czy chociaz COS nie moze mi sie udac?

wczoraj wieczorem wrocila Yoko. Wiadomo, nici ze sterylki Lenki, wiec
pojechalam po poludniu po psisko i wrocilam w nocy, bo rano do roboty. Wracam
z pracy, i co widze?
Po pierwsze widze, ze Yoko ma rozjechane ucho. Uszyska ma wielkie, bylo co
rozjechac. Przypuszczam, ze wiem, co sie stalo, wiec na kolana i szukam
Toski.
Po drugie widze, ze nie widze Toski. Toske znalazlam po ponad polgodzinnym
szukaniu za pomoca Leny (zaczela warczec, jak ja wyczula za szafa w
garderobie - nie wiem, jak ona sie wcisnela). Podrapala mnie niemilosiernie
jak chcialam ja wyciagnac. Wyciagnelam. Yoko skacze i szczeka jak wariatka.
Toska zwiala syczac jak zmijka. Yoko rzuca sie za nia w pogon.Lena
niewzruszona wypina tylek i mnie podrywa.
Teraz Toska siedzi w lazience - zamknieta i zestresowana na maksa.
Nie zauwazylam, zeby miala jakies obrazenia (moj Boze, Yoko by ja zagryzla
raczej niz "obrazila" na ciele). Ale tez nie mialam okazji sie przyjrzec.
Nie wiem, czy mogla zarazic czyms Yoko? W koncu drapnela ja do krwi..
Mam isc do veta? Jest jakies zagrozenie? Kotka nie byla szczepiona jeszcze bo
ciagle jej sie oczka paprza - dostawala antybiotyki,juz z oczkami bylo
ladnie, a dzis patrze -slipko czerwone, zalzawione.
Wiecie co?Pomozcie mi znalezc dobry dom dla Toski.
Yoko nie da jej zyc. Ledwo Lene akceptuje, choc i jej daje popalic, ale nigdy
tak na serio...