Jestem chyba cholernie staroswiecki, ale jakos nie bardzo moge oswoic sie z
mysla podwojnego zycia. Zastanawia mnie co ciagnie malzonkow do szukania
czegos poza. Moge zrozumiec krancowe niezgranie, ale dlaczego taka para jest
malzenstwem na pierwszym miejscu? W koncu te sprawy widzi sie juz przed
slubem... A moze jestem po prostu wygodny? Z wyznan co niektorych DonJuanow
wiem, ze na kazdy dzwiek telefonu, czy do drzwi wlos im sie jezy, czy to tej
trzeciej nie wpadlo cos glupiego do glowy, albo moze to jakis "zyczliwy"...
Mam wystarczajaco duzo stresu i bez tego

Mysle jednak ze w moim przypadku
(tu bez patosu milosci – to moje

) zdrada bylaby porazka jako czlowieka; bo
jak inaczej nazwac wsadzenie noza w plecy wieloletniego oddania komus, z
ktorym przezylo sie tyle lat, tyle wspomnien, wspolne zycie i wspolna krew
(dzieci). Czy warto to wszystko narazac dla sportu, instynktu, fizjologii? W
koncu roznica miedzy nami a zwierzetami polega mniedzy innymi na tym, ze my
powinnismy opanowywac emocje. A moze sa inne powody o ktorych nie mam
pojecia?