Dodaj do ulubionych

za pare godzin lece...

10.09.05, 18:38
Wlasnie robie pranie, co by wreszcie sie zaczac pakowac.

Jutka- miso etc mam.

Mysle o wynajeciu samochodu z Krakowa do Warszawy- czy kto wie jak to w PL
dziala, ktos moze cos polecic?
Sam kiedys komus tutaj railem firme polecana mi i wyprobowana przez kumpla,
niestety dane zagubilem, kumpel z FL nieuchwytny...
Obserwuj wątek
    • ani-ta Re: za pare godzin lece... 10.09.05, 19:55
      milej podrozy:)
      moi tez sie pakuja;))
      <troche nerwowo:P>

      baska zdaje sie miala namiary na wypozyczalnie... ale wyjechana jest:(
      • ani-ta aa doczytalam:) 10.09.05, 19:56
        jest sens wynajac samochod?
        droga dosc ciezka - katowicka w permanentnym remocie, krakowska - zabojstwo.
        a masz fajny pociag - intercity - niecale 3 godz i jestes na miejscu:)
        • lucja7 na marginesie 10.09.05, 22:23
          Tak zapytuje sie co to bedzie gdy Jutka opusci (pisze ze juz niedlugo) ta swoja
          wioche? Kogo tam posadzi by przyjmowal forumowiczow ze swiata?

          Co to bedzie Pitou? :))
          • jutka1 Re: na marginesie 10.09.05, 23:27
            Jeszcze nie tak niedlugo, Lulu :-)
            Pare spraw jeszcze mam tutaj do zrobienia najpierw :-)
    • jutka1 Re: za pare godzin lece... 10.09.05, 23:29
      CJ, na glowe upadles? Samochod tutaj wynajmowac? Drogo jak cholera, drogi do
      kitu, korki.
      Intercity to jest to! (bierz 1 kl.)

      Leccie bezpiecznie. Zamelduj sie elektronicznie juz z Europy :-)
      • chris-joe Re: za pare godzin lece... 14.09.05, 17:53
        Londyn byl absolutely fabulous, mimo ze zobaczylismy i zrobilismy tylko ulamek
        tego co zobaczyc i zrobic chcielismy.

        Dzis (od wczorajszej polnocy) jestem juz w Istanbule i zbieram sie wlasnie do
        kupy po kompletnym szoku pierwszego dnia. Mi sie wydawalo, ze Mtl jest miastem
        niezorganizowanym...

        Jestem wyczerpany od calodziennego gubienia sie, braku mozliwosci uzyskania po
        angielsku najbardziej podstawowych informacji nt miasta, jego funkcjonowania
        oraz kierunkow geograficznych.... zwlaszcza ze nie widzialem jeszcze tutaj
        tabliczek z nazwami ulic, wobec czego moj plan miasta jest z lekka
        nieuzyteczny. W wyniku wspomnianej jezykowej niemoty -mej wlasnej, badz
        autochtonow, zalezy jak na to patrzec- wypytywanie sie przechodniow jest zabawa
        czysto akademicka.
        W konsekwencji poruszam sie po ciemku i na wyczucie. Chwala panu, ze hotel mam
        dwa kroki od Swietej Zoski i reszty okolicznych atrakcji. Zas Taksim
        (srodmiescie) unikac juz bede jak zarazy, zwlaszcza ze dzis na moich oczach
        facet faceta nozem, a inny tego nozownika pistoletem, thank you very much.

        No i gesto tu, cholera, jak -nieprzymierzajac- w starym Rio!

        Jutro ambitnie zamierzam udac sie na rejs po Bosforze.


        Jutka, walnij mi swoj numer telefonu na priwa, bo zostawilem w chalupie...
        • jutka1 Re: za pare godzin lece... 14.09.05, 18:15
          SiDzej daaahhling!!!

          Ty nie wziales numeru telefonu, a ja zgubilam maila z Wasza rozpiska podrozy
          (data przyjazdu do Nider Schlesien, cicho, ja tak specjalnie napisalam! ;-))
          Zara (styl zam.) wysle numer.

          Mowisz, ze docenisz Montreal po powrocie, hahaha?? :-)

          Baw sie dobrze mimo nozownikow, pistoleciarzy, i innych oczekujacych Cie
          atrakcji ;-)
    • basia553 Re: za pare godzin lece... 16.09.05, 17:36
      ciekawe, czy jeszcze jestes w Istambule. Na mnie najwieksze wrazenie zrobily
      tam przewody elektryczne wiszace jak spaghetti nad ulicami, czesto
      podtrzymywane jakby kijem od miotly. Chyba mam gdzies w domu zdjecie..
      • ertes Re: za pare godzin lece... 16.09.05, 17:58
        Mysle ze CJ nawet nie zauwazyl :))))))))))))))))))))))))


        • chris-joe kable ıtp 18.09.05, 10:27
          W Ist jeszcze jestem- do jutra poznej nocy (lot do Berlına 20ego o 2 rano), ale
          ja tych kablı albo rzeczywıscıe nıe zauwazylem, albo juz ıch nıe ma. Natomıast
          wczoraj, gdy poplynalem pod Morze Czarne, wıdzıalem super-kable przerzucone nad
          Bosforem.
          Zaplatalem sıe tez o zmıerzchu w Starym Istambule w jakıes ultra-relıgıjne
          getto, gdzıe brodaty pacan protestowal przecıw memu aparatowı fotografıcznemu.
          Pacana w gescıe protestu uwıecznılem, ale poczulem sıe jednak nıepewnıe ı z
          godnoscıa jaka przystoı ateuszowı wycofalem sıe na z gory upatrzone pozycje.

          W angıelskojezycznej gazecıe naglowkı: Grecy spıskuja przecıw Turcjı, domagajac
          sıe uznanıa greckıego Cypru jako warunek przyjecıa do Unıı; spıskuja takze
          Ormıanıe, lobby ktorych bezpardonowo sıeje antyturecka propagande o domnıemanym
          ludobojstwıe...
          • jutka1 Re: kable ıtp 18.09.05, 10:31
            Ale masz dziwne literki.... :-)

            NB, nie dziwia mnie te neglowki, od lat slyszalam/czytalam, oraz sluchalam
            Turkow rozprawiajacych na tematy geopolityczne. Ostatnio gdzies, nie pamietam
            juz gdzie, moze w TE, czytalam artykul o tureckim zaprzeczeniom masakry Ormian i
            problemach tureckich historykow, ktorzy waza sie pisac, jak bylo....

            Tak czy siak baw sie dobrze. Ja w ramach zazdraszczania slonca dzisiaj sie bede
            opalac na tarasie, co mam sie irytowac jak przyjedziesz! ;-)))))))))
            • chris-joe Re: kable ıtp 18.09.05, 10:34
              za to juz prawıe opanowalem i, ı oraz @, mımo ze mı latwıej to ı (bez kropkı)
              uzywac :)
    • chris-joe Re: za pare godzin lece... 18.09.05, 10:41
      Anywho, pozdrawıam towarzystwo ı lecem do Topkapı.
    • drapieznik moze mi ktos wyjasnic czym c-j podruzuje? 18.09.05, 19:12
      to jakies Tobago czy Otago to znowu cos egzotycznego tureckiego czy greckiego.
      tylko nie mowcie mi ze to zaglowka bo mnie wezmie na mdlosci.
      • basia553 Re: moze mi ktos wyjasnic czym c-j podruzuje? 18.09.05, 19:19
        z zazdrosci, Drapie? Nie martw sie, to tylko tubylcza tratwa z najemnymi
        tubylcami. Wiem z dobrze poinformowanego zrödla.
        • drapieznik Re: moze mi ktos wyjasnic czym c-j podrorzuje? 18.09.05, 21:21
          e, tam zazdrosc. zeglarstwo to pozostalosc z czasow komuny tylko teraz to sie
          leczy kompleksy na swim jachcie. swoje wyrzygalem juz z relingiem nd glowa wiec
          nie ma czego zalowac. a jak o na morzu srodziemnym to radze uwazac bo tam taki
          jeden zatopil zew morza jak szczal na zawietrzna.
          • drapieznik Re: moze mi ktos wyjasnic czym c-j podrorzuje? 21.09.05, 14:33
            aaa, czarterk. harcerski czuj duch.
    • drapieznik juz wiem 20.09.05, 16:49
      wydedukowalem (!) ze cj zegluje katamaranem ktory sam zrobil.

      spotkalem raz na karaibach zeglarza ktory wynajmowal swoja zaglowke do
      obwozenia turystow zstatkow. facet oplynal ziemie kilka razy, znal kazde
      jeziorko sam go wytestowalem. byl caly polamany i pokrecony. szczytem
      poswiecenia bylo dla mnie jak z obrzydzeniem wchodzil do wody bo dwojka
      turystow tez chciala poplywac. przymawial sie o datki. w sumie smutny sposob na
      utrzymanie sie przy zyciu. mycie bylo w wodzie tuz obo statkow cumujacych
      opodal. kupke i siusiu przemycal w workach. o jedzeniu nie wspomne bo po
      tygodniu sa tylko puszki i makaron a z woda do picia to tez roznie bywa. czarno
      widze. acha, raz jeden ruski tak plynal i zlamal reke. przez radio mu mowili
      jak ma sobie z-operowac. nie wspomne o zatruciu pylem ze szlifowanego wlokna,
      czy tez wplywem substancji lotnych zywicy na zdrowie. nie ma czego zazdroscic.
      makabra jakby na to nie patrzec.
    • chris-joe Re: za pare godzin lece... 20.09.05, 17:47
      Lato i upaly juz za mna, ale takze wieczne i nieustepliwe nagabywanie przez
      sprzedawcow dywanow, zarcia i masci na szczury. Za mna takze przekopywanie sie
      przez niekonczace sie tlumy, samochody, tragarzy, stragany. Krzyk,
      nawolywanie, napedzanie, ogluszajacy ryk muezina naglosniony przez przez
      amplifikatory, ciagle upominanie sie o moje pieniadze pod takim, innym badz
      zadnym pretekstem.

