yoma Marcela przyprawia mnie o zawał 08.11.05, 14:41 Mam balkon, a na nim kwiatki. Ciepło jest, to jeszcze czasem podlewam. Poszłam podlewać, starannie zamykając za sobą drzwi. Uczenia Marceliny, co to jest balkon, tego dnia nie było w planach. I ostatni raz widziano Marcelinę, jak ciekawie patrzyła w moim kierunku, kiedy pierwszy raz wychodziłam. Potem kot przepadł. Na początku się nawet nie zaniepokoiłam. Marcelina rozrosła się przez ten tydzień i pod szafki już się nie mieści, ale nadal zachowuje absolutną zdolność kamuflażu i jeśłi nie chce być widziana, to nie będzie widziana. Ale zaczęło mi to trwać trochę za długo, a przypominam, że cały czas zachowywała się przymilnie i po przyjacielsku. Zniknął kot, nie ma kota. Obleciałam wszystkie kąty. Zajrzałam do szafek. Zajrzałam pod zlewozmywak. Zajrzałam do tapczanu (czort wie, kot ma zdolność teleportacji piłeczek, to może i do zamkniętego tapczanu się teleportował). Jak mawiał Sherlock Holmes, po wyeliminowaniu niemożliwego zostaje prawdziwe, choćby było nieprawdopodobne. Czyli nie ma wyjścia, mimo zamykania drzwi na balkon i “mania na nie oka” Marcela się jakoś prześliznęła i zwiała. Pod balkonem nie ma. Na sąsiednich balkonach nie ma. Znaczy, nie tylko wyskoczyła, ale i poszła w świat. Już łapałam płaszcz i miałam lecieć szukać (a ona nie reaguje na kici kici), kiedy czy coś mnie tknęło, czy złapałam jakieś poruszenie kątem oka, dość że Marcel się znalazła w najgłębszym kącie – pod kaloryferem, za biurkiem, za monitorem na postumencie i plątaniną kabli. Uff... Wyciągnęłam, przemówiłam, a ona czemuś urażona. No to wypróbowaną metodą zeszłam jej z oczu i poszłam po te farby. Odpowiedz Link
yoma Marcelina się biesi 08.11.05, 14:42 Wracam, Marcel śpi w klatce na papugi. Spała jak zabita caly dzień Boży, już się zaczęłam bać, czy nie chora. A kiedy się obudziła, była nie ta sama. Cofnęła się w rozwoju o cały ten tydzień. Różnica taka, że kiedy ją przywiozłam, wiała za zasłonę. Teraz za fotel. Gdy ją wydłubałam, piszczala. Gdy ją głaskałam, nie było mrukwy. O co chodzi? Zrobiłam rachunek sumienia i wyszło, że nic na nim nie mam. Żadnych gwałtownych ruchów w kierunku kota – ja się w ogóle ruszam dosyć energicznie, no ale przy niej się pilnuję i nie biegnę do niej z hukiem i łomotem jak Kamila! Żadnych krzyków, podniesionego głosu, nie mówiąc o innych aktach agresji. Nie przydepnęłam jej niechcący, nie przycięłam w drzwiach ogona. Nic. Więc chyba te uszy, ale z takim opóźnieniem i tak długo by pamiętała? Poszłam spać z ciężkim sercem, rano Marcela owszem przyszła, poinformowała, że jest głodna, zjadła i dalej swoje. A u mnie wystąpił dylemat. Z jednej strony – zostawić w spokoju, znudzi jej się albo zgłodnieje, to przyjdzie. Z drugiej strony – zostawię w spokoju, to będzie dziczeć coraz bardziej, nauczy się tylko przemykać do michy i kuwety. Z trzeciej strony – jak ją będę oswajać wbrew jej woli, to tym bardziej się zniechęci. Z czwartej strony – jak nie będę, to dostanie choroby sierocej. Tak źle i tak niedobrze, podchodziłam do niej i pogłaskiwałam, kiedy spała. Mruczałkę włączała przez sen, ale kiedy się rozbudziła, wiała. Przynajmniej dobrze, że nie chora. Może faktycznie jest w tej ciąży i ma fochy? Ale nie będę ukrywać, że mi było przykro. Durny kocie, gdzie zrobiłam błąd? Poszłam spać z ciężkim sercem... Odpowiedz Link
