u nas przy bloku stołuje sie dziki kot Kacer- duży, czarny rozbójnik. Nie da
się złapać mnie, ani nikomu, a jedyna sąsiadka, której daje się dotknąc
wyjechała nad morze. Wczoraj jej córka zawołała mnie przez domofon, żebym
zobaczyła... boszzzz od wczoraj nie mogę myśleć o niczym innym- Kacper
przykuśtykał pod dom z paskudnie rozwaloną przednią łąpą- duża świerza ran ,
łapa od łokcia cała spuchnięta, no masakra. U nas nie ma TOZ-u, a schronisko-
to sami wiecie, co najwyżej odłowią go i uśpią, o ile nie dadzą zdechnąć,
tragedia... jedynie co dalismy mu jeść i gdzieś odszedł. Nie da się
złapać.... jedynie co wymyśliłam , że pojadę do znajomego weta i poproszę o
jakiś antybiotyk i może jakąś zasypkę na tą ranę, może się uda do dotknąć,
choć wątpię. Nie wiem co mogłabym jeszce zrobić... no wiem, płacz tu nic nie
pomoże.biedny, to taki wielki, duzy kocur, boję się, że ta łapa może być np.
złamana, a to juz jak wyrok...Po tych ze schroniska zadzwonię tylko w
ostateczności.... Tak, u nas nie ma Pixie...