      Uff, poranny przylot do chlodnego Berlina byl jak wejscie do pustawego,
      czystego i moze lekko przeklimatyzowanego pomieszczenia z tlocznej i
      przegrzanej sali.

      Zmiana szmat na lotnisku, S-bahn do hotelu -gdzez indziej jak nie na
      Schoenebergu. Moj pokoj pusty, wiec na szczescie nie musze czekac na check-in
      time. Prysznic i do czysciutkiego, wonnego i wygodnego wyra z wielka
      europejska poducha.
      Braz dolatuje jutro rano z Rygi- bedziem opowiadac.

      Acha, lecialem nad Polska! Z Istanbulu nad Slowacja i Krakowem, w porannym
      mroku dostrzeglem nawet Odre :)

      Dzis po 5 godzinnej drzemce powolne lazenie po Kudamie. Baska, pod kolana
      chwytam- szminke HR nabylem (3 sztuki)! W pierwszym Douglasie mieli tylko
      jedna, ale panienka zadzwonila do kolejnego i tam mi zaklepali. Teraz wiec
      przechadzam sie po Kudamie (stad pisze) z urocza dzewczynska torebeczka
      kosmetykow od Douglasa koloru azurowego w ktorej przeswituja rozowiotko
      zapakowane szminki. Kurde, moze cos zalapie nim Braz tu doleci:)))

      Ciesze sie z Berlina, choc smutniejszy on niz go pamietalem sprzed 5 lat. A
      moze po prostu jakos jednak mi zal lata, Bosforu i calego tego tureckiego
      majdanu.

      Idem kupic pare szmat.

      Pozdrawiam aus Berlin,
      c-j
      • jutka1 Re: za pare godzin lece... 20.09.05, 18:20
        Drogi Bratsister,
        If you can't be good, be careful :-))))

        Baw sie dobrze :-)
    • basia553 Re: za pare godzin lece... 20.09.05, 19:12
      zazdraszczam Berlina. Mnie sie rok temu bardzo podobal, ale moje ostatnie
      przedtem odwiedziny byly za czasöw DDRu. Wrazenie na mnie zrobilo to, jak
      teraz "wypucowano" ta szarzyzne "demokratyczna". Nie to miasto. Skolei KuDamm
      mnie rozczarowalo, bo taka strasznie szeroka i NIC sie nie dzieje! Nie wiem
      sama, czego sie spodziewalam. Dlaczego Braz pojechal do Rygi? Zjadl cos
      niestrawnego?:)))))
      A propos jedzenia: polecam lokalik b.fajny w Nikolus Viertel: same kartoflane
      dania, ale jakie!! I jakie fikusne wnetrze! Zajrzyjcie tam koniecznie, zwröccie
      uwage na krzesla, a szczegölne te pod sciana:))))
    • jutka1 SiDzej!!! 21.09.05, 13:03
      Pilna poczta na GW.
      Zadzwon na komorke jak juz bedziesz w PL.
      :-)
    • jutka1 Raport 26.09.05, 11:52
      Niestety, mielismy z Sinisterem i Brazem malo czasu - jeden wieczor przy kolacji
      i winie (zlamalam dla bratsistera abstynencje :-)))))
      Co bede Wam gadac, fajnie bylo. Tyle tylko, ze kotka - aktualnie z silna wola
      Boza - byla w stosunku do nich namolna, nie rozumie biedna, ze na jej
      przypadlosc kocur potrzebny, a nie CJ :-))))) Z rozpaczy dzisiaj sie na mnie
      oblesnie rzucala, nie ma wyjscia, w tym tygodniu robie cak-cak.

      Miso zrobie po poludniu, tylko musze tofu kupic.

      Reszte CJ dopowie/dopisze.

      Roger.
      J. :-))))
      • ozpol Re: Raport - a wzielas ich na spacer do "shop'u"?? 26.09.05, 13:05

        Ciekaw jestem czy ich zadekowalas na tylach domu czy zrobiliscie spacer
        glowna "aleja" posiadlosci?
        A moze po sol do sklepu ich wyslalas?

        jutka1 napisała:

        > Niestety, mielismy z Sinisterem i Brazem malo czasu - jeden wieczor przy
        kolacj
        > i
        > i winie (zlamalam dla bratsistera abstynencje :-)))))
        > Co bede Wam gadac, fajnie bylo. Tyle tylko, ze kotka - aktualnie z silna wola
        > Boza - byla w stosunku do nich namolna, nie rozumie biedna, ze na jej
        > przypadlosc kocur potrzebny, a nie CJ :-))))) Z rozpaczy dzisiaj sie na mnie
        > oblesnie rzucala, nie ma wyjscia, w tym tygodniu robie cak-cak.
        >
        > Miso zrobie po poludniu, tylko musze tofu kupic.
        >
        > Reszte CJ dopowie/dopisze.
        >
        > Roger.
        > J. :-))))
        >
        • jutka1 Re: Raport - a wzielas ich na spacer do "shop'u"? 26.09.05, 13:12
          Shop byl juz zamkniety jak dotarli :-)))
          Czesc wieczoru spedzilismy na zewnatrz, a czesc w srodku (temperatury sa
          niestety niskie wieczorami, no w koncu prawie pazdziernik :-)

          :-)))
          • don2 Re: Raport - a wzielas ich na spacer do "shop'u"? 26.09.05, 13:47
            insides information czy jak to sie pisze.Aby wprowadzic atmosfere poufalosci
            moze i ja cos dodam ? A bylo to tak...... e tam nic nie napisze,same
            sprosnosci mi do glowy przychodza :))))
            • jutka1 Re: Raport - a wzielas ich na spacer do "shop'u"? 26.09.05, 13:57
              A bylo to tak....
              tez nic nie napisze, bo znowu sie wyda i na pleciucha wyjde!
              ;-))))))))))))))))))))
    • jutka1 Czy Chris przezyl strajki? 05.10.05, 11:59
      Wczoraj chyba C-J mial miec cos z Paryzem wspolnego?
      Mam nadzieje, ze przezyl bo cale miasto stalo, lacznie z lotniskami.
      • lucja7 Re: Czy Chris przezyl strajki? 05.10.05, 12:06
        Pewno przezyl.
        Cale miasto stalo? Dobrze wiedziec :)
        • jutka1 Re: Czy Chris przezyl strajki? 05.10.05, 12:10
          Tak pokazywali w telewizji :-)
          Chociaz, no tak, pewnych rzeczy nie pokazali :-)))))
      • szfedka Re: Czy Chris przezyl strajki? 05.10.05, 12:07
        Ja przezylam to i on przezyje ;)
        • lucja7 Re: Czy Chris przezyl strajki? 05.10.05, 12:10
          A co dopiero ja? W oczku tajfuna podobno ;)
          • jutka1 Re: Czy Chris przezyl strajki? 05.10.05, 12:11
            Ciesze sie, ze Cie oczko tajfuna nie wymiotlo :-)
            • lucja7 Re: Czy Chris przezyl strajki? 05.10.05, 12:16
              Nic mnie z tego miasta nie wymiecie :)
              A ja myslalam ze ty nie posiadasz telewizji programowo. To dopiero!
              • jutka1 Re: Czy Chris przezyl strajki? 05.10.05, 12:19
                No wiesz? Skad Ci sie to wzielo? Ciekawostka. :-)
                Zawsze mialam. Tutaj na wsi mam satelite, nawet Arte i TV5 moge ogladac :-)))
        • jutka1 Re: Czy Chris przezyl strajki? 05.10.05, 12:11
          Szfedka, to co ty przezylas to pikus :-)
          • szfedka Re: Czy Chris przezyl strajki? 05.10.05, 12:43
            Ladny mi pikus :(
            Chora, biedna z taksowkarzem wariatem po malych uliczkach, tu trabia tam
            krzycza. Malo by bojka byla miedzy taksowkarzem a innym wariatem.
            No i kilka godzin uwieziona na lotnisku bez jedzenia
            stlasne :((((

            nadal po nocach z krzykiem sie budze
            • jutka1 Re: Czy Chris przezyl strajki? 05.10.05, 13:57
              Eeee tam. Ciesz sie ze taksowkarza mialas - jak strajkuja ogolnie to nic nie ma,
              nic nic nic, taksowki zajete :-)))
    • chris-joe dorzucam powoli: Berlin 12.10.05, 06:53
      Zaskakujaco niewiele zmian- bylem tu lat temu 5, a moze 6... To co wydawalo sie
      wowczas naprawione, znow naprawiaja. Rosnie imponujacy nowy-stary dworzec przy
      Tiergarten. Przerazajaco fascynujace okolice Potsdamer Platz juz zabudowane w
      sposob fascynujaco-przerazajacy (wowczas byl to kolosalny plac budowy).

