verbena1
10.01.06, 21:09
Opowiem wam pewna historie.
Moi znajomi, wiek 40+, bezdzietne malzenstwo. Znaja sie, jak sami mowia
prawie od zawsze, juz od dziecinstwa. Razem wyjezdzaja na urlopy, razem
remontuja mieszkanie, planuja zakupy itd.
W grudniu ona musiala miec przeprowadzona operacje, byla dwa tygodnie w
szpitalu. On jezdzil do niej dwa razy dziennie, czesto zachodzil do nas
opowiedziec jak ona sie czuje.
Pytalam jak sobie sam radzi z gotowaniem i pracami porzadkowymi w domu.
Mowil ,ze sobie nie radzi, nie wie co gdzie sie znajduje i czuje sie bardzo
samotnie. Byl coraz bardziej zdesperowany.
Ktoregos ranka zadzwonil ,zeby mu pomoc, nie moze sie ruszyc,kregoslup ma
zablokowany. Bylismy u niego caly dzien ,dostal jakies srodki rozkurczajace i
gdy tylko poczul sie lepiej prosil aby go zawiezc do zony do szpitala.
Po paru dniach zona wrocila a on wyzdrowial momentalnie.
Byl zadowony, usmiechniety i spokojny.
Nurtuje mnie pytanie.
Czy mozna sie tak bardzo uzaleznic od drugiej osoby,ze chwilowe nawet
rozstanie jest nie do zniesienia?
Czy zwiazek dwoch ludzi moze przerodzic sie z calkowite zespolenie?
Nie mowie tu o milosci, oni sa ze soba prawie 30 lat ale o zaleznosci od
siebie.