Dodaj do ulubionych

Nowe Źwirzę

    • yoma Marcela przyprawia mnie o zawał 08.11.05, 14:41
      Mam balkon, a na nim kwiatki. Ciepło jest, to jeszcze czasem podlewam. Poszłam
      podlewać, starannie zamykając za sobą drzwi. Uczenia Marceliny, co to jest
      balkon, tego dnia nie było w planach.

      I ostatni raz widziano Marcelinę, jak ciekawie patrzyła w moim kierunku, kiedy
      pierwszy raz wychodziłam. Potem kot przepadł.

      Na początku się nawet nie zaniepokoiłam. Marcelina rozrosła się przez ten
      tydzień i pod szafki już się nie mieści, ale nadal zachowuje absolutną zdolność
      kamuflażu i jeśłi nie chce być widziana, to nie będzie widziana. Ale zaczęło mi
      to trwać trochę za długo, a przypominam, że cały czas zachowywała się
      przymilnie i po przyjacielsku. Zniknął kot, nie ma kota.

      Obleciałam wszystkie kąty.
      Zajrzałam do szafek.
      Zajrzałam pod zlewozmywak.
      Zajrzałam do tapczanu (czort wie, kot ma zdolność teleportacji piłeczek, to
      może i do zamkniętego tapczanu się teleportował).

      Jak mawiał Sherlock Holmes, po wyeliminowaniu niemożliwego zostaje prawdziwe,
      choćby było nieprawdopodobne. Czyli nie ma wyjścia, mimo zamykania drzwi na
      balkon i “mania na nie oka” Marcela się jakoś prześliznęła i zwiała.

      Pod balkonem nie ma.
      Na sąsiednich balkonach nie ma.
      Znaczy, nie tylko wyskoczyła, ale i poszła w świat.

      Już łapałam płaszcz i miałam lecieć szukać (a ona nie reaguje na kici kici),
      kiedy czy coś mnie tknęło, czy złapałam jakieś poruszenie kątem oka, dość że
      Marcel się znalazła w najgłębszym kącie – pod kaloryferem, za biurkiem, za
      monitorem na postumencie i plątaniną kabli.

      Uff... Wyciągnęłam, przemówiłam, a ona czemuś urażona. No to wypróbowaną metodą
      zeszłam jej z oczu i poszłam po te farby.
    • yoma Marcelina się biesi 08.11.05, 14:42
      Wracam, Marcel śpi w klatce na papugi. Spała jak zabita caly dzień Boży, już
      się zaczęłam bać, czy nie chora. A kiedy się obudziła, była nie ta sama.

      Cofnęła się w rozwoju o cały ten tydzień. Różnica taka, że kiedy ją
      przywiozłam, wiała za zasłonę. Teraz za fotel. Gdy ją wydłubałam, piszczala.
      Gdy ją głaskałam, nie było mrukwy. O co chodzi?

      Zrobiłam rachunek sumienia i wyszło, że nic na nim nie mam. Żadnych gwałtownych
      ruchów w kierunku kota – ja się w ogóle ruszam dosyć energicznie, no ale przy
      niej się pilnuję i nie biegnę do niej z hukiem i łomotem jak Kamila! Żadnych
      krzyków, podniesionego głosu, nie mówiąc o innych aktach agresji. Nie
      przydepnęłam jej niechcący, nie przycięłam w drzwiach ogona. Nic. Więc chyba te
      uszy, ale z takim opóźnieniem i tak długo by pamiętała?

      Poszłam spać z ciężkim sercem, rano Marcela owszem przyszła, poinformowała, że
      jest głodna, zjadła i dalej swoje.

      A u mnie wystąpił dylemat.

      Z jednej strony – zostawić w spokoju, znudzi jej się albo zgłodnieje, to
      przyjdzie.
      Z drugiej strony – zostawię w spokoju, to będzie dziczeć coraz bardziej, nauczy
      się tylko przemykać do michy i kuwety.
      Z trzeciej strony – jak ją będę oswajać wbrew jej woli, to tym bardziej się
      zniechęci.
      Z czwartej strony – jak nie będę, to dostanie choroby sierocej.

      Tak źle i tak niedobrze, podchodziłam do niej i pogłaskiwałam, kiedy spała.
      Mruczałkę włączała przez sen, ale kiedy się rozbudziła, wiała. Przynajmniej
      dobrze, że nie chora. Może faktycznie jest w tej ciąży i ma fochy? Ale nie będę
      ukrywać, że mi było przykro. Durny kocie, gdzie zrobiłam błąd?

