dazzle
21.09.04, 12:00
Witajcie. Wczoraj zaczęto u mnie dodiagnozowywać podejrzenie mojej pani
doktor. Wyrok brzmi: PCO. Jestem wstrząśnięta, obolała wewnętrznie.
Zrozpaczona wizją walki o dziecko.
Nic nie zapowiadało tego nieszczęścia. Cera jak kryształ - obiekt zazdrości
wszystkich koleżanek od lat. Owłosienie - raz w tygodniu golę pachy i łydki.
O DODATKOWYM owłosieniu nie ma mowy. Cykle regularne jak w zegarku od 12 roku
życia. Tylko trochę się "ślimaczyły"- długi początek, bolesny jak cholera
środek, pokapująca końcówka trwająca bez końca. I tylko te cholerne dodatkowe
kilogramy... Od zawsze, odkąd pamiętam miałam problem z wagą. Nigdy nie
chciała spaść, jak spadała, to bardzo opornie, chętnie wracała do najwyższej
podziałki. Koszmar.
W listopadzie 2003 postanowiłam, dosłownie, "pobawić się" w obserwowanie
swojego cyklu - mierzenie temp., obserwacja śluzu. Ot tak, żeby wyrobić sobie
dobry nawyk. Efekt - "chyba nie mam owulacji..." Jeden lekarz, niekończące
się badania krwi, monitoring. Jajo owszem - dojrzewa, ale nie wydostaje się z
pęcherzyka. Diagnoza - przedwczesna luteinizacja pęcherzyka. Dlaczego? Co
dalej? Kolejne badania, USG, inny lekarz. Wczoraj - wszystko wskazuje na PCO.
Dlaczego nikt wcześniej na to nie wpadł. Dlaczego zignorowano, jak się
okazuje, moje "niedomagania hormonalne", przypisując je okresowi dojrzewania,
wszystkim świętym i mojej urodzie ("och! taka już pani uroda, że się pani
okres ślimaczy")???
Dlaczego ja? Co mam teraz robić? Trzy miesiące temu wyszłam za mąż. Chcemy
mieć dziecko. Co ze mną będzie?