yoma ...a nazajutrz do pracy 08.11.05, 14:43 Mimo najlepszych chęci pół doby mnie nie było. Zawsze tak jest: kiedy się chce wcześniej wrócić, coś nagle wylezie. Nie mam szefa, któremu można by powiedzieć, że dom się wali i wychodzę, ani współpracowników, na których można by zwalić robotę. Robota sama wymusza, że ma być zrobiona. Jeszcze w ukochanym mieście stołecznym czekałam pół godziny na autobus, jeszcze kupiłam worek paszy dla Marceliny i zeszło. Otworzyłam drzwi i zobaczyłam tylko ogon na zakręcie. Marcelina za fotelem i jedynie te wielkie ślepia łyskają w ciemności (a już wychodziła do drzwi, słysząc domofon!). No to poszłam do kuchni połomotać trochę przy wyładowywaniu z worka paszy. Nic. (Obie michy wylizane do cna). A siedź, jakeś niegłodna... Ale przecież musi być głodna. Będzie chciała, to przyjdzie i powie. A jak nie przyjdzie? Nie dość, że nieufna, nie dość, że czemuś przestraszona, to jeszcze głodna ma chodzić? No to poszłam wyciągać kota z zakamarków. Ja z jednej strony, ona w drugą, ja górą, ona doliną, trochę się poganiałyśmy, w końcu udało mi się jej dotknąć. A jak dotknąć, to i wziąć na ręce. A jak na ręce, to włączyła mrukwę na pełne obroty. W ostatniej chwili powstrzymałam wielkie westchnienie ulgi, żeby jej nie przestraszyć... Ale do kuchni nie przyszła, musiałam ją przynieść. Przynajmniej nie uciekała, kiedy ją ostrożnie głaskałam, jak jadła. Zwiała dopiero, kiedy wyrzucałam śmieci, Bóg jeden wie dlaczego. Odpowiedz Link
yoma Stan obecny (poniedziałek przed północą) 08.11.05, 14:45 Piszę niniejsze, a Marcela kręci się dookoła albo się i nie kręci, kładzie się i przygląda. Dobry znak, że nie przestraszyła się włączania komputera, jest to maszyna wiekowa i rozgrzewa się niczym Odra 3 (były takie, wielkości dwóch pięter, potem polska myśl racjonalizatorska zmniejszyła je do jednego). Kiedy już się za bardzo przygląda, trzeba przerwać pisanie i porzucać jakimś kłębkiem albo myszą na sznurku. Czujnie rzucam, coraz bliżej siebie, żeby jej się nogi i inne członki dobrze kojarzyły. O, nawet podejść do siebie daje... Idzie ku dobremu. No masz kłębek, masz, a ja znowu trochę popiszę... Aua! Nowe skarpetki w ciężkim do kupienia kolorze! Śliczny kotek, dobry, kochany, mądry kotek, drap sobie skarpetki, drap, jeszcze ci dam drugą parę, chcesz? Motto na dziś: „Masz problem, bo jej za bardzo w d... włazisz, ot co!” (mój kumpel). Odpowiedz Link
misia007 Re: Stan obecny (poniedziałek przed północą) 08.11.05, 16:02 Kumpel chyba w sedno trafił,teraz ty sobie pokaprys a Marcelina niech docieka dlaczego. W końcu kto trzyma łapę na żarciu? Odpowiedz Link
wiesia.and.company Re: Stan obecny (poniedziałek przed północą) 08.11.05, 16:59 Hmmmm....całe moje życie z kotami. Tak to z niektórymi moimi domownikami też bywało. Oj, a Uran - pięciolatek w końcu, ten swoje metody wychowawcze dalej na mnie wypróbowywuje. Skutecznie. To taka sztuka uwodzenia i odpychania, przy czym to on jest stroną czynną. Ale potem po różnych gierkach następuje pogodzenie w łóżku. Bywa że obrażony brakiem zainteresowania, zupełnie ignoruje łóżko. A potem znienacka (kiedy już właśnie zasnę) skacze na łóżko i siada na poduszce po prawej stronie mojej głowy. Jeśli mnie nie obudzą intensywne, powłóczyste spojrzenia, to budzi mnie nachalna łapa klepiąca mnie w głowę. To jest rozkaz: ręka ma być wsunięta pod brzuch i ma masować, uciskać, łaskotać, poklepywać. Jeśli nie dopełnię obowiązku, bo udaję że śpię, albo w trakcie przysnę, to natychmiast następuje bolesne przypomnienie. Ale się staram i jestem trenowana przez wytrawnego znawcę ludzkiego charakteru. Wiadomo, leniwi ci ludzie są okropnie i kot musi ich pilnować. Prawdziwie to ludzie powinni pracować nad kotem, a nie tam gdzieś lecieć do bezproduktywnej roboty. Co kot z tego ma? Nieobecny opiekun