Bedzie o smierci , zaznaczam od razu.
Bylam uczestnikiem rozmowy z pracownica krematorium. Starsza pani uzgadniala
sposob postepowania z jej prochami po smierci. Szokujace? Tutaj to formalnosc.
Ubezpieczenie na wypadek pochowku trzeba tu placic prywatnie, im szbciej sie
zacznie tym miesieczne oplaty sa mniejsze. Pani ta juz dawno zatroszczyla sie
o swoje spalenie i myslala ,ze moze spac spokojnie. Dopiero pytanie - co z
prochami - zburzylo jej spokoj.
O co chodzi?
Ubezpieczenie obejmuje tylko trumne i kremacje, poniewaz pochowek jest sprawa
zupelnie indywidualna.
Spytalam urzedniczki - co robi wiekszosc Holedrow z prochami babci lub meza?
Odpowiedz zaszokowala mnie nieco - coraz wiecej ludzi z powodu kosztow
decyduje sie rozsypac prochy. Tak po prostu rozsypac.
Jest wiele mozliwosci, z samolotu , ze statku na morzu lub - najtaniej - na
terenie krematorium. Holedrzy sa bardzo oszczedni i poza tym sa zdania -
umarles czyli cie nie ma, nie bedziemy ponosic juz zadnych kosztow.
Pomyslalam natychmiast o sobie - pewnie tez bede rozsypana jako nawoz na lace.
W rodzinie meza nie bylo tradycyjnych grobow, po smierci jego matki
wywalczylam po prostu grob z urna. On mnie rozsypie, jestem pewna.
Smutno mi sie zrobilo.
Urzedniczka pocieszyla mnie mowiac ,ze jest mozliwosc wlozenia odrobiny
prochow do medalionu lub malego puzderka. Wtedy, byc moze, stalabym sobie na
poleczce gdzies w Australii i delektowala sloncem

))
Dlaczego o tym pisze? Bo jestem Polka z gleboko tkwiacymi tradycjami pochowku
i chcialabym miec tez swoj kawalek miejsca.
Moze pozniej, za pare lat nie bedzie juz to tak istotne? Nie wiem.
Ciekaw jestem ilu z nas mysli o ostatnim miejscu pobytu.
Temat smetny ale jak najbardziej "zyciowy".