      Centralne okolice bylego Berlina Wsch. bez zmian. Alexander Platz ciagle
      sterczy bez pomyslu, jakby porzucony na tymczasowa pastwe sklepikow i bufetow.
      DDR'owski Palac Republiki stoi jak stal- w stanie zawieszenia i powolnego
      upadku. Brak pomyslu? Pieniedzy? Regulacji prawno-wlasnosciowych?

      Ludzie niby pomocni, droge wskaza, niektorzy nawet bez pytania, ale w knajpach
      jakas obojetnosc, barman odpowie zagadany, ale nic sam z siebie. Wspolpiwosze
      obojetni, we wlasnej kupie, badz sami.

      W pedalskim Schoenebergu zmiana- nie widac polskich kurwow, zastapili ich Rumuni.

      Berlin zdaje sie byc bardziej zdziwaczaly niz za poprzednim razem, a jednak
      nadal bardzo go lubie. Bardzo.
      • basia553 Re: dorzucam powoli: Berlin 12.10.05, 09:11
        ciesze sie, ze Ci sie Berlin podobal, bo i ja w zeszlym roku przezylam mila
        niespodzianke. Jednak Twoje negatywne uwagi wskazuja, ze przyjechalismy tam z
        dwu koncow swiata: Ty, swiatowiec i ja z turecko-prowincjonalnego Mannheim.
        Nic dziwnego, ze mnie sie mniej negatywnego nasuwalo i ze raczej z satysfakcja
        stwierdzilam, ze resztki socjalistycznych budowli jakos tak zapadaja sie w
        sobie.
      • jutka1 Re: dorzucam powoli: Berlin 13.10.05, 10:09
        Poprosze o nastepne odcinki raportu...
        :-))
        • chris-joe Re: dorzucam powoli: Berlin 13.10.05, 17:03
          Baska, Berlina amatorem wielkim jestem. Uwagi na negatyw wygladajace byly
          jedynie opisem drogiego mi i bliskiego miejsca. Berlin od dawna byl dziwadlem,
          Berlin to dziwadlo chyba z definicji, wiec wytykanie dziwadle dziwactw-
          negatywem byc nie moze, nie na mojej klawiaturze :)

          Przylecialem -i wylecialem- na Schoenefeld, a nie na Tegel jak ostatnim razem.
          I tak moj przylot stal sie sentymentalna metafora, bo na Schoenefeld przybylem
          bylem mym pierwszym w zyciu lotem (Interflug: Gdansk- Berlin Wsch.) w drodze na
          oboz letni z mlodzieza FDJ w Turyngii. Wiosen wowczas mialem raptem kilkanascie
          i powitala nas przez pomylke orkiestra nrdowskich pionierow wziawszy nas za
          delegacje pionierow... bulgarskich. Pomylke po kilkunastu taktach wychwycono i
          umpapa obsunela sie kakofonicznie w taktowna cisze .

          Dzisiejszy Schoenefeld niewiele chyba sie zmienil od czasow, gdy w nieszczesnym
          Palacu Republiki przemieszkiwal niejaki E. Honecker. Ale ale! Brak zmian
          wkrotce juz ulegnie zasadniczym zmianom! Tempelhof praktycznie juz nieczynny i
          wlasnie Schoenefeld zbiera sie w sobie, by stac sie kolosalnym i nowoczesnym
          aerodromem nowego Berlina- jako Berlin-Brandenburg.

          Kolejka miejska kilkakrotnie przemknalem przez Ostbahnhof, gdzie wysiadlem w
          pamietnym roku 1985, by juz nie zawrocic (o czym wtedy pojecia nie mialem) i
          gdzie wowczas, gdy tylko noge na peronie postawilem, kolejowy golab nasral mi na
          ramie. A ja, durak, nie potrafilem rozszyfrowac wyrafinowanego golebiego
          przeslania.

          Na stacji Friedrichstrasse ni sladu niegdysiejszego granicznego przejscia dla
          garstki wybranych. A jednak pod restauracyjnym neonem odnalazlem wylinialy cien
          napisu: MITROPA. (A z PKiN-u wydrapali slynnie niegdys neonem skrywany sznyt:
          "im. Jozefa Stalina"! Co zupelnie umknelo rozkojarzonej uwadze moich Warszawiakow.)

          Co do perspektywy mannheimowskiej vs "innej", moze masz troche racji... Kudamm,
          ktory przed laty olsnil i oniesmielil prlowskiego przybysza w hofflandzkich
          portkach, okazal sie byc skromna i spokojna aleja.
          I kudy Kudammowi do dzisiejszych okolic Unter Den Linden! Tam sie dzis popisuja
          wszystkie Names, pusza posh magazyny, poleruja swe wizaze maseratti i pierry
          cardiny! A przy samej alei nadyma sie z cesarska Pasol'stwo Rassiji, podczas
          gdy ambasady US i UK skrywaja sie za policyjnymi okopami.

          Ale U.d.Linden znow w rozkopach, jak i okolice Bramy. A w Tiergarten, pod
          krasnoarmiejnym mauzoleum szykowali trybuny-nietrybuny na zblizajace sie
          obchody rocznicy Zjednoczenia.

          Obezwladnia natomiast dawny no man's land, czyli okolice Potsdamer Platz.
          Gratka to byla nielada dla architektonicznej czeredy- olbrzymi pusty spot w
          sercu pierwszorzednej europejskiej metropolii! Ultranowoczeny kompleks przeraza
          podobienstwem do Gotham City, oniesmiela i wciska w ziemie, efekt jest
          piorunujacy. I nawet w "kawiarnianym" Sony Center kawa utyka w gardle a ciastko
          zalega w zoladku.
          Poki co wyglada to wszystko, jakby nie opuscilo jeszcze projektowych rysunkow,
          zas przechodzien czuje sie troche jak znak-czlowieczek dorysowany kredka przez
          architekta obok steropianowych drzewek na makiecie.

          Mam jednak wrazenie ze dziwaczny Berlin to przyswoi, ze zdola pozrastac
          wszystkie swoje czlonki- zywe, amputowane i protetyczne.

          Bede tam wpadal co pare lat i sie dziwakowi przygladal. W sklepikach za rogiem
          nadal bede sie droczyl ze sprzedawca, ze -dziwacznie- nie biorze karty
          kredytowej, a przy piwie nadal bede zagadywal milczacego barmana. Niech sobie
          dziwak milczy, co mi tam. I tak- ich bin ein Berliner :)








          • ertes Re: dorzucam powoli: Berlin 13.10.05, 17:29
            Wow, CJ, napisales perelke w powodzi niczego.
            • basia553 Re: dorzucam powoli: Berlin 13.10.05, 18:10
              tak, na mnie u.d.Linden zrobila szczegolne wrazenie: mieszkalam tam na poczatku
              lat 70-tych wlasnie w hotelu u.d.Linden, ktory wtedy wydawal nam sie
              bogwieczym. teraz szukalam go i dopiero policjant mi pokazal, bo juz myslalam,
              ze mi sie ulice pomylily:))))) a jak sie nazywa ta piekna aleja, gdzie jest
              KaDeWe? I byliscie tam? Tam tez naprawde pieknie. Ciekawi mnie Wasze zdanie na
              temat Holocast-Pomnika. Choc Braz pewnie wogole nie ma stosunku do sladow
              drugiej wojny.... A byliscie w Muzeum Zydowskim? Zapomnialam Ci zwrocic na to
              uwage. Oszalamiajace.
              • don2 Re: dorzucam powoli: Berlin 13.10.05, 19:08
                Oszalamiajace? czym?
                • basia553 Re: dorzucam powoli: Berlin 13.10.05, 19:18
                  zapomnialam Donie dodac "dla mnie oszalamiajace", mialabym Cie wtedy z glowy:)))
                  ale powaznie: kilka rzeczy zrobilo na mnie ogromne wrazenie: znakomita
                  organizacja, projekt taki, ze pokazujacy Zydowstwo "od zarania" z
                  wytlumaczeniem kilku faktow, ktore bywaja mylnie interpretowane. Potem
                  historyczny ciag, i co uwazam za niezwykle wazne, pokazanie jak wazne urzedy
                  zajmowali i jak szanowani byli w 19 wieku. Portrety najznakomitszych rodzin
                  niemieckich - wszystko Zydzi. Potem wewnatrz muzeum: te obeliski i drzewa na
                  nich zasadzone; osobiscie zrobily na mnie wieksze wrazenie, jak ten
                  nowozbudowany pomnik Holocaustu. A juz najwieksze wrazenie na mnie zrobily
                  gabloty z pamiatkami po wymordowanych Zydach z dolaczonymi do tego historiami
                  rodzin, okolicznosciami, w jakich to czy tamto uratowano. Np. portfel ze
                  zdjeciami rodzinnymi - zrzucony z ciezarowki wywozacej pewnego lekarza na
                  zaglade. Jesli mozesz sobie darowac Donie, nie kpij ze mnie tym razem.
                  Z urodzenia jestem tylko pol-Zydowka, z przekonan calkowita.
                  • don2 Re: dorzucam powoli: Berlin 13.10.05, 20:50
                    ze pokazujacy Zydowstwo "od zarania" z
                    wytlumaczeniem kilku faktow, ktore bywaja mylnie interpretowane.


                    ciekawe,napisz co jest mylnie interpretowane ?
              • chris-joe Re: dorzucam powoli: Berlin 13.10.05, 19:49
                Tym razem nie bylem w Kadewe, mimo ze zadekowalem sie blisko- plan Berlina mi
                podpowiada, ze jest on przy Tauentzienstrasse.
                Nie bylem takze w Muzeum Zydowskim na Kreuzbergu, ani w Holocaust Memorial...
                Innym razem. Odnowiona Nowa Synagoge zwiedzilem za poprzedniego pobytu.