kota musi po powrocie z pracy wysłuchać opowieści, jak kot się nudził, czego nie zrobił, zobaczyć co kot zrobił, dopieścić, nakarmić, dopieścić, posprzątać kuwetę, dopieścić, rozruszać kocie kości, dopieścić, wziąć na kolana, otworzyć drzwi balkonowe bo kot teraz tam chce, zamknąć drzwi balkonowe, bo kot wrócił zmarznięty, popieścić, otworzyć drzwi balkonowe, zamknąć, zrobić kanapkę, podzielić się wędlinką z kotem, usiąść nad kanapką, otworzyć drzwi balkonowe, wrócić do kanapki, ugryźć, zamknąć drzwi balkonowe, nerwowo dokończyć kanapkę, wziąć kota na kolana i wreszcie wygłaskać do upojenia. No dobra, wychodzę z pracy. Tyle też mojego paplania... a w domu czeka stęskniona siódemka. Aż ręce bolą, albo sumienie, że nie dość wygłaskałam. Hej! Yoma, coś jeszcze.... toż to całe moje życie z kotami mi się przewija przed oczami. Ja już teraz jestem lepiej wytresowana, ile jednak te moje biedne koty miały ze mną przejść... Do zobaczenia! Wiesia z siódemką. Odpowiedz Link
yoma Re: Stan obecny (poniedziałek przed północą) 09.11.05, 11:16 Wiesia! Cześć! Gdzieś była, jak cię nie było? Odpowiedz Link
barba50 Wiesia wyjaśniała wczoraj... 09.11.05, 12:03 dlaczego Jej nie ma forum.gazeta.pl/forum/72,2.html?f=10264&w=31461282 Yoma zajrzysz do skrzynki gazetowej? Baśka z trójką Odpowiedz Link
yoma Tydzień z jajkiem, część 1 12.11.05, 18:28 Poniedziałek jak wyżej. Piszę, a czasem rzucam myszami i daję się drapać po skarpetkach. Albo skarpetki solidne, albo kocica delikatna, bo wytrzymały. Choć bym jej nie żałowała. Wtorek. Groźbą nie można, prośbą zagłaszczę na śmierć (kumpel mógł mieć rację), spróbujmy igrzyskami. Udałam się zatem do wielkiego sklepu z zabawkami... Hm. Nie mam dzieci, ani własnych, ani w rodzinie, ani wśród znajomych i nie wiedziałam, jak bardzo technologia poszła naprzód w tej dziedzinie. Zabawki kreatywne, zabawki interaktywne, zabawki reaktywne, a zwykłych piłek nie ma. Piłka, proszę pani, pił-ka! P-I-Ł-K-A! Okrągłe, turla się, nie, nie do nogi, takie nie za duże...aha, nie ma. Aha. Obeszłam sklep i w dziale dla niemowląt kupiłam nakręcaną rybkę do kąpieli – skrzeczy i macha ogonem – i coś na kształt piłki, tylko żelowej, słabo się turla, ale za to kształt zmienia po ściśnięciu. W parafialnym sklepie, w którym jest tani żwirek, mieli także coś w rodzaju dużej szpulki na nici, okręconej kolorowym sznurkiem i grzechoczącej. Kupiłam też ze sześć jajek z niespodzianką i pomaszerowałam do domu. W domu jak w domu. Marcelina dała się wyjąć na michę, zjadła, zamruczała, rybkę obeszła łukiem, żelową piłką wzgardziła i dalej siedzi za fotelem. No to wlazłam do łóżka z kryminałem (bohater wisi nad otchłanią chyba już od tygodnia, wypadałoby trochę popchnąć akcję), zjadłam kolację (sześć jajek z niespodzianką.... mamusiu... śledzia, dajcie mi śledzia albo chociaż kiełbasy czosnkowej!) i zabrzęczałam szpulką. Nic. Zabrzęczałam. Ruch w drugim pokoju. Bohater jakimś cudem kopnął wroga we wredny pysk i zepchnął w otchłań zamiast samemu zlecieć. Za framugą pojawiło się dwoje wielkich uszu i jedno złote ślipie. Aha... Marcel po namyśle podeszła do łóżka i drapnęła na próbę. Zabrzęczałam ponownie. Wskoczyła na łóżko i pomacała szpulkę. Bez przekonania (potem się okazało, że w ogóle nie lubi brzęczących zabawek). No to rzuciłam w nią jajkiem bez niespodzianki. Kot ganiający po całym mieszkaniu jajko bez niespodzianki to jest jednak przepocieszny widok, zwłaszcza kiedy chodzi na grzbiecie. Pytanie brzmi, czym się różni jajko pod pojemnika po filmie fotograficznym? Jedno i drugie plastikowe, podobnej wielkości, ale czymś różnić się musi, bo Marcelina uznaje tylko jajka, a filmów nie. W każdym razie to było przełamanie lodów. Tego wieczora Marcelina wyszalała się, dała się pogłaskać, a kiedy zgasiłam światło, wlazla do łóżka i zaczęła mruczeć. Usnęłam w błogostanie. Odpowiedz Link
