Na moim osiedelku jest fontanna. Taka betonowo-chemiczno-świetlno-wodna
ozdoba. I dzisiaj zobaczyłam, że jakaś kanalia wrzuciła tam pięć sporawych
sumików. Takich po 15-20 cm. Wyrosły pewnie swołoczy w akwarium i pozbył się
kłopotu...
Nie dawało mi to spokoju. Do wieczora.
Jakieś 2 godziny temu wzięłam sitko kuchenne, miskę sałatkową z
pokrywką, rower, zeszłam na dół, wyłowiłam trzy zywe /dwa nie doczekały

/
wsio zapakowałam i pojechałam na bryce do Konstancina. Tam
wpuściłam je do tego zalewiku-rzeczki koło tężni i wróciłam. Aż łzy miałam w
oczętach jak rybki najpierw naoddychały się na powierzchni a potem jedno
mocne machnięcie ogonkiem i tyle je widziałam!
Ja wiem, że być może to duperela, być może jestem już nieowracalnie wariatką
ale uszczęśliwiło mnie to! bardzo! i jestem z siebie dumna!
Do jutra by już nie żyły. Woda w fontannie była tak ciepła, że jadąc z
rybkami na plecach (pojemnik miałam w plecaku) grzało jak grzałką. To cud, że
one się tam do tej pory nie ugotowały.
Nic to. Może tam przeżyją może nie - nie wiem. Ale mają szansę. W nagrodę
kupiłam sobie po drodze chilijskie czerwone winko!