      Poszłam spać z ciężkim sercem...
    • yoma ...a nazajutrz do pracy 08.11.05, 14:43
      Mimo najlepszych chęci pół doby mnie nie było. Zawsze tak jest: kiedy się chce
      wcześniej wrócić, coś nagle wylezie. Nie mam szefa, któremu można by
      powiedzieć, że dom się wali i wychodzę, ani współpracowników, na których można
      by zwalić robotę. Robota sama wymusza, że ma być zrobiona. Jeszcze w ukochanym
      mieście stołecznym czekałam pół godziny na autobus, jeszcze kupiłam worek paszy
      dla Marceliny i zeszło.

      Otworzyłam drzwi i zobaczyłam tylko ogon na zakręcie. Marcelina za fotelem i
      jedynie te wielkie ślepia łyskają w ciemności (a już wychodziła do drzwi,
      słysząc domofon!). No to poszłam do kuchni połomotać trochę przy wyładowywaniu
      z worka paszy. Nic. (Obie michy wylizane do cna). A siedź, jakeś niegłodna...

      Ale przecież musi być głodna.
      Będzie chciała, to przyjdzie i powie.
      A jak nie przyjdzie? Nie dość, że nieufna, nie dość, że czemuś przestraszona,
      to jeszcze głodna ma chodzić?

      No to poszłam wyciągać kota z zakamarków. Ja z jednej strony, ona w drugą, ja
      górą, ona doliną, trochę się poganiałyśmy, w końcu udało mi się jej dotknąć.
      A jak dotknąć, to i wziąć na ręce.
      A jak na ręce, to włączyła mrukwę na pełne obroty.
      W ostatniej chwili powstrzymałam wielkie westchnienie ulgi, żeby jej nie
      przestraszyć...

      Ale do kuchni nie przyszła, musiałam ją przynieść. Przynajmniej nie uciekała,
      kiedy ją ostrożnie głaskałam, jak jadła. Zwiała dopiero, kiedy wyrzucałam
      śmieci, Bóg jeden wie dlaczego.
    • yoma Stan obecny (poniedziałek przed północą) 08.11.05, 14:45
      Piszę niniejsze, a Marcela kręci się dookoła albo się i nie kręci, kładzie się
      i przygląda. Dobry znak, że nie przestraszyła się włączania komputera, jest to
      maszyna wiekowa i rozgrzewa się niczym Odra 3 (były takie, wielkości dwóch
      pięter, potem polska myśl racjonalizatorska zmniejszyła je do jednego). Kiedy
      już się za bardzo przygląda, trzeba przerwać pisanie i porzucać jakimś kłębkiem
      albo myszą na sznurku.

      Czujnie rzucam, coraz bliżej siebie, żeby jej się nogi i inne członki dobrze
      kojarzyły. O, nawet podejść do siebie daje... Idzie ku dobremu. No masz kłębek,
      masz, a ja znowu trochę popiszę...

      Aua! Nowe skarpetki w ciężkim do kupienia kolorze! Śliczny kotek, dobry,
      kochany, mądry kotek, drap sobie skarpetki, drap, jeszcze ci dam drugą parę,
      chcesz?

