kociego zaufania, ot
      co.

      Ludzka wersja wydarzeń: Marcelindzie wyczyszczono uszy w celu leczniczym...

      Na Zipperze zabieg przeprowadzało się tak: kota złapać (doskonale wiedział,
      kiedy jest łapany w celu pogłaskania, a kiedy w celu czyszczenia), włożyć grube
      rękawice, upchnąć w gruby ręcznik wszystkie dwadzieścia wściekle bijących łap,
      włożyć do uszu (własnych) zatyczki przeciw wściekłym wrzaskom, usiąść na brzegu
      stołka, żeby kot obsikał podłogę, a nie stołek, zrobić co trzeba, wytrzeć
      podłogę, zmienić spodnie, opatrzyć rany (własne).

      Dłubałam niby Marcelinie w uszach już dwa dni temu, ale lekko i powierzchownie,
      żeby jej nie zrażać. Wczoraj dłubała pani doktor solidnie, dzisiaj ja, znów
      solidnie. Marcela jest łagodna i dobroduszna. Zabieg zniosła nieźle, choć
      trochę marudziła. Poszła za mną nawet do kuchni po nagrodę, i nagle jakby ją
      coś odmieniło. Przypomniała sobie, co mówiły duże koty, nie może inaczej być.

      Podejść do siebie nie pozwoliła.
      Przed ręką uciekła.
      Cofnęłyśmy się do pierwszego dnia jak nic.
      W końcu dała się dotknąć, ale nie włączyła mruczałki. No ładnie – myślę sobie –
      kot mnie obdarzył takim kredytem zaufania, a ja co? Jak długo teraz będzie się
      boczyć? Dzień, dwa, na zawsze? Traumy z dzieciństwa są trwałe, to w końcu małe
      dziecko...

      Zaczęłam chodzić na czworakach i miauczeć przepraszająco. Osiągnęłam tyle, że
      Marcela pozwoliła usiąść koło siebie na skrzyni. No – myślę – to już coś.
      Wygłosiłam długą przemowę, Marcel, ty jesteś mądra dziewczynka, ja nie chcę
      kociej krzywdy, to jest po to, żeby uszka nie swędziały, teraz trzeba
      pocierpieć, żeby potem było dobrze, chyba nie chcesz, żeby ci robaki uszka
      jadły? Zrozumiała, ile zrozumiała (one wszystko rozumieją) i z oporami włączyła
      maszynkę do mruczenia. No dobrze. Wygłaskałam, wydrapałam i uciekłam na
      cmentarz, żeby jej zejść z oczu. Miałam nie iść na cmentarz i siedzieć z nią,
      ale jak tak...

      Na cmentarzu z kolei ja przeżyłam traumę, bo wlazłam na dwie Kaczki, ale to do
      rzeczy nie należy. Poważnie – muszą mieć groby gdzieś w pobliżu moich. (W
      pobliżu są też Kaczorkowie i Plackowscy, naprawdę, to nie jest kiepski dowcip).
      Rok temu spotkałam tylko jedną, strach pomyśleć, co będzie za dwa, trzy, cztery
      lata.

      Wróciłam, Marcelinda dała się pogłaskać i przytuliła się do zgięcia ręki, czyli
      nie jest źle. Źle dopiero będzie, bo uszy powinny być czyszczone i smarowane
      dwa razy dziennie. Może jej dzisiaj odpuszczę czyszczenie...

      Założę bloga, jak tak dalej pójdzie. Wszystkim wielkie dzięki za wyrazy (było
      się tym korespondentem wojennym, no nie? i zeznajcie, czy kontynuować, czy już
      może starczy.
      • misia007 Re: Ajajajaj... co ja narobiłam... 01.11.05, 20:25
        Yoma ciąg dalszy konieczny, dawno sie tak nie uśmiałam a Twoja znajomośc
        psychologii kota oraz inowacyjne techniki pedagogiczne warte są publikacji.
        Czekam niecierpliwie a Marcelinę w końcu głowną bohaterke serdecznie pozdrawiam.
        • yoma Re: Ajajajaj... co ja narobiłam... 03.11.05, 16:05
          Publikacji jak publikacji, ale pomyślałam sobie, że będę kontynuować, a potem
          ładnie wydrukuję, wzbogacę ilustracjami, oprawię i dam ciotce... chyba się
          ucieszy smile
      • gatta_gatta Re: Ajajajaj... co ja narobiłam... 02.11.05, 00:50
        yoma napisała:

