a bylo to tak..
Stoje ja sobie dzis rano w wannie, wycierajac cialo i przygotowujac sie do
wyjscia z niej coby zaczac kolejny dzien w pracy, az tu nagle slysze dziwny
dzwiek, przypominajacy skrzypienie malego kolka... Mysle sobie: osluchy
jakies mam, albo moje koty znow cos wymyslily cudacznego..moze zabawke
wydobyly jakas spod komody albo mi cos zepsuly.
Wychodze. Filon przemyka z czyms w pyszczku. Podchodze blizej. Wyglada jak
kolorowa zabawka... Boze... to....ptaszek!!! Sliczna mala sikorka..To ona
tak "skrzypiala" na pomoc.
Zaczyna sie latanie za kotem po calym mieszkaniu. Mieszkanie "zalane"
plamkami krwi.
W koncu uspokoilam sie, stanelam, zawolalam klasycznie "kici kici", a Filon
bez problemu oddal mi ptaka..
W pierwszej chwili zglupialam i nie wiedzialam co dalej zrobic.
W koncu zrobilam tak: oszolomiony ptaszek zostal umieszczony na wannie.
Lazienka zamknieta. Sikorka cichutko kwilila, z dziobka leciala jej krew,
ale... zyla!
A ja w te pedy: wywalam buty z pudelka, dziurawie nozem przykrywke, w srodku
umieszczam lignine. Ubieram sie, ptaszka do pudelka i gazu do najblizszej
kliniki.
Klinika zamknieta (od 10).
Telefon do mojego kolegi z pracy - Artura.
"Artur? Tylko sie nie smiej...mam tu sikorke, ktora moj kot chcial
skonsumowac na sniadanie. Musisz mnie podwiezc do kliniki malych zwierzat na
Ursynowskiej..".
Artur przyjezdza, oczywiscie przez cala droge nasmiewa sie ze mnie i biedaka/-
czki siedzacego/-cej cichutko w pudelku. Niewazne jednak, najwazniejsze, ze
moge na niego liczyc.
W klinice pokazuje lekarzowi sikorke, ktora nagle odzyskuje sily i z
przerazliwym skrzekiem probuje mi uciec

Lapie je jednak wprawnie
(obiecujac sobie w duszy, ze w nastepnym wcieleniu zamierzam zostac
weterynarzem), a pan z rejestracji wykonuje telefon do pani doktor od ptakow.
Okazuje sie, ze pani doktor nieglugo przyjedzie i zajmie sie sikorka. Pan
bierze ode mnie pudelko i rzuca jeszcze dowcipnie:
-"Przyda sie. Mamy tu duzo kotow"

-" A moge zadzwonic i dowiedziec sie jak sie czuje?"
-"Jasne"
-"dajcie mu cos do jedzenia"! - rzucam jeszcze, ale pan juz znika na zapleczu
z moja (?) sikorka..
Wracam do pracy i nadal przezywam. Musze zamontowac jakis odstraszacz.
Ptaszek wlecial przez moja siatke zabezpieczajaca i nie mogl wyleciec.
Kto by pomyslal, ze moj Filon taki lowny?
Uwielbiam moje koty, ale chyba nigdy nie przyzwyczaje sie do mysli, ze to w
koncu drapiezcy.