                Swego czasu w okresie paru miesiecy odwiedzilem Hiroszime, dom Anny Frank i
                Auschwitz... Tym razem ani nie unikalem, ani nie szukalem.

                Po Berlinie chodzilismy bez wiekszego planu. Braza prowadzilem jedynie w
                miejsca centralne. Ogladalismy, przysiadalismy, wiele rozmawialismy.
                Ja lapalem oddech po Istambule, Braz odpoczywal po obiegnieciu Skandynawii.
                No i szykowalismy sie do skoku na Polske:)
          • jutka1 Re: dorzucam powoli: Berlin 13.10.05, 18:07
            Danke mein liebling :-))))))
    • chris-joe wracam do poczatku, czyli: Londyn 13.10.05, 19:17
      Nie wiem czy to za sprawa pln. amerykanskich stereotypow dotyczacych Anglikow,
      czy tez mitu imperialnego Albionu- na Gatwick wyladawalem przygotowany na wizyte
      u snoba.
      Z lotniska kolejka ThamesLink dotarlismy do metra, a gdy tam usilowalem znalezc
      odpowiedajacy nam tubepass nawiazalem rozmowe z trojka znudzonych pracownikow
      metra- drobnych londynskich dowcipasow i cwaniaczkow.
      Pytalem o dojazd do "downtown", oni zas kpiarsko udawali, ze nie wiedza o co
      chodzi. To mnie nastroszylo i ja z kolei zaczalem z nich kpic.
      Niedopowiedzaniami i teatralnym zniecierpliwieniem sugerowalem ich indolencje,
      zas kazdy kolejny kpiarski komentarz przyjmowalem "powaznie" i "naiwnie"
      obracalem przeciw nim, tak ze w pewnym momencie wyczuli, ze to oni stali sie
      ofiara mojej kpiny. Zmienili ton, udzielili wszelkich informacji, nawiazalismy
      kontakt.
      Innymi slowy- udalo mi sie ich przegadac i wygralem :)
      Zegnalismy sie jak kumple i porywnywalismy sytuacje palaczy w naszych krajach-
      odkrylem bowiem ku mojej uciesze, ze Londyn jest palacy.

      Tak oto od samego poczatku Londyn-Snob okazal sie byc Londynem niemal plebejskim
      i totumfackim. W londynskich pubach czulem sie jak w moim Vancouver, zas na
      ulicach prawie jak na amerykanskiej prowincji.

      Buckinghamy i Kensingtony staly sie nieistotnym niemal dla miasta side-show'em.
      Nawet Opactwo Westminsterskie okazalo sie kameralna kaplica, gdzie Elzbieta I
      upchana jest w kacie nieopodal Marii od Szkotow, ktorej przeciez odjela glowe.

      Londyn imperialny niby jest -choc skromniejszy znacznie od oczekiwan- lecz to
      nie on stanowi o miescie. Londyn nie olsniewa- Londyn jest miastem swojskim i
      latwym w obejsciu. Jego place i skwery sa niewielkie, zas krolewska orkiestra
      wojskowa w niedzwiedzich czapach przygrywa broadwayowskie szlagiery tuz obok
      Buckingham Palace.
      Na przejsciach ulicznych pod nogami namalowano znaki ulatwiajace przyjezdnym
      zycie: "Patrz w prawo".

      Koszulka, jaka wyprodukowalem Brazowi- zolto-zielona, z napisem "Don't shoot,
      I'm Brazilian"- okazala sie szlagierem. Braz wielokrotnie musial pozowac do
      zdjec, byl zyczliwie zagadywany i tlumaczyl, ze nie wie, gdzie mozna taka nabyc.
      (Byznes przeszedl mi kolo nosa!)

      Londyn zagaduje, jedzie na rowerze do City, plotkuje przy piwie i zachlystuje
      sie zwyciestwem w polo. Kelnerka nazywa cie "dear" i zamyka knajpe najpozniej o
      11, bo Londyn spi wczesnie.

      Lecz nie wszystkie kelnerki nazwa cie "dear". Najczesciej bowiem obsluza
      niesmialo i uprzejmie lamana angielszczyzna spod ktorej przebija silny akcent
      polski, litewski albo czeski.
      W Paryzu nie spotkalem polskiego hydraulika, jednak Londyn pelen jest
      nowounijnych kelnerek i nianiek prowadzajacych sie z dzieciecymi wozkami.

      W autobusie z krakowskich Balic podsluchiwalem mloda sikse, ktora na lotnisku
      odebrala kolezanka- siksa cala droge przekonywala kolezanke, ze ta TEZ musi
      jechac do Anglii i tlumaczyla reguly pracy w tamtejszych restauracjach. O
      Anglikach mowila dobrze.

      Pisalem poprzednio, ze Londyn ledwo liznalem. Nie mialem nawet czasu, by wejsc
      do Sw. Pawla, ani przejechac sie Okiem. Ledwo wcisnalem w rozklad zajec rejs po
      Tamizie i przejazdzke turystycznym dwupietrowcem po "najwazniejszych atrakcjach
      miasta".
      Wroce tam jednak. Tym razem- jak w dym.



      • maria421 Re: wracam do poczatku, czyli: Londyn 13.10.05, 19:25
        chris-joe napisał:

        > Nie wiem czy to za sprawa pln. amerykanskich stereotypow dotyczacych
        Anglikow,
        > czy tez mitu imperialnego Albionu- na Gatwick wyladawalem przygotowany na
        wizyt
        > e
        > u snoba.
        > Z lotniska kolejka ThamesLink dotarlismy do metra, a gdy tam usilowalem
        znalezc
        > odpowiedajacy nam tubepass nawiazalem rozmowe z trojka znudzonych pracownikow
        > metra- drobnych londynskich dowcipasow i cwaniaczkow.
        > Pytalem o dojazd do "downtown", oni zas kpiarsko udawali, ze nie wiedza o co
        > chodzi. To mnie nastroszylo i ja z kolei zaczalem z nich kpic.

        Bo London ma CITY, a nie zadne downtown...

        Chris, a jak sie Brazowi to wszystko podobalo?
        • chris-joe Re: wracam do poczatku, czyli: Londyn 13.10.05, 20:26
          Maryska, odczep sie :) Wiem, ze Londyn ma City, tak samo jak dowcipasy z metra,
          wiedzialy swietnie co to downtown.

          W mych notatkach z podrozy dotarlismy ledwo do Berlina, nie bede wiec wybiegal
          wprzod. Powiem tylko, ze Braz Londyn bardzo polubil.
          Po Londynie (gdy ja polecialem do Istambulu) on dotarl do Sztokholmu- tam nie
          podobalo mu sie ani miasto, ani jego mieszkancy. Sztokholmian odebral jako
          nieprzyjaznych, zamknietych i aroganckich. Ponadto zaskoczony byl szalenie
          brudem tam panujacym (co i mnie zaskoczylo).
          Znacznie lepsze wrazenie zrobily na nim Helsinki oraz Finowie. Zdaje sie, ze go
          tam strasznie poili i wogole robil za gwiazde :) Rejs z Helsinek do Talina
          wspomina jako chlajnie i burdel na falach. Nie pospal.

          Talin tyz sie podobal, a Estonczycy mili. Natomiast wielkie wrazenie estetyczne
          zrobila na nim Ryga. Niestety Lotysze ponoc sie nie popisali, patrzyli z gory-
          mial kilka nieprzyjemnych sytuacji, ktore tlumaczyl rasizmem. Zas Lotewscy
          Rosjanie od reki uleczyli go z rusofilii. Zapodawal straszne sceny Rosjan i
          Rosjanek scielacych sie pijanym pokotem na ulicach Lotwy. Z kilkoma sie napil-
          tlumaczyli, ze maja na Lotwie przesrane, bo nie maja obywatelstwa. Dlaczego nie
          maja obywatelstwa? Bo musieliby zdac egzamin z lotewskiego i wyrzec sie innego
          obywatelstwa (rosyjskiego). Dlaczego sie lotewskiego nie naucza i nie wyrzekna
          innego obywatelstwa? Bo Lotewski za trudny, zas rosyjskiego obywatelstwa sie
          nie wyrzekna. To czemu nie wyjada do Rosji? Bo oni nie Rosjanie, oni urodzeni
          na Lotwie. Logika wywodow byla dla niego nie zbyt jasna, jak i konkluzja, ze
          zachlewanie sie na Lotwie na smierc (z dumnym rosyjskim paszportem w kieszeni)
          jest dla nich jedynym sensownym wyjsciem.

          Berlin- podobal sie bardzo. Wzial gore nad Londynem.