        >
        > Założę bloga, jak tak dalej pójdzie. Wszystkim wielkie dzięki za wyrazy (było
        > się tym korespondentem wojennym, no nie? i zeznajcie, czy kontynuować, czy
        już może starczy.
        >

        Yoma, no jassne, ze kontynuowac. a pomysl z blogiem swietny!
        smile
        • pixie65 YOMA!!! JESZCZE!!! 02.11.05, 09:40
          Przeczytałam sobie wszystko od początku do końca, oplułam monitor i zdecydowanie
          prosze o więcej! Odkryłam też niezwykłe podobieństwo Marceliny do mojego
          Pittbula w kwestii oswajania...Zajmuje się nim już jakiś czas, ostatnie dwa
          tygodnie dość intensywnie (jest chory). Pittbul mieszka osobno (podejrzewany
          jest o paskudnie zaraźliwe choróbsko...) i za każdym razem kiedy przychodzę,
          najpierw jest plucie, robienie smoka i wycofywanie tyłem. Do momentu, kiedy go
          dotykam...Wtedy "klapka zaskakuje" i Pittbulek włącza mrukawę...Wczoraj został
          podstępem wzięty na surową wołowinkę. Udało mi się ocalić rękę. Bardzo
          serdecznie pozdrawiam!
          • yoma Re: YOMA!!! JESZCZE!!! 02.11.05, 10:29
            Zmarcelowana pierwszy raz została dzisiaj sama na dłużej - zobaczymy, czy po
            powrocie będzie jeszcze na czym pisać, ostatnio bardzo jej się spodobała domowa
            klawiatura smile Wobec powszechnego poparcia (jeszcze raz dzięki!) następne
            odcinki będą tak czy inaczej, a na razie mam przed sobą przykrą pracę -
            obiecałam pani doktor opisać chorobę Zippera, mam zestawienie, co dostawał i w
            jakiej kolejności, ale muszę do tego dołożyć parę słów komentarza... ech...
            całuję wszystkie Koty i Opiekunów w pyszczki.
    • yoma Marcelinda sama w domu 03.11.05, 10:49
      czyli, myślałby kto, krajobraz po bitwie. A ucho (znowu te uszy!) od śledzia.

      Wróciłam po dniu pracy. Zresztą z ręką wyciągniętą do kostek od żwirku, bo od
      najbliższego sklepu ze żwirkiem trzeba kawałek iść, a Marcela działa na
      zasadzie rury przepływowej – tu wlata, tam wylata, aqua destilata. Uczenie
      mówiąc, wysoki poziom przerobu śmietany implikuje wysoki poziom przerobu
      żwirku smile

      Uchyliłam drzwi na tyle, żeby wsadzić łapę i zapalić światło, i wchodzę bokiem
      i bardzo ostrożnie (ciągnąc za sobą pękatą torbę żwirku), bo przecież jak mi
      wypryśnie, to będę ją potem ganiać po wszystkich dziesięciu piętrach, strychu i
      piwnicy nie licząc.

      A Marcelik, bardzo elegancko i dystyngowanie, trzyma się drugiej połowy
      korytarza, żadnych skoków pisków na początek (jak powiada klasyk), kot w końcu
      swoją godność ma – co nie znaczy, że nie damy się pogłaskać i wziąć na ręce,
      możemy nawet pomruczeć. Ale nie za długo, bo trzeba przecież zrobić pokazówkę
      pt. Kot Jest Potwornie Głodny!

      No to wypróbowałam na Marceli tuńczyka w sosie własnym (jemy) i ruszyłam na
      obchód włości.

      Kuweta – pełna.
      Myszy – porozrzucane.
      Piłeczki – jak jeden mąż zaginione w akcji (do czego służy człowiek? Do
      sprawiania kotu uciechy, kiedy łazi na czworakach i zagląda pod wszelkie
      szafki.)
      Klatka na papugi – przekręcona. Pewnie w niej spała. (Klatka na papugi nie jest
      na papugi ze skrzydłami, to jest taki fotel wiszący na szubienicy. Jakby kosz,
      powieszony otworem na bok. Zipper go traktował z najwyższą niechęcią.)
      Obiekty postrącane z półek – brak.
      Poobgryzane kwiatki – brak.
      Nieczystości w miejscach niedozwolonych – jak wyżej.