      Motto na dziś: „Masz problem, bo jej za bardzo w d... włazisz, ot co!” (mój
      kumpel).
      • misia007 Re: Stan obecny (poniedziałek przed północą) 08.11.05, 16:02
        Kumpel chyba w sedno trafił,teraz ty sobie pokaprys a Marcelina niech docieka
        dlaczego. W końcu kto trzyma łapę na żarciu?
        • wiesia.and.company Re: Stan obecny (poniedziałek przed północą) 08.11.05, 16:59
          Hmmmm....całe moje życie z kotami. Tak to z niektórymi moimi domownikami też
          bywało. Oj, a Uran - pięciolatek w końcu, ten swoje metody wychowawcze dalej
          na mnie wypróbowywuje. Skutecznie. To taka sztuka uwodzenia i odpychania, przy
          czym to on jest stroną czynną. Ale potem po różnych gierkach następuje
          pogodzenie w łóżku. Bywa że obrażony brakiem zainteresowania, zupełnie ignoruje
          łóżko. A potem znienacka (kiedy już właśnie zasnę) skacze na łóżko i siada na
          poduszce po prawej stronie mojej głowy. Jeśli mnie nie obudzą intensywne,
          powłóczyste spojrzenia, to budzi mnie nachalna łapa klepiąca mnie w głowę. To
          jest rozkaz: ręka ma być wsunięta pod brzuch i ma masować, uciskać, łaskotać,
          poklepywać. Jeśli nie dopełnię obowiązku, bo udaję że śpię, albo w trakcie
          przysnę, to natychmiast następuje bolesne przypomnienie. Ale się staram i jestem
          trenowana przez wytrawnego znawcę ludzkiego charakteru. Wiadomo, leniwi ci
          ludzie są okropnie i kot musi ich pilnować. Prawdziwie to ludzie powinni
          pracować nad kotem, a nie tam gdzieś lecieć do bezproduktywnej roboty. Co kot z
          tego ma? Nieobecny opiekun kota musi po powrocie z pracy wysłuchać opowieści,
          jak kot się nudził, czego nie zrobił, zobaczyć co kot zrobił, dopieścić,
          nakarmić, dopieścić, posprzątać kuwetę, dopieścić, rozruszać kocie kości,
          dopieścić, wziąć na kolana, otworzyć drzwi balkonowe bo kot teraz tam chce,
          zamknąć drzwi balkonowe, bo kot wrócił zmarznięty, popieścić, otworzyć drzwi
          balkonowe, zamknąć, zrobić kanapkę, podzielić się wędlinką z kotem, usiąść nad
          kanapką, otworzyć drzwi balkonowe, wrócić do kanapki, ugryźć, zamknąć drzwi
          balkonowe, nerwowo dokończyć kanapkę, wziąć kota na kolana i wreszcie wygłaskać
          do upojenia.
          No dobra, wychodzę z pracy. Tyle też mojego paplania... a w domu czeka
          stęskniona siódemka. Aż ręce bolą, albo sumienie, że nie dość wygłaskałam.
          Hej!
          Yoma, coś jeszcze.... toż to całe moje życie z kotami mi się przewija przed
          oczami.
          Ja już teraz jestem lepiej wytresowana, ile jednak te moje biedne koty miały ze
          mną przejść...
          Do zobaczenia! Wiesia z siódemką.
          • yoma Re: Stan obecny (poniedziałek przed północą) 09.11.05, 11:16
            Wiesia! Cześć! Gdzieś była, jak cię nie było?
            • barba50 Wiesia wyjaśniała wczoraj... 09.11.05, 12:03
              dlaczego Jej nie ma
              forum.gazeta.pl/forum/72,2.html?f=10264&w=31461282
              Yoma zajrzysz do skrzynki gazetowej?
              Baśka z trójką
              • yoma Re: Wiesia wyjaśniała wczoraj... 09.11.05, 12:04
                Jasne smile
              • yoma Re: Wiesia wyjaśniała wczoraj... 09.11.05, 12:08
                Już. Teraz ty zajrzyj smile
    • yoma Tydzień z jajkiem, część 1 12.11.05, 18:28
      Poniedziałek jak wyżej. Piszę, a czasem rzucam myszami i daję się drapać po
      skarpetkach. Albo skarpetki solidne, albo kocica delikatna, bo wytrzymały. Choć
      bym jej nie żałowała.

      Wtorek. Groźbą nie można, prośbą zagłaszczę na śmierć (kumpel mógł mieć rację),
      spróbujmy igrzyskami. Udałam się zatem do wielkiego sklepu z zabawkami...
      Hm. Nie mam dzieci, ani własnych, ani w rodzinie, ani wśród znajomych i nie
      wiedziałam, jak bardzo technologia poszła naprzód w tej dziedzinie. Zabawki
      kreatywne, zabawki interaktywne, zabawki reaktywne, a zwykłych piłek nie ma.
      Piłka, proszę pani, pił-ka! P-I-Ł-K-A! Okrągłe, turla się, nie, nie do nogi,
      takie nie za duże...aha, nie ma. Aha. Obeszłam sklep i w dziale dla niemowląt
      kupiłam nakręcaną rybkę do kąpieli – skrzeczy i macha ogonem – i coś na kształt
      piłki, tylko żelowej, słabo się turla, ale za to kształt zmienia po ściśnięciu.

      W parafialnym sklepie, w którym jest tani żwirek, mieli także coś w rodzaju
      dużej szpulki na nici, okręconej kolorowym sznurkiem i grzechoczącej. Kupiłam
      też ze sześć jajek z niespodzianką i pomaszerowałam do domu.

      W domu jak w domu. Marcelina dała się wyjąć na michę, zjadła, zamruczała, rybkę
      obeszła łukiem, żelową piłką wzgardziła i dalej siedzi za fotelem. No to
      wlazłam do łóżka z kryminałem (bohater wisi nad otchłanią chyba już od
      tygodnia, wypadałoby trochę popchnąć akcję), zjadłam kolację (sześć jajek z
      niespodzianką.... mamusiu... śledzia, dajcie mi śledzia albo chociaż kiełbasy
      czosnkowej!) i zabrzęczałam szpulką.

      Nic.

      Zabrzęczałam.

      Ruch w drugim pokoju.

      Bohater jakimś cudem kopnął wroga we wredny pysk i zepchnął w otchłań zamiast
      samemu zlecieć.

      Za framugą pojawiło się dwoje wielkich uszu i jedno złote ślipie. Aha...

      Marcel po namyśle podeszła do łóżka i drapnęła na próbę. Zabrzęczałam ponownie.
      Wskoczyła na łóżko i pomacała szpulkę. Bez przekonania (potem się okazało, że w
      ogóle nie lubi brzęczących zabawek). No to rzuciłam w nią jajkiem bez
      niespodzianki.

