Kilka dni temu byłem we Lwowie. To już któryś raz, zatem nie mam
zamiaru nudzic o zabytkach, Polskości, Łyczakowie i tym
podobnymi.Chcę zwrócic uwagę na różnice pomiędzy Lwowiakami a
Krakowiakami (sam nim jestem więc najprosciej o porównanie).
Przepastną różnicę można zaobserwowac już na granicy (samochodowe
przejście w Szegini). Polska odprawa krótka, sprawna, normalna, z
odruchami ludzkiej sympatii. Potem zona niczyja i wjeżdżamy na
Ukrainę.Pogranicznik-szeregowiec daje kartkę-obiegówkę i deklarację
w której kompletne głupoty trzeba wypisywac. Kontrola paszportowa
wykonywana przez ukrainska funkcjonariuszkę o kamiennej twarzy
wprowadziła nas w stan niepokoju i nerwowości. Potem celnik. Każdy z
nich "najważniejszy", każdemu trzeba opowiadac to samo, gdzie, do
kogo, po co, na jak długo....Każdy ma twarz jak z wosku, martwą,
zaciętą. Każdy podbija obiegówkę a na końcu inny szeregowy
pogranicznik wyrzuca ją do kosza.
Wreszcie jedziemy do lwowa. To kilkadziesiąt kilometrów dziwnej
szutrowo asfaltowej nawierzchni z mini znakami drogowymi bez poboczy
i bez białych lini na drodze.Mijamy dziwne wechikuły a czasem inne
nas wyprzedzają z szaloną prędkością, atmosfera napięcia nie mija.
Dojeżdżamy do miasta,kierujemy się do samego centrum, do hotelu
Lwów.Nieopodal opery. Hotel moloch prowadzony w komunistycznym stylu
wraz z atrakcjami typu 60letnie etażowe w fartuszkach jak w
przedszkolu, w grochy, w kwiaty...Sprzątające Panie ,jedna od
poręczy a druga od schodów przy tych poręczach, stary ubek-
ochroniarz który osiem razy dziennie mnie sprawdzał czy mam kartkę z
numerem pokoju. Bez kartki "leżę"!!
Rankiem wstaliśmy i w "gorad". Zaraz po wyjściu z budynku uderzył
chuk, tumult,jazgot gazowanych silników samochodowych, ryk
klaksonów. Najwięcej czadu dają taksówkarze i mini busy, dla nich
przepisów nie ma a piesi nie istnieją. Pieszy wogóle wyjęty jest
spod prawa. Troszczy się o życie sam. Osobnym survivalem jest
przechodzenie przez ulice!! Czerwone i zielone światło to tylko
luzna forma do interpretacji a samochody z piskiem opon zatrzymują
się na centymetry od nóg pieszego. Natychmiast zaczyna się kłótnia.
Robi się korek,klaksony... i tak do następnego razu który zdarzy się
już po 20stu sekundach.
Niedaleko opery jest placyk na którym handluje się pamiątkami,
obrazami i starociami. Panuje tam antyhandlowa zasada "jak nie
kupujesz to nie nudz i spadaj"... Jak cos kupujesz to po nogach
całują, ale czuc fałsz. Wszyscy jacyś naburmuszeni i kłótliwi między
sobą. To samo na Krakowskim Targu, tam tłumy się roztrącają,
przepychają, wyklinają.....
Pierwszy raz we Lwowie byłem z 15 lat temu, potem co kilka lat. Z
tych obserwacji wyniosłem pewne wnioski. Otóż, dzięki temu że od
wielu lat jezdzimy po swiecie, podpatrujemy inne kultury, poszlismy
daleko do przodu z relacjami wzajemnymi czy to na drodze, czy to w
sklepach. Ten komunistyczny zgiełk i "łokcie" u nas już minęły.
Klaksony i pisk opon też.Więcej jest uśmiechu i uprzejmości do
siebie nawzajem. Tam, we Lwowie, jest odwrotnie i to jest
dramatycznie widoczne na każdym kroku.
Powiecie że to nie Rosja i co to ma do rzeczy? .... Fakt, nie Rosja
ale wszyscy mówią po rosyjsku a przynajmniej umieją.
Ciekawią mnie wasze spostrzeżenia pod tym kątem.Czy też
zaobserwowaliscie fakt że na wschodzie to już "dziki kraj"?
Dodam tylko że odetchnąłem ze spokojem kiedy dotarłem w drodze
powrotnej do naszych służb na granicy

)