      Przyjrzałam się Marceli i wydało mi się przez chwilę, że widzę blask dookoła
      jej głowy, ale to pewnie było tylko odbicie tych wielkich złotych ślepi smile
    • yoma Dieta odchudzająca 03.11.05, 10:50
      Marcela dba o linię swojego człowieka. Człowiek ma dwa wyjścia: albo schudnie,
      albo będzie jadł w pracy tuż przed wyjściem. Chodzi o to, żeby mieć coś w
      żołądku wróciwszy do domu, bo na posilenie się od razu nie ma szans.

      Co robi porządny człowiek, pokazując się w domu? Karmi kota i czyści kuwetę.
      Bardzo dobrze, tylko zanim wyczyści i zdąży do kuchni zrobić coś do jedzenia
      sobie, kot już pochłonie swoje i zażąda zajęcia się kotem. Marcelina jest
      prawdziwą damą i nie będzie się narzucać, żadnego trącania łebkiem, włażenia do
      talerza (z Zipperem nie było problemów, bo po prostu sprawdzał, co człowiek ma
      do jedzenia i czy koty przypadkiem nie lubią śledzia na ostro). Marcelina
      pojadła, nabrała energii i chce się bawić. Demonstruje to POKAZUJĄC SIĘ w polu
      widzenia albo na jego granicy. Człowiek sobie je, ale ten wyrzut sumienia wciąż
      widać kątem oka, aż w końcu jedzenie rośnie w ustach i człowiek z ciężkim
      jękiem idzie zabawiać damę.

      Najgorsze, że ona ma rację – nie było cię, babo, cały dzień, to teraz się z
      kotem baw. Nie po to kot ma człowieka, żeby się nudzić w samotności.

      Przy okazji – Marcel znakomicie gra w piłkę nożną na pozycji obrońcy. Mnie
      wyznaczono rolę chłopca od podawania piłek smile
    • yoma Do czego służą pazury 03.11.05, 10:51
      Marcela została stanowczo, acz łagodnie poinstruowana, że tapczan nie jest,
      powtarzam NIE JEST miejscem właściwym dla pielęgnacji pazurów. Wolno drapać
      wszelkie meble z wyjątkiem łóżka i dwóch szafek, bo jedna antyk, a druga
      prawie, w dodatku świeżo odrestaurowana.

      Efekt poinstruowania:

      jeśli leżę sobie na tapczanie z mrożącym krew w żyłach kryminałem, to niemal
      pewne jest, że znikąd pojawi się obiekt nadlatujący z szybkością światła,
      przejedzie pazurami po nogach łóżka i z równą szybkością oddali się w kierunku,
      z którego przybył. A ni mniej, ni więcej znaczy to, że trzeba zawiesić akcję
      niezależnie od tego, że bohater jest właśnie trzymany przez wroga za włosy nad
      przepaścią, i iść do drugiego pokoju wyciągać Marceli piłeczkę z jakiegoś kąta.
      Albo wręcz – a to oznacza, że bohater jeszcze długo powisi – zastanowić się,
      gdzie ostatnio widziano różową myszę na sznurku, znaleźć ją i pół godziny z
      głowy, aż Marcela się zmęczy.
    • yoma Rany, jaki to jest mądry kot 03.11.05, 10:52
      Gryzłam się przez pół dnia, że nadużyłam zaufania Marceliny - a potem przez
      następne pół, że przecież znowu trzeba będzie czyścić uszy. Tego Krytycznego
      Dnia Czyszczenia Uszu rzeczywiście już jej nie męczyłam, zakropliłam tylko
      lekarstwo, a to jest znacznie przyjemniejsze niż dłubanie w uchu – chociażby
      dlatego, że po zakropleniu następuje masowanie, a to Marcela wydaje się lubić.
      W każdym razie mruczy.