yoma Tydzień pod znakiem jajka część 2 12.11.05, 18:30 Środa. Marcela dała sobie zakroplić uszy i nie obraziła się, tylko przyszła do sypialni i zażądała jajka. Zmęczyła się, przyszła ponownie i zażądała głaskania. Mruczała z godzinę, w końcu zasnęła, ale rano jej w łóżku nie było. Czwartek. Jak wyżej z wyjątkiem zasypiania w łóżku. Pozwala podejść do siebie, za fotel nie ucieka, chyba że w zabawie. Nie wiem, na czym to polega, ale widać po kocie, kiedy kot ucieka w panice, a kiedy bawi się w berka. Rozpuści się jak dziadowski bicz, do czego to podobne, żeby kota do michy zanosić – bo i taki wymyśliłam element zabawy przez oswajanie. Niewykluczone, że przydało się i to, że bodaj we wtorek Marcel zsiusiała się zupełnie nie tam, gdzie trzeba. Czy odkrywała nieznane rejony i w ferworze nie zdążyła do kuwety, czy coś ją przestraszyło, dość że przez dobre pół godziny chodziłam po mieszkaniu węsząc jak pies gończy, zanim zlokalizowałam źródło. Marcelina doskonale wiedziała, że źle zrobiła. Ten wyraz zawstydzenia na kocim pyszczku jest nie do pomylenia z czymkolwiek innym, i przez kolejne pół godziny musiałam ją przekonywać, że się nie gniewam i nie spotkają kota żadne represje. Ale jak się przytuliła wtedy, uch! Teraz jest piątek i Marcycha zachowuje się jak oswojona (dopóki jej znów nie odbije). To rodzi nowe problemy: po pierwsze ciężko będzie pracować w domu, bo podskubuje pięty i chce, żeby się z nią bawić. Co prawda jest rzeczywiście porządnym kotem, bo nie łazi po klawiaturze, tylko tuż obok. Po drugie... Według podstawowych praw arytmetyki powierzchnia mieszkania powinna w tej chwili mniej więcej odpowiadać sumie powierzchni rzutu poziomego jaj bez niespodzianki, inaczej mówiąc, podłoga powinna być nimi usłana. Tymczasem nie ma. Nie ma pod szafkami ani w podzasłonowej Marcelinowej skrytce, którą odkryłam parę dni temu. Z tego wniosek, że ona te jajka dematerializuje albo teleportuje. Na jedno wychodzi, w naszej przestrzeni ich nie ma, czyli trzeba dostarczać nowe. Wygląda na to, że zimę przeżyję na jajkach z niespodzianką, co jest o tyle dobre, że osteoporozy nie dostanę. Zaraz, a jeśli ona przesuwa je w CZASOprzestrzeni? Co będzie, jeśli któregoś dnia obudzę się i nie będę w stanie wstać spod stosu przytłaczających mnie małych, elipsoidalnych, jaskrawozielonych przedmiotów?. Odpowiedz Link
misia007 Re: Tydzień pod znakiem jajka część 2 12.11.05, 18:52 Mozesz spać spokojnie, to co znika nie wraca nigdy.U mnie w ciągu kilku lat zdematerializowała sie cała ARMIA MYSZY i pomimo generalnych porządków,kolejnych remontów nie trafiliśmy na żaden ślad po zaginionych. Odpowiedz Link
yoma Re: Tydzień pod znakiem jajka część 2 12.11.05, 18:57 hihi a potem archeologowie się dziwią, co robią mysie szkielety w warstwach górnego prekambru Odpowiedz Link
gatta_gatta Re: Tydzień pod znakiem jajka część 2 13.11.05, 02:01 cudne )))))))))))))))))))) PS przy przeprowadzce, kiedy silni panowie podniesli kanape, naszym i ich oczom ukazalo sie kilkadziesiat (!) papierowych kulek. nawet nie probowlam sie tlumaczyc, widzac ogromne znaki zapytania w ich oczach ... Odpowiedz Link