      Kot ganiający po całym mieszkaniu jajko bez niespodzianki to jest jednak
      przepocieszny widok, zwłaszcza kiedy chodzi na grzbiecie. Pytanie brzmi, czym
      się różni jajko pod pojemnika po filmie fotograficznym? Jedno i drugie
      plastikowe, podobnej wielkości, ale czymś różnić się musi, bo Marcelina uznaje
      tylko jajka, a filmów nie.

      W każdym razie to było przełamanie lodów. Tego wieczora Marcelina wyszalała
      się, dała się pogłaskać, a kiedy zgasiłam światło, wlazla do łóżka i zaczęła
      mruczeć. Usnęłam w błogostanie.
    • yoma Tydzień pod znakiem jajka część 2 12.11.05, 18:30
      Środa. Marcela dała sobie zakroplić uszy i nie obraziła się, tylko przyszła do
      sypialni i zażądała jajka. Zmęczyła się, przyszła ponownie i zażądała
      głaskania. Mruczała z godzinę, w końcu zasnęła, ale rano jej w łóżku nie było.

      Czwartek. Jak wyżej z wyjątkiem zasypiania w łóżku. Pozwala podejść do siebie,
      za fotel nie ucieka, chyba że w zabawie. Nie wiem, na czym to polega, ale widać
      po kocie, kiedy kot ucieka w panice, a kiedy bawi się w berka. Rozpuści się jak
      dziadowski bicz, do czego to podobne, żeby kota do michy zanosić – bo i taki
      wymyśliłam element zabawy przez oswajanie.

      Niewykluczone, że przydało się i to, że bodaj we wtorek Marcel zsiusiała się
      zupełnie nie tam, gdzie trzeba. Czy odkrywała nieznane rejony i w ferworze nie
      zdążyła do kuwety, czy coś ją przestraszyło, dość że przez dobre pół godziny
      chodziłam po mieszkaniu węsząc jak pies gończy, zanim zlokalizowałam źródło.
      Marcelina doskonale wiedziała, że źle zrobiła. Ten wyraz zawstydzenia na kocim
      pyszczku jest nie do pomylenia z czymkolwiek innym, i przez kolejne pół godziny
      musiałam ją przekonywać, że się nie gniewam i nie spotkają kota żadne represje.
      Ale jak się przytuliła wtedy, uch!

      Teraz jest piątek i Marcycha zachowuje się jak oswojona (dopóki jej znów nie
      odbije). To rodzi nowe problemy: po pierwsze ciężko będzie pracować w domu, bo
      podskubuje pięty i chce, żeby się z nią bawić. Co prawda jest rzeczywiście
      porządnym kotem, bo nie łazi po klawiaturze, tylko tuż obok. Po drugie...

      Według podstawowych praw arytmetyki powierzchnia mieszkania powinna w tej
      chwili mniej więcej odpowiadać sumie powierzchni rzutu poziomego jaj bez
      niespodzianki, inaczej mówiąc, podłoga powinna być nimi usłana. Tymczasem nie
      ma. Nie ma pod szafkami ani w podzasłonowej Marcelinowej skrytce, którą
      odkryłam parę dni temu.

      Z tego wniosek, że ona te jajka dematerializuje albo teleportuje. Na jedno
      wychodzi, w naszej przestrzeni ich nie ma, czyli trzeba dostarczać nowe.
      Wygląda na to, że zimę przeżyję na jajkach z niespodzianką, co jest o tyle
      dobre, że osteoporozy nie dostanę.

      Zaraz, a jeśli ona przesuwa je w CZASOprzestrzeni? Co będzie, jeśli któregoś
      dnia obudzę się i nie będę w stanie wstać spod stosu przytłaczających mnie
      małych, elipsoidalnych, jaskrawozielonych przedmiotów?.
      • misia007 Re: Tydzień pod znakiem jajka część 2 12.11.05, 18:52
        Mozesz spać spokojnie, to co znika nie wraca nigdy.U mnie w ciągu kilku lat
        zdematerializowała sie cała ARMIA MYSZY i pomimo generalnych porządków,kolejnych
        remontów nie trafiliśmy na żaden ślad po zaginionych.
        • yoma Re: Tydzień pod znakiem jajka część 2 12.11.05, 18:57
          hihi

          a potem archeologowie się dziwią, co robią mysie szkielety w warstwach górnego
          prekambru wink
      • gatta_gatta Re: Tydzień pod znakiem jajka część 2 13.11.05, 02:01
        cudne smile))))))))))))))))))))

        PS przy przeprowadzce, kiedy silni panowie podniesli kanape, naszym i ich
        oczom ukazalo sie kilkadziesiat (!) papierowych kulek. nawet nie probowlam sie
        tlumaczyc, widzac ogromne znaki zapytania w ich oczach ...
    • yoma Marcelina w kanalizacji 16.11.05, 12:11
      Niedziela była feralna i stresująca.