      Marcelę nakarmiłam, wygłaskałam, wybawiłam i z duszą na ramieniu przystąpiłam
      do działania. Marcel nic. Ani się nie wyrywa, ani nie szarpie, drapie tylko
      trochę, ale to jest zdaje się odruch bezwarunkowy na uszną dłubaninę.
      Skończyłyśmy, przytuliłam ją, ona mruczy. Puszczam ją, nie ucieka. Nawet
      nagrody nie chciała, rzuciła mi tylko to spojrzenie pełne wyższości – co ty mi
      tu, babo...

      Mamy zatem dwa wyjaśnienia zjawiska. Albo uszy są w lepszym stanie (były, już
      to czarne nie wyłaziło pokładami) i Marcelina się mniej denerwowała, bo w końcu
      kto dobrowolnie pozwalałby na dręczenie podrażnionego, swędzącego ucha – albo
      zrozumiała moją wczorajszą przemowę o korzyściach płynących z czyszczenia i
      moje kajanie się.

      Jako przekonana zwolenniczka teorii o dostrajaniu przez koty umysłów opiekunów
      do własnych optowałabym za tym drugim rozwiązaniem wink



      • misia007 Re: Rany, jaki to jest mądry kot 03.11.05, 13:02
        Yoma wy już nadajecie na tych samych falach,tylko pytanie mi sie nasuwa, co
        mocniejsze nadajnik czy odbiornik, bo jesli ten pierwszy to zapomnij o spokojnej
        lekturze.
        • yoma Re: Rany, jaki to jest mądry kot 03.11.05, 13:13
          Nadajnik jest zawsze mocniejszy, ale jak widać z dziewczyną można się dogadać
          za pomocą racjonalnych argumentów, więc nie tracę nadziei smile

          Najwyżej bohater powisi, nic mu nie będzie, w końcu kryminał musi się dobrze
          skończyć smile
    • yoma Z ostatniej chwili 03.11.05, 13:01
      Idę kupić piłki tenisowe, nie można spóźniać się do pracy tylko z powodu, że
      wszystkie piłeczki trzeba przed wyjściem zlokalizować i powyciągać z
      zakamarków...

      Aha, i już wiem, co robić, żeby mnie Marcel za bardzo nie odchudziła. Jako
      obiekt zastępczy zamiast piłeczek świetnie się sprawdzają te plastikowe jajka,
      w których są niespodzianki w jajkach z niespodzianką smile
      • groha Re: Z ostatniej chwili 03.11.05, 13:29
        Yoma, włóż do jajeczka coś grzechoczącego! To powinno być na tyle intrygujące
        dla Marceli, że przez chwilę sama się nim zajmie i da Ci odsapnąćsmile Tylko
        wybierz coś mało drażniącego własne uszy i na wszelki wypadek - oklej jajeczko
        taśmą, żeby Marcel za szybko go nie rozbroiła. Sprawdzone, polecamsmile
        P.S. Hehe, a nie mówiłam, żeby brać kocią dziewczynkę? smile))
        • yoma Re: Z ostatniej chwili 03.11.05, 13:32
          Hehe mówiłaś, dzięki za radę smile
    • yoma Zagadka dnia 04.11.05, 17:40
      Gdzie, i jakim cudem, zdematerializowała się nabyta wczoraj duża szmaciana
      piłka? Wieczorem przeprowadzono testy i stwierdzono, że żadną miarą nie zmieści
      się pod żaden mebel, żeby nie wiem jak upychać.

      Zresztą wieczorem Marcelina nie wykazywała przesadnego nią zainteresowania.
      Właśnie mi przyszło do głowy: może ona jej nie polubiła i po prostu zniknęła
      ją? Zzaszło zjawisko tunelowania, piłka przeniosła się w inny wymiar?

      Marcela, masz ty te parazdolności... idę się bać...
    • yoma Sobota dla kota 08.11.05, 14:40
      Uszy zrobiły się lepsze, więc po co katować kota. Podjęłam samowolnie decyzję o
      czyszczeniu co drugi dzień i na sobotę padło. (Weekend – zrezygnowałam z
      wszelkich kin i innych wyjść, będę oswajać dalej Marcelę, wyskoczę tylko na
      dwie godziny po farby do remontu).

      Wyczyściłam, zakropiłam, pomasowałam, Marcela pomaszerowała za mną do kuchni,
      zjadła smakołyk, potem kazała się ze sobą bawić, a potem wystraszyła mnie
      śmiertelnie.
Inne wątki na temat:

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się


Nakarm Pajacyka