yoma Marcelina w kanalizacji 16.11.05, 12:11 Niedziela była feralna i stresująca. Marcela, jako porządny kot, śpi w dzień i rozrabia w nocy. Nie powiem, żeby mi to nie odpowiadało, skoro mnie potrafi całymi dniami nie być. Dżentelmeńska umowa brzmi: kot pozwala człowiekowi spać w nocy, ale człowiek kotu za dnia. Rano przyszła sąsiadka pożyczyć żarówkę, jakby nie mogła iść do sklepu. Niech tam, ja jej nie żałuję. Tylko ja szukałam żarówki w kuchni, a baba wlazła do pokoju i oczywiście cmok cmok do Bogu ducha winnej Marcel śpiącej na skrzyni. Marcel się zdenerwowała i miała prawo: każdy by się zdenerwował, jakby zasnął w znajomym miejscu i nagle obcy go obudzili. No więc była już trochę zestresowana i spała czujnie na jedno ślipie, kiedy zepsuł się kibel. Naprawa kibla wymaga odcięcia wody. U mnie zawory są bardzo głęboko pod umywalką, tak to mądrze fachowcy wymyślili, kiedy montowali wodomierze. Należy zdemontować całą szafkę pod umywalką (!), wsadzić rękę na oślep w dziurę, złapać zawór, zaprzeć się nogami o wannę i ciągnąć, klnąc jak sierżant. Dzieła dokonałam i poszłam do pokoju po żabkę, zwaną także francuzem. Dziura została, bo mi do głowy nie przyszło... Tymczasem Marcel, czy to mnie się przestraszyła, czy stuknęła szuflada z narzędziami, dość że porwała się i jak po sznurku poleciała nie za swoją zasłonkę bezpieczeństwa, tylko przez pokój i przez kocią dziurę w drzwiach łazienki prosto między rury. W tym ułamku sekundy zdążyłam sobie wyobrazić, jak wspina się po rurach na dziesiąte piętro, jak wzywam nie wiem kogo, straż pożarną chyba, jak rozkuwany jest cały pion kanalizacyjny dla odszukania kota... tym plastyczniej, że kot mojej psiapsióły któregoś dnia zniknął i jedyną możliwością jest, że wlazł w niezasłonięty łazienkowy wywietrznik i pooooo-szedł! Rzuciłam się do dziury, wraziłam rękę, nic nie ma, głębiej, poczułam pod palcami coś miękkiego i wyciągnęłam wrzeszczącą wniebogłosy, ale wyciągnęłam. Potem trzeba było oczywiście utulić, ugłaskać, pocieszyć, bo pewnie ją i zabolało przy tym wyciąganiu, ale grunt, że ją wydobyłam. I po tym pierwszym szoku nawet nie była obrażona, przyszła się przytulić i pomruczeć, więc dobrze jest. Tylko mnie coraz bardziej spada oczekiwana długość życia... Odpowiedz Link
yoma Marcelina morderczyni 16.11.05, 12:12 Wytworzył się rytuał – w końcu chcę kiedyś doczytać ten kryminał – że leżę sobie i czytam, tylko mam pod ręką dużo jajek po niespodziance. Marcela pojawia się z prędkością światła, podrzucam jajko, ona przelatuje przez tapczan pociągając jajko za sobą, prowadzi piłkę przez całe boisko, zwód, zwód i goooool! Wtedy trzeba iść wyciągać jajko z bramki albo podrzucić następne i cały proceder zaczyna się od nowa. Niedawno dałam jej chrząstki od boczku. Wet Której Święcie Ufam mówi, że można dawać kotu wieprzowinę, byle pochodziła z dala od układu nerwowego. Dalej od układu jest już tylko słonina i skóra, więc OK. Poza tym chciałabym, żeby kota zjadła czasem coś twardego, bo suchego nie uznaje i zaraz będzie miała kamień na zębach. Marcela pożarła dwie chrząstki, bardzo jej smakowało, a trzecią... Patrzę, Marcela jest na tapczanie i dziwnie się zachowuje. Prasnąć łapą, poprawić drugą, podrzucić, wypuścić, przewrócić się na grzbiet, podrzucić, pociamkać, poprawić łapą... Po prostu mordowała chrząstkę od boczku, trwało to z godzinę i znowu nie doczytałam kryminału, bo to był cały spektakl. Nie zrzucałam jej z tapczanu, narzutę łatwo uprać, a jak zabije tę chrząstkę w jakimś zakamarku, to będzie śmierdzieć przez pół roku. W końcu ją zabiła i zjadła, ale trzeba było słyszeć te pretensje! Mordowała i tłumaczyła, że porządny łup nie jest taki spokojny, porządny łup ucieka... Nazajutrz jadłam suchą kiełbasę i Marcela przyszła po swój udział. No to dostała. Pomordowała, pomordowała i zjadła. Dzisiaj próbowałam ją w ten sposób nauczyć jeść suche. Nawet próbowała je upolować, ale coś nie wychodziło. Chyba suche jest po prostu za małe, w najbliższej przyszłości spróbuję kupić suche w większych kawałkach. No i w weekend mam w planach imprezę pt. sprzątanie, nie jestem pedantką, ale brudno się robi, a Marcela do tej pory bała się nawet zamiatania szczotką. Z odkurzaczem spodziewam się cyrku. Przedstawienie opiszę Odpowiedz Link