      Marcela, jako porządny kot, śpi w dzień i rozrabia w nocy. Nie powiem, żeby mi
      to nie odpowiadało, skoro mnie potrafi całymi dniami nie być. Dżentelmeńska
      umowa brzmi: kot pozwala człowiekowi spać w nocy, ale człowiek kotu za dnia.

      Rano przyszła sąsiadka pożyczyć żarówkę, jakby nie mogła iść do sklepu. Niech
      tam, ja jej nie żałuję. Tylko ja szukałam żarówki w kuchni, a baba wlazła do
      pokoju i oczywiście cmok cmok do Bogu ducha winnej Marcel śpiącej na skrzyni.
      Marcel się zdenerwowała i miała prawo: każdy by się zdenerwował, jakby zasnął w
      znajomym miejscu i nagle obcy go obudzili.

      No więc była już trochę zestresowana i spała czujnie na jedno ślipie, kiedy
      zepsuł się kibel.

      Naprawa kibla wymaga odcięcia wody. U mnie zawory są bardzo głęboko pod
      umywalką, tak to mądrze fachowcy wymyślili, kiedy montowali wodomierze. Należy
      zdemontować całą szafkę pod umywalką (!), wsadzić rękę na oślep w dziurę,
      złapać zawór, zaprzeć się nogami o wannę i ciągnąć, klnąc jak sierżant.

      Dzieła dokonałam i poszłam do pokoju po żabkę, zwaną także francuzem. Dziura
      została, bo mi do głowy nie przyszło... Tymczasem Marcel, czy to mnie się
      przestraszyła, czy stuknęła szuflada z narzędziami, dość że porwała się i jak
      po sznurku poleciała nie za swoją zasłonkę bezpieczeństwa, tylko przez pokój i
      przez kocią dziurę w drzwiach łazienki prosto między rury.

      W tym ułamku sekundy zdążyłam sobie wyobrazić, jak wspina się po rurach na
      dziesiąte piętro, jak wzywam nie wiem kogo, straż pożarną chyba, jak rozkuwany
      jest cały pion kanalizacyjny dla odszukania kota... tym plastyczniej, że kot
      mojej psiapsióły któregoś dnia zniknął i jedyną możliwością jest, że wlazł w
      niezasłonięty łazienkowy wywietrznik i pooooo-szedł! Rzuciłam się do dziury,
      wraziłam rękę, nic nie ma, głębiej, poczułam pod palcami coś miękkiego i
      wyciągnęłam wrzeszczącą wniebogłosy, ale wyciągnęłam.

      Potem trzeba było oczywiście utulić, ugłaskać, pocieszyć, bo pewnie ją i
      zabolało przy tym wyciąganiu, ale grunt, że ją wydobyłam. I po tym pierwszym
      szoku nawet nie była obrażona, przyszła się przytulić i pomruczeć, więc dobrze
      jest. Tylko mnie coraz bardziej spada oczekiwana długość życia...
    • yoma Marcelina morderczyni 16.11.05, 12:12
      Wytworzył się rytuał – w końcu chcę kiedyś doczytać ten kryminał – że leżę
      sobie i czytam, tylko mam pod ręką dużo jajek po niespodziance. Marcela pojawia
      się z prędkością światła, podrzucam jajko, ona przelatuje przez tapczan
      pociągając jajko za sobą, prowadzi piłkę przez całe boisko, zwód, zwód i
      goooool! Wtedy trzeba iść wyciągać jajko z bramki albo podrzucić następne i
      cały proceder zaczyna się od nowa.

      Niedawno dałam jej chrząstki od boczku. Wet Której Święcie Ufam mówi, że można
      dawać kotu wieprzowinę, byle pochodziła z dala od układu nerwowego. Dalej od
      układu jest już tylko słonina i skóra, więc OK. Poza tym chciałabym, żeby kota
      zjadła czasem coś twardego, bo suchego nie uznaje i zaraz będzie miała kamień
      na zębach. Marcela pożarła dwie chrząstki, bardzo jej smakowało, a trzecią...

      Patrzę, Marcela jest na tapczanie i dziwnie się zachowuje. Prasnąć łapą,
      poprawić drugą, podrzucić, wypuścić, przewrócić się na grzbiet, podrzucić,
      pociamkać, poprawić łapą... Po prostu mordowała chrząstkę od boczku, trwało to
      z godzinę i znowu nie doczytałam kryminału, bo to był cały spektakl. Nie
      zrzucałam jej z tapczanu, narzutę łatwo uprać, a jak zabije tę chrząstkę w
      jakimś zakamarku, to będzie śmierdzieć przez pół roku.

      W końcu ją zabiła i zjadła, ale trzeba było słyszeć te pretensje! Mordowała i
      tłumaczyła, że porządny łup nie jest taki spokojny, porządny łup ucieka...