          • don2 Re: wracam do poczatku, czyli: Londyn 13.10.05, 20:46
            nawet nie bede usilowal dziwic sie z tego ,ze Sztokholm widzial brudny.Arogancja
            byc moze-zalezy z kim sie spotykal.Podejrzewam zupelnie co innego.Nie byl w
            samym Sztokholmie to raz a po drugie-sam sobie winien.
            • chris-joe Re: wracam do poczatku, czyli: Londyn 13.10.05, 21:00
              Moze i nie byl- ja bawilem gdzie indziej, wiec dowodow nie mam.
              Z kim sie spotykal? O ile wiem, na obiady proszone do Sztokholmczykow nie
              chadzal- natykal sie na tych, na ktorych natyka sie przecietny turysta. Tak
              samo w Londynie, Berlinie i w garsci innych nawiedzanych miast kontynentu.

              O brudzie wpominal kilka razy- zwlaszcza, choc nie tylko, w metrze ("Jak u nas w
              Montrealu"- cytuje).
              Jedynie- tak mowil- wysepka z krolewskim palacem i otoczenie czysiutka...

              Ale ja nie bylem, piersi wiec nastawial nie bede :)
              • don2 Re: wracam do poczatku, czyli: Londyn 13.10.05, 21:12
                Potwierdzily sie moje przypuszczenia-Szwecja kraj bardzo tolerancyjny :))
    • chris-joe podrozy czesc dalsza- Polska 1 28.10.05, 20:15
      Dorzucam kolejny odcinek. Strasznie opozniony, bo gdy raz juz to napisalem, to
      mi caly tekst zezarlo!!! Po tym mi sie calkiem odechcialo...


      Na Schoenefeld pakujemy sie do Easyjet’a. Mimo, ze w symbolicznej cenie biletu
      wietrze podly podstep, lata to jak normalna linia lotnicza! Do Balic dolatujemy
      kulturalnie i punktualnie, bagaz odzyskujemy nienaruszony.
      Z takimi cenami, gdybym mieszkal w Europie, w zaden week-end nie usiedzialbym w
      domu na czterech literach!

      Wsrod pasazerow troche Polakow, glownie jednak niemieccy weekendowi turysci.
      W dole mijamy Odre, rownine wielkopolska, wkrotce pejzaz zaczyna falowac,
      pojawiaja sie jakies olbrzymie dymiace kominy, w dali widac Tatry.

      Lotnisko w Balicach male ale mile, niebrzydkie, dobrze zorganizowane. Do miasta
      jedziemy porzadnym miejskim autobusem Scanii, mijamy wsie/przedmiescia pelne
      will i domow jak z zurnala: ladnych, czystych i bogatych.

      Na kwaterze tuz obok Plantow odbieramy wiadomosc od psiapsioly z Vancouver, z
      ktora rozstalismy sie w Londynie- czeka na nas w knajpie pod „bunkrem”, czyli
      Domem Artysty Plastyka, czy jakos tak. Docieramy tam i bierzemy sie za polskie
      piwo.

      Krakow nas oszalamia! Mimo, ze mnostwo domow jest zaniedbanych, ze Rynek Glowny
      rozkopany, miasto jest cudo. Roi sie od turystow i miejscowych. Ludzie mili.
      Braz –a ja z nim- sie zachwyca. Mariacki staje sie jego ulubionym europejskim
      kosciolem. Piszczymy nad iloscia i jakoscia knajpek, barow, kawiarn i
      restauracji. Kazda sliczna, od tych luksusowawych w stylu CK, po poslednie-
      kazda ma jajo, wlasny sznyt i charakter, oryginalny wystroj. Tylu i takich
      knajpek to ja nawet w Paryzu nie widzialem, mili panstwo!

      Na Wawelu zgrzyt: zwiedzanie komnat tylko w grupach z przewodnikiem, niestety
      dowiadujemy sie o tym dopiero na pol godziny przed nasza tura, co wiecej okazuje
      sie, ze automatycznie przydzielono nas do tury polskojezycznej. Zglaszam sie do
      pani dyzurnej i probuje tlumaczyc, ze, wie pani, my tu z cudzoziemcem, a moze
      daloby sie nas do grupy francuskiej albo angielskiej dokoptowac... Pani dyzurna
      nabiera powietrza gleboko do pluc, wywraca oczami i w zniecierpliwionym
      milczeniu podrzuca ramiona w gescie zmeczonego oburzenia (tlumaczenie: znow
      jacys turysci smia miec te swoje tam jezykowe kaprysy i jej zycie zawodowe nimi
      komplikowac!), po czym glosem niecierpiacym sprzeciwu oglasza, ze „to
      ab-so-lut-nie nie-moz-li-we!”, ze mialaby z tego tytulu „ogroooomne
      nieprzyjemnosci”. Zjebuje babsztyla od reki. Nie za to nawet, ze takie
      makabryczne klody jej smialem cisnac pod nogi, lecz za sposob zalatwiania
      sprawy. Wiem, ze nic nie wskoram- koncze jako nadworny tlumacz.

      Kolejny duperel dopada nas w Mariackim. Kupujemy bilety wstepu, zwiedzamy,
      pstrykam zdjecia (bez flesza). Nagle widze jak pedzi w mym kierunku po
      smiercionosnej trajektorii kobita w sluzbowym zakieciku. Nim mnie jeszcze
      dopadla, szczeka (bez dziendobry, przepraszam, prosze pana): „English? Deutsch?
      Francais?!!!”, odpowiadam, ze mozemy po polsku; babsko wykrzykuje, ze jak ja
      smiem robic zdjecia nie wykupiwszy specjalnego biletu wstepu. Wyjasniam, ze nie
      wiedzialem, ze jest taki, mam tu oto bilet normalny. I znow musze babe
      opierdolic, za ton glosu, za sposob zwracania sie do –jakby nie bylo- klienta.
      I to w kosciele! Z katedry wychodze wkurwiony i rozedrgany...

      Poza tym milo.
      Snujemy sie po –nadal bardzo zaniedbanym- Kazimierzu. Wieczorem upijamy sie
      zubrowka z sokiem jablkowym w ogrodku knajpki przy Malym Rynku z widokiem na
      rozswietlona wieze Mariacka. Wnetrze knajpy znow odjazdowe- piwnica o tematyce
      arabskiej.
      Po dwoch dniach w Krakowie zabieramy manatki na dworzec PKP. Jeszcze dosc
      plugawy, ale juz wzieli sie za budowe nowego, nowoczesnego, ktory bedzie czescia
      handlowego pasazu ze szkla.
      W drodze do Wroclawia mijamy wsie malopolskie- wygladaja dobrze, czysto i
      zasobnie. Wreszcie mijamy Katowice... byc moze miasta odwrocone sa tylkiem do
      torow kolejowych, jednak tylek Katowic strasznie nas przerazil! Nedza, brud,
      upadek... Widoki jak z filmow wloskiego realizmu lat 50tych. Wiem: zamkniete
      kopalnie, przerazajace bezrobocie, brak perspektyw, planow i pomyslow...Dlugo
      nie mozemy sie otrzasnac.
      A za Katowicami, juz wkrotce, 40 minut jazdy pozniej, znow powrot do zasobnie
      wygladajacych wsi...

      Po drodze mijamy ciagnace sie wzdluz torow wysokie na 6-8 metrow przesla
      niegdysiejszego... akweduktu(?)... zgadujemy co to moze byc? ... wyglada to
      niemal, jakby pochodzilo ze sredniowiecza, przesla te -w stanie romantycznej
      ruiny- ciagna sie dosc dlugo... nagle odkrywamy, ze kilka z nich dzwiga resztki
      torow kolejowych... Jakies resztki poniemieckiej kolejki? Pasazerskiej?
      Weglowej? Wie ktos cos na ten temat?