yoma Najnowsza zabawa 16.11.05, 12:13 W kącie pokoju stoi zrolowany chodnik. Z zasady nie uznaję dywanów, ten zostal położony, kiedy Zipper zachorował, żeby niepełnosprawnemu kotu było chodzić łatwiej niż po śliskiej podłodze. Zwinęłam chodnik, kiedy szykowałam mieszkanie na przyjęcie Marceliny, bo nie wiedziałam, jak długo będzie się uczyć kuwety. I tak sobie stoi, chodnik, nie Marcelina. Siedzę przy biurku, a zza pleców dobiegają dziwne odgłosy. No tak... Marcelina odkryła nową zabawę. Należy rozpędzić się od środka pokoju, wskoczyć z miaukiem na chodnik, wbić wszystkie cztery łapy i zjechać do dołu. Następnie operację powtórzyć. Słowo daję, wygląda to jak na kreskówkach z Tomem i Jerrym, niemal widać ten ślad po czterech zjeżdżających łapach. Ciekawe, jak długo ten chodnik wytrzyma. A meble tapicerowane inteligentny kot drapie tylko wtedy, kiedy chce zwrócić na siebie uwagę (I podgryza pięty, gdy piszę). Odpowiedz Link
gatta_gatta Re: Najnowsza zabawa 16.11.05, 15:59 przepyszne, swietnie sie czyta pozdrawiam i przekazuje przyjazne pomruki od Spryciarza dla Marceliny Odpowiedz Link
misia007 Re: Najnowsza zabawa 16.11.05, 22:29 No Yoma zaimponowałas mi,żes z hydraulika za pan brat,bo u mnie niska kultura techniczna wiec takie umiejetnosci podziw we mnie budza i szacunek.Po drugie Marcelina maly instynkt samozachowawczy posiada, ze sie sasiadce zaskoczyć dała,bo mój Koksik słysząc dzwonek od razu nie sprawdzajac kto wieje do pojemnika na pościel.To znaczy wial, bo od dzis w tym pokoju koczuje Histeria wiec melina sie kotu spaliła. Odpowiedz Link
yoma Re: Najnowsza zabawa 17.11.05, 09:42 Za pan brat jak za pan brat, ale pływak w rezerwuarze wymienić umiem A w Marcelinie staram się rozwijać poczucie bezpieczeństwa, że może sobie zasnąć i nic się nie stanie, i już mi się to udawało,i wlazła baba i zepsuła mi całą robotę... wrrrr. Odpowiedz Link
yoma Marcela antycypuje 20.11.05, 20:33 Łazienka u mnie, jak się patrzy od drzwi, wygląda tak: na lewo kuweta – pralka – wanna, za na ogół odsuniętą zasłonką, i to już koniec łazienki. Nad kuwetą, wklinowana między pralkę a ścianę, jest kwadratowa miska o zastosowaniach różnych. Udało mi się przyjść do domu wcześnie jak na mnie, 17 chyba nie było. Marcela śpi zazwyczaj aż do “Wiadomości”. Weszłam więc na paluszkach, żeby nie budzić kota, zdjęłam płaszcz, zmieniłam buty, zaniosłam zakupy do kuchni, przebrałam się, bo byłam w spódnicy, a Zipper mnie nauczył, że kot i rajstopy to nie jest najszczęśliwsze połączenie, i dopiero poszłam do łazienki. I mało zawału nie dostałam, kiedy coś mi się porwało z miski i przeleciało – zobaczyłam tylko rozmazaną smugę na ścianie. Smyknęło to za wanienną zasłonkę. Patrzę – Marcelina. Skulona, zjeżona, co ci się stało, kocurka, kto cię przestraszył? Szkód jakichś narobiłaś czy sąsiad wiercił? Mam sąsiada, którego łazienka graniczy z moją i którego hobby jest jej upiększanie. Moim zdaniem kładzie kafelki na wkręty, 1 kafelek, 4 dziury. Najpierw powiesił prosto, a potem zmienił zdanie i zaczął wieszać pod kątem, od nowa: 1 kafelek, 4 dziury. Nawet pytałam stryja budowlańca, ile dziur można zrobić w ścianie nośnej bez ryzyka zawalenia całego bloku, ale uspokoił mnie, że sporo. Inna rzecz, że sąsiada już dawno nie slyszałam w akcji, ale zawsze mógł znowu zacząć. Kota uspokoiłam, zrobiłam obchód posiadłości – nie, nic się nie zawaliło, ani ściana nośna, ani Marcelina nic nie zrzuciła. Odpowiedz Link