      Nazajutrz jadłam suchą kiełbasę i Marcela przyszła po swój udział. No to
      dostała. Pomordowała, pomordowała i zjadła.

      Dzisiaj próbowałam ją w ten sposób nauczyć jeść suche. Nawet próbowała je
      upolować, ale coś nie wychodziło. Chyba suche jest po prostu za małe, w
      najbliższej przyszłości spróbuję kupić suche w większych kawałkach.

      No i w weekend mam w planach imprezę pt. sprzątanie, nie jestem pedantką, ale
      brudno się robi, a Marcela do tej pory bała się nawet zamiatania szczotką. Z
      odkurzaczem spodziewam się cyrku. Przedstawienie opiszę smile
    • yoma Najnowsza zabawa 16.11.05, 12:13
      W kącie pokoju stoi zrolowany chodnik. Z zasady nie uznaję dywanów, ten zostal
      położony, kiedy Zipper zachorował, żeby niepełnosprawnemu kotu było chodzić
      łatwiej niż po śliskiej podłodze. Zwinęłam chodnik, kiedy szykowałam mieszkanie
      na przyjęcie Marceliny, bo nie wiedziałam, jak długo będzie się uczyć kuwety. I
      tak sobie stoi, chodnik, nie Marcelina.

      Siedzę przy biurku, a zza pleców dobiegają dziwne odgłosy. No tak... Marcelina
      odkryła nową zabawę. Należy rozpędzić się od środka pokoju, wskoczyć z miaukiem
      na chodnik, wbić wszystkie cztery łapy i zjechać do dołu. Następnie operację
      powtórzyć. Słowo daję, wygląda to jak na kreskówkach z Tomem i Jerrym, niemal
      widać ten ślad po czterech zjeżdżających łapach. Ciekawe, jak długo ten chodnik
      wytrzyma.

      A meble tapicerowane inteligentny kot drapie tylko wtedy, kiedy chce zwrócić na
      siebie uwagę smile (I podgryza pięty, gdy piszę).
      • gatta_gatta Re: Najnowsza zabawa 16.11.05, 15:59
        przepyszne, swietnie sie czytasmile

        pozdrawiam i przekazuje
        przyjazne pomruki od Spryciarza dla Marceliny
        • misia007 Re: Najnowsza zabawa 16.11.05, 22:29
          No Yoma zaimponowałas mi,żes z hydraulika za pan brat,bo u mnie niska kultura
          techniczna wiec takie umiejetnosci podziw we mnie budza i szacunek.Po drugie
          Marcelina maly instynkt samozachowawczy posiada, ze sie sasiadce zaskoczyć
          dała,bo mój Koksik słysząc dzwonek od razu nie sprawdzajac kto wieje do
          pojemnika na pościel.To znaczy wial, bo od dzis w tym pokoju koczuje Histeria
          wiec melina sie
          kotu spaliła.
          • yoma Re: Najnowsza zabawa 17.11.05, 09:42
            Za pan brat jak za pan brat, ale pływak w rezerwuarze wymienić umiem smile A w
            Marcelinie staram się rozwijać poczucie bezpieczeństwa, że może sobie zasnąć i
            nic się nie stanie, i już mi się to udawało,i wlazła baba i zepsuła mi całą
            robotę... wrrrr.
    • yoma Marcela antycypuje 20.11.05, 20:33
      Łazienka u mnie, jak się patrzy od drzwi, wygląda tak: na lewo kuweta – pralka –
      wanna, za na ogół odsuniętą zasłonką, i to już koniec łazienki. Nad kuwetą,
      wklinowana między pralkę a ścianę, jest kwadratowa miska o zastosowaniach
      różnych.

      Udało mi się przyjść do domu wcześnie jak na mnie, 17 chyba nie było. Marcela
      śpi zazwyczaj aż do “Wiadomości”. Weszłam więc na paluszkach, żeby nie budzić
      kota, zdjęłam płaszcz, zmieniłam buty, zaniosłam zakupy do kuchni, przebrałam
      się, bo byłam w spódnicy, a Zipper mnie nauczył, że kot i rajstopy to nie jest
      najszczęśliwsze połączenie, i dopiero poszłam do łazienki.

      I mało zawału nie dostałam, kiedy coś mi się porwało z miski i przeleciało –
      zobaczyłam tylko rozmazaną smugę na ścianie.

