isanda
16.04.04, 20:45
Wątek o Baloo o korektorach wpędził mnie w lekką depresję i poczucie win
Może pamiętacie, że przed Bożym Narodzeniem zarzucałam was wieloma pytaniami
i dzięki waszym radom, wskazówkom, linkom i podpórkom odważyłam się na
krok wielce zuchwały, czyli wydałam książkę. Małą i chudą, ale własną.
Sprzedała się szybko i dobrze, pora roku była odpowiednia i temat bardzo na
czasie, poza tym wykupili ją prawie wyłącznie moi klienci, no więc nie było z
tym wiele kłopotów, zrobiliśmy nawet dodruki. Choc teraz widzę, że mogłam to
zrobić lepiej i jeśli kogoś to interesuje to chętnie się wyspowiadam z błędów
jakie popełniłam.
No i wracając do Baloo i jego wezwania do grafików i korektorów no i mojego
poczucia winy: mojej książce - grafik, owszem, uhonorowany - jego nazwisko
widnieje na na wewnątrznej stronie okładki, ale o korektorach ani słowa. A
było ich dwóch. Po prostu nie przyszło mi to do głowy. Teraz już wiem, to nie
w porządku.
Rozzuchwalona tym pierwszym wyczynem porywam się po raz drugi. Tym razem
napisałam coś po polsku. Korektor będzie nawet bardziej pożądany, no i tym
razem chcę to wszystko zrobić jak trzeba. Mam więc takie dwa pytania (na
razie tylko dwa!)
1. czy nie wystarczy wymienić nazwisko korektora w podziękowaniach – coś w
rodzaju - nie byłoby tej książki gdyby nie…i tu następuje cała lista
cierpliwych małżonków, pomocnych przyjaciół i genialnych specjalistów, którzy
inspirowali, pomagali, wspierali, radzili i poprawiali (powinnam chyba was
wszystkich tu umieścić). Przejrzałam wiele książek polskich, angielskich i
hiszpańskich na swoich półkach i tylko na jednej znalazłam nazwisko
korektora oraz tłumacza, redaktora, redaktora technicznego i projektanta
okładki, a nawet cenzora, bo to książka religijna (Wydawnictwo Michalineum –
chwała im!)
2. w Anglii korektorowi płaci się ustaloną sumę od tysiąca słów (podobnie
oblicza się honorarium tłumacza), a w Polsce jak? Bo oczywiste jest, że
korektora mojego następnego dzieła będę szukała w Polsce.