yoma Marcela robi remont 20.11.05, 20:35 Następnego dnia się budzę, idę półprzytomna do drugiego pokoju po Marcelinowe piłeczki – bo Marcela, widząc, że człowiek nie śpi, pożąda zabawy, więc jeszcze leżąc rzucam w nią jajkami po niespodziance – patrzę i coś mi dziwnie. Przyglądam się – karnisz urwany. Z całym mięsem, z kołkami, ze wszystkim. Trzyma się toto na jednym wkręcie, drugi koniec malowniczo zwisa, czary? A jak inteligentnie zrzucone – ani huku nie narobiło, nic w nocy nie słyszałam, ani nie wyrwało kabli z komputera, zrzuciło owszem kwiatek z parapetu, ale też sprytnie. Kwiatek zleciał lotem pionowym i wylądował doniczką do dołu w koszu na śmieci. Kwiatek jest marki kalanchoe, więc dosyć kruchy, tymczasem nic mu się nie stało – stracił ze dwa liście, a i to przywiędłe. Oczywiście Marcelina pierwsza podejrzana, ale czy drobny 2,5-kilogramowy kot mógłby urwać cały karnisz? Żadnego zmieszania po kocie nie widać, wstydu, przestrachu, chowania się po kątach, cała wesolutka. Wyszło mi więc na to, że jeśli to ona, to cały przestrach odpracowała już wczoraj. Dlatego chowała się w misce. Czy wymyśliła, że urwie karnisz, a bać się będzie wcześniej, żeby się nie stresować w momencie urywania, czy się czegoś przestraszyła i urwała karnisz, żeby jej się strach nie marnował, czy po prostu żyje do tyłu – nie wiem. A jeśli to ostatnie, to już wiem, skąd to wcześniejsze obrażanie się trzydniowe i uciekanie przede mną – dała mi do zrozumienia, co o mnie myśli, za wszystkie PRZYSZŁE czyszczenia uszu. Bo ostatnio przy uszach zachowuje się jak aniołek (o ile aniołkom trzeba czyścić uszy). Poza tym wina jest nie Marceliny, tylko moja. Ciągle zapominam, że przy kotach nie wolno nic mówić na głos, bo wszystko rozumieją. Było gadanie, że trzeba zrobić remont? Było. No to Marcelina postanowiła się przydać, ot co. Odpowiedz Link
yoma Straszny Potwór 20.11.05, 20:37 Kolejny stresujący dzień. Najpierw przyszedł jakiś obcy i chciał porozmawiać z kotem. No dobrze, Koci Człowiek wziął kota na ręce i przekonywał, że wujka nie trzeba się bać, ale to wiadomo? Na szczęście obcy był porządny obcy i się nie narzucał, ale zaraz potem przestał być porządny. Razem z Kocim Człowiekiem zaczęłi robić rewolucję. Odsunęli klatkę na papugi, odsunęli biurko, przynieśli jakieś wielkie stalowe przedmioty, przecież porządny kot nie może spać w takich warunkach. Poza tym nie po to odsłoniłam sobie piękny widok przez okno, żeby mi się teraz kręcili koło okna. W ogóle jest nie do przyjęcia, żeby ludzie się kręcili po domu za dnia, kiedy kot śpi. Przeniosłam się co prawda z godnością do sypialni, ale i tak nie spałam. Nie można spać, kiedy są obcy w domu. Wujek, nie wujek, a czujność czujnością. Faktycznie nie spała. Nieprzytomna była, oczy jej się same zamykały, ale czuwała twardo i zasnęła dopiero wtedy, kiedy już powiesiliśmy ten karnisz i zasłony i przestaliśmy łazić pod oknem oraz usiedliśmy przy zasłużonym napoju. A potem znów jej zrobiłam numer, bo wzięłam się za sprzątanie. Odkurzaczem. Zaczęłam od tego pokoju, w którym jej nie było i zniosła to całkiem dobrze. Dopiero kiedy przeniosłam się do przedpokoju, czyli bliżej, zareagowała i zwiała no gdzie? Do łazienki. Stała za