      Smyknęło to za wanienną zasłonkę. Patrzę – Marcelina. Skulona, zjeżona, co ci
      się stało, kocurka, kto cię przestraszył? Szkód jakichś narobiłaś czy sąsiad
      wiercił? Mam sąsiada, którego łazienka graniczy z moją i którego hobby jest jej
      upiększanie. Moim zdaniem kładzie kafelki na wkręty, 1 kafelek, 4 dziury.
      Najpierw powiesił prosto, a potem zmienił zdanie i zaczął wieszać pod kątem, od
      nowa: 1 kafelek, 4 dziury. Nawet pytałam stryja budowlańca, ile dziur można
      zrobić w ścianie nośnej bez ryzyka zawalenia całego bloku, ale uspokoił mnie,
      że sporo. Inna rzecz, że sąsiada już dawno nie slyszałam w akcji, ale zawsze
      mógł znowu zacząć. Kota uspokoiłam, zrobiłam obchód posiadłości – nie, nic się
      nie zawaliło, ani ściana nośna, ani Marcelina nic nie zrzuciła.
    • yoma Marcela robi remont 20.11.05, 20:35
      Następnego dnia się budzę, idę półprzytomna do drugiego pokoju po Marcelinowe
      piłeczki – bo Marcela, widząc, że człowiek nie śpi, pożąda zabawy, więc jeszcze
      leżąc rzucam w nią jajkami po niespodziance – patrzę i coś mi dziwnie.

      Przyglądam się – karnisz urwany. Z całym mięsem, z kołkami, ze wszystkim.
      Trzyma się toto na jednym wkręcie, drugi koniec malowniczo zwisa, czary?

      A jak inteligentnie zrzucone – ani huku nie narobiło, nic w nocy nie słyszałam,
      ani nie wyrwało kabli z komputera, zrzuciło owszem kwiatek z parapetu, ale też
      sprytnie. Kwiatek zleciał lotem pionowym i wylądował doniczką do dołu w koszu
      na śmieci. Kwiatek jest marki kalanchoe, więc dosyć kruchy, tymczasem nic mu
      się nie stało – stracił ze dwa liście, a i to przywiędłe.

      Oczywiście Marcelina pierwsza podejrzana, ale czy drobny 2,5-kilogramowy kot
      mógłby urwać cały karnisz? Żadnego zmieszania po kocie nie widać, wstydu,
      przestrachu, chowania się po kątach, cała wesolutka.

      Wyszło mi więc na to, że jeśli to ona, to cały przestrach odpracowała już
      wczoraj. Dlatego chowała się w misce. Czy wymyśliła, że urwie karnisz, a bać
      się będzie wcześniej, żeby się nie stresować w momencie urywania, czy się
      czegoś przestraszyła i urwała karnisz, żeby jej się strach nie marnował, czy po
      prostu żyje do tyłu – nie wiem. A jeśli to ostatnie, to już wiem, skąd to
      wcześniejsze obrażanie się trzydniowe i uciekanie przede mną – dała mi do
      zrozumienia, co o mnie myśli, za wszystkie PRZYSZŁE czyszczenia uszu. Bo
      ostatnio przy uszach zachowuje się jak aniołek (o ile aniołkom trzeba czyścić
      uszy).

      Poza tym wina jest nie Marceliny, tylko moja. Ciągle zapominam, że przy kotach
      nie wolno nic mówić na głos, bo wszystko rozumieją. Było gadanie, że trzeba
      zrobić remont? Było. No to Marcelina postanowiła się przydać, ot co.
    • yoma Straszny Potwór 20.11.05, 20:37
      Kolejny stresujący dzień. Najpierw przyszedł jakiś obcy i chciał porozmawiać z
      kotem. No dobrze, Koci Człowiek wziął kota na ręce i przekonywał, że wujka nie
      trzeba się bać, ale to wiadomo? Na szczęście obcy był porządny obcy i się nie
      narzucał, ale zaraz potem przestał być porządny. Razem z Kocim Człowiekiem
      zaczęłi robić rewolucję. Odsunęli klatkę na papugi, odsunęli biurko, przynieśli
      jakieś wielkie stalowe przedmioty, przecież porządny kot nie może spać w takich
      warunkach. Poza tym nie po to odsłoniłam sobie piękny widok przez okno, żeby mi
      się teraz kręcili koło okna.

      W ogóle jest nie do przyjęcia, żeby ludzie się kręcili po domu za dnia, kiedy
      kot śpi. Przeniosłam się co prawda z godnością do sypialni, ale i tak nie
      spałam. Nie można spać, kiedy są obcy w domu. Wujek, nie wujek, a czujność
      czujnością.

      Faktycznie nie spała. Nieprzytomna była, oczy jej się same zamykały, ale
      czuwała twardo i zasnęła dopiero wtedy, kiedy już powiesiliśmy ten karnisz i
      zasłony i przestaliśmy łazić pod oknem oraz usiedliśmy przy zasłużonym napoju.
      A potem znów jej zrobiłam numer, bo wzięłam się za sprzątanie. Odkurzaczem.
      Zaczęłam od tego pokoju, w którym jej nie było i zniosła to całkiem dobrze.
      Dopiero kiedy przeniosłam się do przedpokoju, czyli bliżej, zareagowała i
      zwiała no gdzie? Do łazienki. Stała za zasłonką na krawędzi wanny, łapy jej się
      rozjeżdżały, i miauczała cicho i rozpaczliwie.