      Dobijamy do Wroclawia. Dowiadujemy sie, ze autobus do jutczynego Miasta
      Powiatowego (MP) odjezdza za dwie godziny. Melinujemy bagaz u pani bagazowej
      cum kioskarki („Aaaale, prosze pana, przechowujemy bagaz od jego wartosci.
      Panowie to by fortuuune zaplacili. Daj pan tutaj, ja to wam tak przechowam.
      Tylko za te dwie godziny sie tu zgloscie!”:)
      Lapiemy taksowke na Rynek. Wlasnie odbywa sie tam impreza- ni mniej, ni wiecej:
      RODEO! :)
      Biegamy jak poparzeni, robimy zdjecia, zachwyceni zbieramy szczeki z rynkowego
      bruku. Gnamy na Ostrow Tumski. „Zaliczamy” go w locie. Tu i owdzie, obok
      poniemieckiego cacka dostajemy w oko piescia „nowego” Wroclawia, tego PRLowskiego...
      (Dygresja: „demokracja ludowa” wielu zbrodni winna jest, jedna z tych
      najstraszniejszych przez nia popelnionych jest jej architektura. Oprawcow przed
      sad nalezy wlec, jednak takaz sama sprawiedliwosc jest winna architektowi, ktory
      tuz obok slicznego gotyckiego kosciola wstawil w latach 60-70ych pieciopietrowa
      blokowa poczware! Wyrok? Rozebrac to golymi lapami, cegla po cegle, plyta po
      plycie, na plecach, w dzien i w noc, poki sladu po tym nie zostanie!)
      Znow lapiemy taksowke i pedzimy na dworzec PKS. Wsiadamy do autobusu z epoki
      jaruzelskiej. Dopadaja mnie wspomnienia:) Ale nie czas na nie, bo jedziemy
      przez cudownosci kraine! Jestem w tych okolicach po raz pierwszy. Dzien jest
      cieply i sloneczny, dokola faluja przytajone wzgorza, mijamy ospale wsie i
      miasteczka, gdzie wysiadaja uczniowie wracajacy ze szkoly, w oddali widac jakies
      strasznie poganskie gory- swiete chyba... Cholera, jak tu ladnie...
      Dobijamy do MP. Na dworcu PKS zagabuje kobiete klozetowa o droge na Rynek.
      Wlasnie zamyka interes, wiec nas zaprowadzi. Czeka juz na nia corka z pieskiem
      na smyczy. Piatka –ja i Braz wlokacy po bruku nasze torby na kolkach, kobieta
      klozetowa, jej corka i piesek corki- idziemy wolno do Rynku. Kobieta wita sie z
      kazdym napotkanym przechodniem, zagaduje. Wkrotce okazuje sie, ze piesek corki
      to suczka w rui, do naszego orszaku dobijaja okoliczni psi absztyfikanci, orszak
      rosnie, do zgielku kolek naszych toreb o bruk dochodzi jazgot psich zalotow...
      Kobieta narzeka troche na bezrobocie, na „sytuacje ogolna”, „A panowie z daleka?
      Aaa, to z daleeeka... – odgania kolejnego kundla - Mam kolezanke w Toronto”.
      Jest pozne popoludnie. W MP atmosfera jakas taka swojska, dobrze mi sie idzie w
      tym dziwnym orszaku. Czuje, ze –jak i wszedzie w Polsce- jestesmy ogladani, nie
      wygladamy na swoich, ale uczestnictwo w orszaku kobiety klozetowej daje nam
      jakis tymczasowy glejt, ona zakotwicza nas jakby w lokalnej rzeczywistosci, w
      zamian zas –mimochodem- zyskuje od nas niespodziewany sznyt egzotyki.
      Docieramy do Rynku. Pustawy, ale posrodku jest duze gazebo, a w nim barek, a w
      nim piwo.
      Rozsiadamy sie na chwile, Braz idzie do barku i zamawia, juz sie nauczyl:
      „Dziendobry, prosze piwo (na palcach pokazuje „dwa”, palcem pokazuje ktore),
      dziekuje”.
      Dyskretnie o
      • chris-joe podrozy czesc dalsza- Polska 1 cd 28.10.05, 20:17

        Rozsiadamy sie na chwile, Braz idzie do barku i zamawia, juz sie nauczyl:
        „Dziendobry, prosze piwo (na palcach pokazuje „dwa”, palcem pokazuje ktore),
        dziekuje”.
        Dyskretnie ogladani ogladamy Rynek. Bardzo ladny, odnowiony. Jedynie jedna
        sciana Rynku jest „naruszona” przez niedawnego „architekta”. Mam nadzieje, ze
        zczeznie w strasznych meczarniach.

        Taksowkarz pyta, dokad jedziemy i skad jestesmy, „Aaa, to ja juz tam pana chyba
        kiedys wiozlem jak pan z Ameryki (Kanada, Ameryka, na jedno wychodzi:) Czuje,
        ze jedziemy w dobrym kierunku :)))
        Wioska jutczyna ladna, chalupy jak na pokaz, w dobrym stylu. Pozniej dowiaduje
        sie, ze coraz wiecej miastowych sie tu dekuje. Ale Paryzanke maja tylko jedna!
        Ach, jutka... prosze panstwa, to ze nas nakarmila, napoila i przenocowala, to
        gest szalenie mily i szlachetny, to ze pozwolila nam podroznikom zrobic pranie
        milsze jeszcze i szlachetniejsze, natomiast za to, ze przytaszczyla z soba z
        Paryza suszarke automatyczna do bielizny i pozwolila nam z niej skorzystac,
        padlem jej do nog wzruszony i tak do dzis na kolanach pozostaje!
        Musze tu bowiem wyznac, ze od Konstantynopola (Braz zas od Sztokholmu) nie
        mielismy okazji zrobic przepierki... W Krakowie bezskutecznie szukalismy pralni
        publicznej (laundromat), a jak psiapsiola mi wyznala- w Warszawie jedna tylko
        udalo jej sie zlokalizowac.
        Automatyczne suszenie bielizny u jutki, bylo takze naszym ostatnim az do powrotu
        do Montrealu.
        (Mowcie, ze mi sie we lbie poprzewracalo, ale ja bez suszarki juz nie umiem.
        Szmaty automatycznie suszone inaczej sie nosi, inaczej sie na ciele ukladaja. W
        Polsce zas suszarka jest nadal zadkoscia- pranie suszy sie ogolnie na sznurkach
        nad wanna, co oznacza, ze trzeba pozniej wszystko prasowac, oraz -jak juz sie
        wlasnie zalilem- ze zmienia sie szmat ksztalt, linia i forma, ze sie tak wyraze.
        Nad tym samym zalila sie pozniej pewna Amerykanka, mieszkajaca w Polsce od lat
        80. Udalo jej sie jednak suszarke zdobyc w sklepie sieci Euro. Szukalem i ja z
        mama- bezskutecznie.)

        No wiec tak nakarmieni, wyprani i wysuszeni oraz pojeni piwem i winem do poznej
        nocy gaworzylismy a to w salonie jutkowym, a to na ogrodzie wielkosci
        futbolowego boiska. Szalenie kosmopolitycznie i wogole swiatowo, jak z kwiatka
        na kwiatek, przeskakiwalismy sobie z polskiego a to na angielski, a to na
        francuski, a to na polski znowu, i znow na polski...
        W tym samym zas czasie kocica jutczana stekala po katach strasznie erotycznie i
        lubieznie oraz calkiem bezwstydnie zadawala sie z naszym obowiem robiac sobie
        dobrze.

        Spalismy snem sprawiedliwych w goscinnych apartamentach dziedziczki naszej
        dobrodziejki, rano zas sniadanie podane zostalo w ogrodzie. Dziedziczka z
        Brazem przechadzali sie po wlosciach uwagi agronomiczne wymieniajac, podczas gdy
        ja wyjadalem resztki jutczynych poziomek. A za ogrodem rozlegal sie kraj
        sielski zupelnie, ktorego horyzont zaslaniala swieta gora Sleza.
        Musielismy jednak pedzic dalej- rodzice w Warszawie oczy bolesnie za nami juz
        wypatrywali, gdy my z Jutka w jej ogrodowej rosie sobie hasalismy.
        Dobrodziejka odwiozla nas na dworzec PKS w MP gdziesmy sie czule pozegnali.

        Na dworcu zdarzyla sie nam kolejna przygoda: kupilismy bilety w kasie, gdzie
        bylismy jedynymi klientami, po czym ustawilismy sie w kolejce do autobusu.
        Wkrotce nadjechal i rozpoczal sie dlugi i powolny proceder kupowania biletow u
        kierowcy. Ki diabel!? Towarzystwo sennie czekalo na autobus przynajmniej pol
        godziny, nikt jednak nie pokwapil sie piec metrow w bok, by w tym czasie w
        bezrobotnej kasie w bilet sie zaopatrzyc.
        Bylismy jedynymi pasazerami z biletami w rekach oraz ze sporym bagazem,
        czekalismy wiec cierpliwie obok drzwi do autobusu, by kierowca- gdy juz upora
        sie ze sprzedaza biletow- otworzyl nam bagaznik. Gdy ostatni juz pasazer zostal
        obsluzony i wszedl do autobusu, kierowca... zamknal drzwi i ruszyl. Musialem za
        nim biec w drzwi stukajac! Zatrzymal sie, by zrobic mi awanture, ze czemu nic
        mu nie powiedzialem! Moje tlumaczenia, ze karnie przeciez czekalismy z torbami
        w polu jego widzenia, w sprzedazy biletow nie smiac mu przeszkadzac, zbyl znowu
        jakimis niezrozumialymi pokrzykiwaniami. Po raz kolejny musialem zrobic
        awanture, ze prosze o zmiane tonu, gdy z klientem rozmawia, ze jest
        nieprofesjonalny i ze do niego nalezy upewnic sie, czy wszyscy pasazerowie
        zostali obsluzeni. Mruczac pod nosem otworzyl bagaznik. Pasazerowie, gdy
        weszlismy juz do autobusu, wyrazali swa solidarnosc z nami, niektorzy nawet ...w
        lamanej polskiej angielszczyznie :)

        Trasa z Wroclawia do Warszawy w wygodnym i pustym wagonie I klasy prowadzila, ku
        naszemu wielkiemu zaskoczeniu, przez... Poznan. Dziwna i dookolna bardzo to
        trasa, zwlaszcza, ze Poznan nawet nie byl wymieniony na tabliczce pociagu, ani
        na peronowym wyswietlaczu, ani przez megafon... Nie zaluje, bo w ten sposob
        mialem sposobnosc, a zwlaszcza Braz, poogladac sobie kawalek Polski z okna
        pociagu.

