Tak się chwaliłam wszem i wobec, że moje koty, oprócz tego, że Frycek leje
Frotkę, a ona nam do łóżka, ogólnie są zdrowe, jak rydze i współczułam tym, u
których choroba, a tu proszę! Parę dni temu zauważyłam u Frycka (przypadkiem,
gdy go czesałam, inaczej nie dałoby rady w tym gęstym runie) malutką rankę za
uchem. Byłam przekonana, że to efekt zadrapania przez Frotkę, więc w ogóle
się nie przejęłam, szczególnie, że wyglądała już na zastrupioną. A dzisiaj
widzę, że jest dwa razy większa, zrobiła się dziwnie okrągła (na oko: 3-4 mm)
i wygląda, jak świeże mięso! Sprawdziłam: nie boli go i nie swędzi, po prostu
jest. Paskudna. Jak myślicie, posmarować mu to czymś, zanim w poniedziałek
polecę do weta, czy w ogóle tego nie ruszać? Aż mi się coś zrobiło

Może
jestem przewrażliwiona, ale ja już jednego kota pochowałam, a wszystko
zaczęło się od niewinnie wyglądającej ranki na brzuchu... Frycek ma dopiero
dwa lata! Boję się, żeby to nie było coś poważnego, jakaś cukrzyca, albo inne
licho, bo on od dziecka jest za gruby, jak na normalnego kota. Alergię
pokarmową raczej wykluczam, bo je tylko RC, ten dla Frotki-alergiczki też.
Czy spotkałyście się z takim cholerstwem? Co zrobić, żeby do pojutrza nie
zrobiło się to jeszcze większe?? Radźcie dobre kobitki, please!