      Wzięłam kota, utuliłam, a ona mi się skarżyła boleśnie, że w domu pojawił się
      Straszny Potwór. Tłumaczyłam, że potwór nie jada kotów, że mam nad nim pełną
      kontrolę, że mogę go w każdej chwili zabić i serce mi śpiewało, bo Marcelina
      jakoś bardzo szybko włączyła mruczałkę i przytuliła się. Wszystko się
      powtórzyło po sprzątnięciu drugiego pokoju (Marcela tym tazem pod kaloryferem).
      Jeszcze dziesięć dni temu uciekałaby przede mną spod tego kaloryfera, nie
      pozwalała się złapać, płakała przy złapaniu – wygląda na to, że mi zaufała.

      Zabiłam potwora i schowałam do pudła, a Marcela zasnęła martwym bykiem w klatce
      na papugi. Jest wpół do dziesiątej wieczorem. O tej porze powinna szaleć. Miała
      ciężki dzień.
    • yoma Jest szansa, że da się wyspać 20.11.05, 20:39
      Nadal nie budzi. Uczciwie muszę przyznać, że nie budzi, tylko jest znacznie
      bardziej oswojona. A to oznacza, że zamiast bawić się grzecznie w drugim pokoju
      urządza sobie biegi przelotowe na trasie od okna do okna, czyli przez całe
      mieszkanie, czyli meta jest w okolicach łóżka. A że biegi odbywają się z czymś,
      co trzeba ulokować w bramce – cóż, muszę wieczorem pamiętać, żeby schować
      wszystko grzechoczące.

      Nie macie pojęcia, jak stuka o podłogę puste jajko po niespodziance. Codziennie
      mi się wydaje, że pochowałam wszystkie, i co noc Marcelina oddematerializuje
      któreś z zaginionych. Na ogół zdarza się to mniej więcej o porze, kiedy i tak
      trzeba wstać do pracy. Biada, jeśli danego dnia można pospać dłużej.

      Ale zawsze można zamknąć drzwi od sypialni i spać dalej, a ten porządny kot się
      wcale pod nimi nie awanturuje.

      W sumie mnie te biegi przełajowe cieszą, bo to znaczy, że ma zaufanie i nie boi
      się zbliżyć do śpiącego człowieka. A kilka dni temu sama wlazła do łóżka – co
      nie jest już takie dziwne, ale na ogół robi to, żeby się z nią bawić albo spać.
      Tamtym razem wpełzła pod łokieć i kazała się głaskać. Mruczałkę było słychać
      chyba na klatce schodowej.

      Nie mam dużych wymagań wobec kota. Tylko jeśli kot ucieka na mój widok, robi mi
      się przykro. A kot każący się głaskać to więcej, niż się można spodziewać.

      I na rajstopach oszczędzę tej zimy, chyba że się jednak przekona do włażenia na
      kolana smile

      A jeszcze będzie wesoło, bo zima już przyszła. A przyjście zimy poznaje się po
      tym, że Koci Człowiek zaczyna dziergać swetry. Oj, będzie się działo.
    • yoma Zaczęłam dziergać sweter 20.11.05, 20:40
      Zaczęłam dziergać ten sweter. Ku niekwestionowanej uciesze Marceli, bo nie
      można bezkarnie operować kłębkiem w pobliżu kota. Poza tym Marcela lubi się
      rozkładać na czymś, co jest rozłożone. Dopóki się rozkłada na poprzednim
      swetrze wyjętym na wzór, wszystko jest OK, gorzej, kiedy się zaczyna nim bawić.

      I trzeba przyznać, że po raptem kilku stanowczych “psik” “Marcela czep się
      płotu” i “tu masz swój kłębek, odczep się” Marcelina pojęła, zaplątała się
      dokładnie w koci kłębek (niebieskie boucle, nie dość, że miękkie i się turla,
      to jeszcze zgrabnie wiąże się na nim węzły i robi kokony), wyplątała się i
      ułożyła koło mnie śledząc poruszenia włóczki. Przyjęła rolę asystentki. Zresztą
      chyba jej się ta rola podoba – kiedy przeniosłam się od włóczki do komputera,
      pobiegła za mną i ułożyła się w klatce na papugi. Teraz się myje.

      Pozostaje jeszcze tylko pytanie, gdzie zbunkrować robótkę, żeby kotu co nie
      strzeliło do głowy. Robótka na wierzchu to jednak może być za wiele jak na siły
      kota, choćby był najporządniejszy. Chyba kupię jakąś skrzynkę zamykaną na
      kluczyk.
      • gatta_gatta Re: Zaczęłam dziergać sweter 20.11.05, 22:16
        smile)))))))
Inne wątki na temat:

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się


Nakarm Pajacyka