        Na Centralnym witali nas rodzice. Strasznie sie wysciskalismy miny dziwne
        strojac, co ukryc mialy nasze wzruszenie.
        Wkrotce wynurzylismy sie na powierzchnie ziemi pod samym Palacem Kultury i w sam
        srodek szalonego labiryntu zaparkowanych samochodow. Byla godzina szczytu,
        rzuceni wiec zostalismy od razu na glebokie wody warszawskiego ruchu kolowego...
        Jezu Chryste!

        Wieczorem dobila psiapsiola z Vancouver, z ktora -tym razem- rozstalismy sie w
        Krakowie. Mamine trunki saczylismy do poznych godzin nocnych, a rozmowom nie
        bylo konca...
        • jutka1 Re: podrozy czesc dalsza- Polska 1 cd 28.10.05, 20:31
          Hahahahahaaaaaa....... niezle Was urzadzil kierowca :-))))

          Jako, ze wielka czesc tego odcinka znam z autopsji (cmok cmok :-)))), czekam z
          niecierpliwoscia na nastepne. Nie trac ducha, pisz, pisz, pisz. Paryza jestem
          wielce ciekawa ;-)))
          Sama za 3 tygodnie tam bede :-)

          J. :-)))
        • ani-ta Re: podrozy czesc dalsza- Polska 1 cd 28.10.05, 20:39
          potwierdzam:)
          najszybsze polaczenie kolejowe Warszawa - Wroclaw wiedzie przez Poznan:)
          pozostaje w oczekiwaniu na c.d.:)
          • don2 Re: podrozy czesc dalsza- Polska 1 cd 28.10.05, 22:09
            Potwierdzam,ze w PL ciagle brakuje ludziom wykonujacym swoja prace,tego zmyslu
            serwisu .I jak zawsze przy okazji czytania takich reportazy naszych rodakow z
            podrozy po PL uderza mnie ten sam fenomen : poznaja ,ze cudzoziemiec,traktuja
            jak cudzoziemca i w calym tlumie w srodku miasta ,wszyscy w kolo widza zem
            cudzoziemiec.Jakies fatum wisi nad moja osoba widocznie.Ja tego nie odczuwam !
            Nie zauwazam.Nikt mnie jakos nie bierze za cudzoziemca.Jestem srednio co
            miesiac w PL-jezdze autem na obcej rejestracji,place karta kredytowa
            zagranicznego banku Nie jestem z wygladu typowym Polakiem,a nawet na odwrot i
            nawet pies z kulawa noga,nie traktuje mnie innaczej jak krajowca.Zdaza sie ,ze
            musze kogos zjebac,nie powiem zdaza sie-robie to po polsku .Na granicy
            pokazuje obcy paszport,nazwisko mam od urodzenia niepolskie i bardzo
            rzadko,straznik graniczny stara sie do mnie odezwac innaczej jak po polsku.
            pewno jakis taki pechowy jestem.A tak bym chcial by wszyscy widzieli we mnie
            obcokrajowca.Ech nie ma to jak dawniej.Nawet babcia toaletowa natychmiast
            rozpoznawala ,ze nie jestem "krajowiec"
            To tak na marginesie w zwiazku z przeczytaniem reportazu CJ.
            • don2 Re: podrozy czesc dalsza- Polska 1 cd 28.10.05, 22:13
              PS.Suszarek w Pl,jak pies nasral.Inne czasy Panie dzieju.W ciasnych mieszkaniach
              suszarka to praktyczne wyjscie z problemu.Wiekszosc pralek tez juz ma te
              urzadzenie-skad wiem? ano bardzo mnie interesuje ten problem,jako ze pralki sa
              o polowe tansze jak u nas.
              • ani-ta Re: podrozy czesc dalsza- Polska 1 cd 28.10.05, 22:42
                od 6lat mam pralke z suszarka:)
                i ciesze sie, ze w koncu znowu bede mogla ja uzyc... do pieluch:) i tak sie je
                prasuje potem:)))

                moze instrukcji obslugi nie pojelam... ale zawsze wyjmuje z suszarki kulke
                czegos... co potem ostro prasowac trzeba:)
                ale sprawdzila sie na kombinezonach mlodej - jak mialam pol doby na wypranie i
                wysuszenie:)
                • ania_2000 suszarka 29.10.05, 00:05
                  ani-ta - suszarki (przynajmniej te amerykanskie) (notabene nie wyobrazam sobie
                  zycia bez 1.suszarki i 2.zmywarki) - maja taka rure odprowadzajaca gorace
                  powietrze na zewnatrz domu, a w PL chyba nie (nie wiem jak w innych krajach).

                  - przez co suszy sie szybciej i wyjmuje suche jak pieprz i nie takie
                  wygnieciono/skulone - tylko proste (w miare ofkorz)
                  ja nie prasowalam juz od wielu lat:)
                  • ertes Re: suszarka 29.10.05, 00:08
                    Ale jeden trik: trzeba wyjac zaraz po wysuszeniu.
                    Jak sie zostawia to potem jest kulka ;)
                    • ania_2000 Re: suszarka 29.10.05, 00:15
                      dokladnie - nie wolno wysuszonego prania zostawic w suszarce na pare dni -
                      no bo wtedy trzeba drugi raz suszyc, zeby sie rozprostowalo:)
                      • chris-joe Re: suszarka 29.10.05, 01:45
                        Wiec wlasnie- "nasze" suszarki polegaja na tym, ze jak sie szmaty wyjmie zaraz
                        po suszeniu, to sa one wlasciwie gotowe do noszenia. Ania slusznie zauwazyla,
                        ze miast prasowac, wystarczy szmate wrzucic do suszarki na pare minut.
                        Nawet polskie pralki sa od "naszych" inne- cykl jest znacznie dluzszy od naszych
                        i "wyrzete" sa chyba dokladniej. Mimo, ze nadal mokre.

                        Ja troche takze rozumiem polski brak nawyku uzywania suszarek. Ania znow ma
                        racje co do czestego braku mozliwosci zainstalowania w polskich np. blokach
                        "rury wydechowej". Ponadto polskie ceny pradu...
                      • ani-ta Re: suszarka 29.10.05, 03:02
                        na pare dni?
                        raczej sobie nie wyobrazam:)
                        • chris-joe Re: suszarka 29.10.05, 03:26
                          anita, te pieluchy to ty na pewno w suszarce na dlugo nie zostawisz :)))
                          Pamietasz jeszcze jak sie dzieciaki przewija? Czy to tak jak z nartami i
                          rowerem? :)))
                          • ertes Re: suszarka 29.10.05, 05:11
                            Pieluchy? W suszarce?
                            hmmm te czasy mineeeeely...
                            • don2 Re: suszarka 29.10.05, 11:25
                              ciekawe,moja suszarka wiruje i wszystko sie suszy rownomiernie-t-shirt moge i
                              jeans zakladac natychmiast.
                          • ani-ta Re: suszarka 29.10.05, 23:03
                            cj:)))
                            blagam! chociaz ty mnie nie strasz!!!
                            ja cala w strachu jestem! 8lat temu liczylam na "instynkt"... a teraz pomna
                            doswiadczen BOJE sie jak diabli!:)

                            jeden etap mam za soba... wozek wybralam! uuuufffff....
                            etap drugi... kompletuje wyprawke... wyprawka dla dziecka urodzonego latem (to
                            bylo) jest DUUUUUZO mniej skomplikowana niz dla dziecka urodzonego zima (to
                            bedzie)...
                            bezdzietna przyjaciolka po zapoznaniu sie z oferta sklepow - jeknela... i
                            poradzila - kup WSZYSTKO... cos z tego na 100% sie przyda:))) i jest to jedyne
                            sluszne wyjscie:))))

                            oczywiscie sen - koszmar powrocil!:)
                            wychodze ze szpitala, trafiam do domu i odkrywam ze zapomnialam dziecka...
                            wracam do szpitala, a tam mi mowia, ze juz wydali komus - bo stan na oddziale
                            musi sie zgadzac!!!:)
                            • iamhotep Re: suszarki cd 31.10.05, 08:18
                              anita,
                              wychodzi na to, ze masz suszarke kondensujaca wilgoc i temu ta kula. Gdyby byla
                              wywiwowa tego problemu by nie bylo.
                              • basia553 Re: suszarki cd 31.10.05, 08:46
                                ja mam suszarke kondensujaca i ze zdziwieniem czytalam o tej kuli. moje
                                wysuszone pranie wychodzi lekkie jak piorko i gotowe do ubrania, czy wlozenia
                                do szafy. mysle ze musisz anita sprawdzic ile wolno ci wlozyc do tej suszarki.
                                kula moze sie robic, jesli cala na raz wyprana bielizne, naraz wkladasz do
                                suszarki. moj jeden ladunek prania suszy sie na cztery "zmiany".
                                • maria421 Re: suszarki cd 31.10.05, 10:28
                                  Zalezy, jakie ma programy suszarka, ale wydaje mi sie, ze wszystkie nowsze maja
                                  tzw. Knitterschutz, czyli program zapobiejajacy gnieceniu sie suchej juz
                                  bielizny. Ale i w tym wypadku nie nalezy bielizny zostawiac na dluzszy czas po
                                  skonczeniu calego programu, bo caly "Knitterschutz" na nic.
                                  Ja laduje moja suszarke do granic wytrzymalosci. Niektorze rzeczy potem
                                  prasuje , niektore nie. Zalezy od materialu i zastosowania.
                  • ania_2000 wawel. 29.10.05, 00:13
                    Moi tutejsi znajomi, ktorzy wybrali sie do Polski w sierpniu na
                    miesieczny/objazdowy urlop wrocili zachwyceni:) szczegolnie nie mogli wyjsc z
                    podziwu nad iloscia tzw. "czarnych punktow" na drodze.
                    A juz szczeka im opadla na widok umiejetnosci polskich kierowcow:)
                    Na wawelu natomiast zostali potraktowani po krolewsku - dojechali za pozno, juz
                    zamykali, ale jak zaczeli jeczec pani, ze taki kawal jechali - to pani
                    przewodnik zrobila im prywatna wycieczke.
            • chris-joe Re: podrozy czesc dalsza- Polska 1 cd 29.10.05, 01:37
              I tak, don, i nie: uwazam, ze generalnie uslugi sa na poziomie porzadnym, jako
              turysta w biegu (staly, badz czesty, mieszkaniec PL moze miec inne obserwacje od
              moich) bylem zadowolony. Obsluga jest generalnie uprzejma. Wytknalem kilka
              wyjatkow, wlasnie dlatego, ze mi sie zdawaly wyjatkowe. No i kojarzyly mi sie z
              Polska, jaka znalem niegdys.