zasłonką na krawędzi wanny, łapy jej się rozjeżdżały, i miauczała cicho i rozpaczliwie. Wzięłam kota, utuliłam, a ona mi się skarżyła boleśnie, że w domu pojawił się Straszny Potwór. Tłumaczyłam, że potwór nie jada kotów, że mam nad nim pełną kontrolę, że mogę go w każdej chwili zabić i serce mi śpiewało, bo Marcelina jakoś bardzo szybko włączyła mruczałkę i przytuliła się. Wszystko się powtórzyło po sprzątnięciu drugiego pokoju (Marcela tym tazem pod kaloryferem). Jeszcze dziesięć dni temu uciekałaby przede mną spod tego kaloryfera, nie pozwalała się złapać, płakała przy złapaniu – wygląda na to, że mi zaufała. Zabiłam potwora i schowałam do pudła, a Marcela zasnęła martwym bykiem w klatce na papugi. Jest wpół do dziesiątej wieczorem. O tej porze powinna szaleć. Miała ciężki dzień. Odpowiedz Link
yoma Jest szansa, że da się wyspać 20.11.05, 20:39 Nadal nie budzi. Uczciwie muszę przyznać, że nie budzi, tylko jest znacznie bardziej oswojona. A to oznacza, że zamiast bawić się grzecznie w drugim pokoju urządza sobie biegi przelotowe na trasie od okna do okna, czyli przez całe mieszkanie, czyli meta jest w okolicach łóżka. A że biegi odbywają się z czymś, co trzeba ulokować w bramce – cóż, muszę wieczorem pamiętać, żeby schować wszystko grzechoczące. Nie macie pojęcia, jak stuka o podłogę puste jajko po niespodziance. Codziennie mi się wydaje, że pochowałam wszystkie, i co noc Marcelina oddematerializuje któreś z zaginionych. Na ogół zdarza się to mniej więcej o porze, kiedy i tak trzeba wstać do pracy. Biada, jeśli danego dnia można pospać dłużej. Ale zawsze można zamknąć drzwi od sypialni i spać dalej, a ten porządny kot się wcale pod nimi nie awanturuje. W sumie mnie te biegi przełajowe cieszą, bo to znaczy, że ma zaufanie i nie boi się zbliżyć do śpiącego człowieka. A kilka dni temu sama wlazła do łóżka – co nie jest już takie dziwne, ale na ogół robi to, żeby się z nią bawić albo spać. Tamtym razem wpełzła pod łokieć i kazała się głaskać. Mruczałkę było słychać chyba na klatce schodowej. Nie mam dużych wymagań wobec kota. Tylko jeśli kot ucieka na mój widok, robi mi się przykro. A kot każący się głaskać to więcej, niż się można spodziewać. I na rajstopach oszczędzę tej zimy, chyba że się jednak przekona do włażenia na kolana A jeszcze będzie wesoło, bo zima już przyszła. A przyjście zimy poznaje się po tym, że Koci Człowiek zaczyna dziergać swetry. Oj, będzie się działo. Odpowiedz Link
yoma Zaczęłam dziergać sweter 20.11.05, 20:40 Zaczęłam dziergać ten sweter. Ku niekwestionowanej uciesze Marceli, bo nie można bezkarnie operować kłębkiem w pobliżu kota. Poza tym Marcela lubi się rozkładać na czymś, co jest rozłożone. Dopóki się rozkłada na poprzednim swetrze wyjętym na wzór, wszystko jest OK, gorzej, kiedy się zaczyna nim bawić. I trzeba przyznać, że po raptem kilku stanowczych “psik” “Marcela czep się płotu” i “tu masz swój kłębek, odczep się” Marcelina pojęła, zaplątała się dokładnie w koci kłębek (niebieskie boucle, nie dość, że miękkie i się turla, to jeszcze zgrabnie wiąże się na nim węzły i robi kokony), wyplątała się i ułożyła koło mnie śledząc poruszenia włóczki. Przyjęła rolę asystentki. Zresztą chyba jej się ta rola podoba – kiedy przeniosłam się od włóczki do komputera, pobiegła za mną i ułożyła się w klatce na papugi. Teraz się myje. Pozostaje jeszcze tylko pytanie, gdzie zbunkrować robótkę, żeby kotu co nie strzeliło do głowy. Robótka na wierzchu to jednak może być za wiele jak na siły kota, choćby był najporządniejszy. Chyba kupię jakąś skrzynkę zamykaną na kluczyk. Odpowiedz Link