              Co do bycia "cudzoziemcem": pytalem o to znajomych, ktorzy w moim towarzystwie
              potwierdzali moje obserwacje (ze jestem ogladany). Wszyscy mowili, ze to moje
              (farbowane i wystylizowane) wlosy i/albo mlodziezowy styl ubrania. Pytalem: czy
              wygladam wiec moze na geja :) "Nie -odpowiadali- wygladasz po prostu na
              cudzoziemca".
              Koniec i basta.
              • don2 Re: podrozy czesc dalsza- Polska 1 cd 29.10.05, 10:56
                wygladam wiec moze na geja :) "Nie -odpowiadali- wygladasz po prostu na
                cudzoziemca".

                CJ,nie chce byc zlosliwy ale co drugi facet na polskiej prowincji tak wyglada i
                masz znajomych wazeliniarzy.I nie bardzo znam sie na "stylizacji wlosow" ale
                jak dla mnie to stylu w tym nie widze.Nie musisz sie obrazac.
                • chris-joe Re: podrozy czesc dalsza- Polska 1 cd 29.10.05, 16:31
                  Don, ja moim znajomym place. A ty to masz zdrowo po...bane... Uznajmy, don, te
                  rozmowe za niebyla.
                  • don2 Re: podrozy czesc dalsza- Polska 1 cd 29.10.05, 17:02
                    EEEEEeeeee ,ja mam pojebane? ja napisalem co ja uwazam o tym co ty napisales.A
                    jak ci nie pasuje to nie pisz publicznie.Czy ty uwazasz ,ze nie mam prawa?
                    A moze uwazasz ,ze jestes nietykalna swieta krowa? To sie mylisz i to grubo.
                    jak chcesz byc traktowany jak wszyscy to wlasnie tak,to wyglada.Byla mowa o
                    twoim wygladzie ? takie jest moje zdanie na ten temat.
    • chris-joe podrozy czesc dalsza- Polska 2 08.11.05, 22:33
      Ach, Stolica…
      Gdy bylem tu przedostatnim razem, podobalo mi sie. W oczy rzucaly sie zmiany,
      bylo czysciej, bogaciej, bardziej „europejsko” niz za poprzedniego pobytu.
      Odkrylem, ze mimo masy negatywow i jeszcze wiecej „rzeczy do zrobienia”, ta
      „nowa Warszawa”, ta „Warszawa europejska”, niezaprzeczalnie sie wykluwa.
      Mowilem sobie: za pare lat, gdy znow tu przyjade, bedzie to niemal normalne
      europejskie miasto!

      No, i przyjechalem tych kilka lat pozniej... Moja vancouverska psiapsiola, co
      dobila –juz z Warszawy- na spotkanie z nami w Krakowie, ostrzegala nas, gdy
      grupowo zachlystywalismy sie tym miastem: „niczego takiego w Warszawe sie nie
      spodziewajcie i nie obiecujcie sobie za duzo...”

      Warszawa prawie wcale sie nie zmienila na przestrzeni tych kilku lat. I o ile
      za zapoprzednim razem (poprzedniego nie licze, bo wpadlem wowczas na 5 dni na
      Boze Narodzenie i prawie nic nie widzialem) cieszyly mnie nowe wiezowce
      (bardziej lub mniej trafione), niektore zakamarki, zakatki z nowotchnietym w nie
      zyciem; tak tym razem porazony bylem wlasnie brakiem zmian, w miescie ktore
      zmian potrzebuje jak powietrza.

      O ruchu kolowym wspominac chyba nawet nie wypada... Gdy ilosc aut dramatycznie w
      ciagu tych lat skoczyla w gore, nie zrobiono NIC, by ruch ten zmodernizowac i
      ulatwic. Przebijanie sie przez miasto -nie wazne o jakiej porze dnia- jest
      meczarnia. Zli na samych siebie chwalimy imie Gierka za ...Trase Lazienkowska
      i Wislostrade. Od tamtych lat Warszawa nie zdobyla sie na nic nowego!

      Spacery sa niebezpieczne, bo miasto nadal korzysta z gomulkowskich chodnikow.
      Niewprawiony przechodzien co krok ryzykuje rozcharatanie pyska.

      Tak, widac nowe i wlasnie budujace sie gmachy i wiezowce- ale wszystkie w jakims
      nieladzie, nie widac zadnej koncepcji urbanistycznej. To sa wysepki
      architektonicznych inicjatyw zupelnie nie powiazane wzajemnie.

      Z jednego ladnego i ciekawego miejsca do drugiego (a nie czarujmy sie- nie ma
      ich zbyt wiele) trzeba sie dlugo przebijac przez reszte Warszawy, czyli ta
      niespojna, amorficzna, szara, pocharatana, na cwierc-odnowiona i zagubiona
      wiekszosc miasta.

      A do tego koszmar, ktorego Warszawiacy nawet nie dostrzegaja (przynajmniej moi
      nie dostrzegli, do czasu, gdy to wytknalem)- kompletne i wyzdane szalenstwo i
      anarchia reklam. Nie mowie o zadnych tam bilbordach, czy szyldach na interesie!
      Ale o tych drobnych blaszanych, tekturowych i plastikowych wywiechach
      przykreconych do kazdego plota, do kazdej piedzi parkanu, po trzy, po piec obok
      siebie, kto da wiecej, reklamujacych to i owo w innej dzielnicy, czy wogole
      gdzies pod Warszawa: a to jakies spa czy salon kosmetyczny, a to warsztat
      blacharski, a to kusnierz, naprawa samochodow, dachy, kaloryfery, punkt skupu,
      druty, kable, ocieplanie domow, depilacja, jubiler, naprawa komputerow, sprzedaz
      hurtowa mebli i znow jakas hurtownia, zaklad spawalniczy i nauka angielskiego,
      stroje do komunii i borowanie zebow.
      Nie ma odpoczynku dla wzroku, otoczony zgielkiem ogloszen jestem na pograniczu
      ataku paniki.
      Z pewnoscia nie pomogl fakt, ze byl czas wyborow, do zwyklego asortymentu
      wywieszek doszlo wiec zatrzesienie plakatow wyborczych w ilosci dotad mi nie
      znanej.
      Wyglada na to, ze w Warszawie nie ma regul okreslajacych zasad reklamy ulicznej,
      albo sa one nieeeezwykle liberalne, albo nikt ich nie przestrzega.

      Nie, nie, nie! Estete Warszawa nie nacieszy.

      Ale byl przyjemny wieczor, gdy po Starowce poszlismy na dlugi spacer po
      Ujazdowskich i do Lazienek i tam, w parku lazienkowskim, zastala nas noc, lecz
      jeszcze zalapalismy sie na piwo w knajpce przy Teatrze na Wodzie. (Tylko
      dlaczego w tym parku prawie nie ma zadnego oswietlenia?!)

      Wpadlismy tez –obowiazkowo!- na Roztocze. Przez Lublin i Zamosc, samochodem.
      Tez bardzo mile spotkanie z ulubiona ciotka, jej synem i synowa.
      Wodka byla i piwo i zarcie i rozmowy po swit. I na polityke zeszlo, i na to ze
      ciotka- lepperowka, a jej syn- zapiekly antysemita.

      A ojciec pokazywal mi budynek, w ktorym –jak mowil- przynajmniej tysiac Zydow
      rozwalono, tuz obok Rynku. W mroku wydawalo mi sie, ze na budynku jest tablica
      pamiatkowa, podszedlem wiec blizej, by odkryc, ze to jedynie drzwiczki do
      hydrantu. A pare metrow dalej, juz przy Rynku- okazaly pomnik, centralne
      miejsce miasteczka (typowy przedwojenny schtettel): „Ku czci 21 polskich
      partyzantow rozstrzelanych w tym miejscu przez niemieckich okupantow”)

      Za miasteczkiem juz, tuz obok szosy na Zamosc- kamien pamiatkowy, ze tu masowo
      wymordowano okolicznych Zydow. W glebi lasu zas, w haszczach, galeziami
      oznaczone ad hoc przez niedawna wycieczke z Izraeala zapadlisko w ziemi, gdzie
      niegdys byl masowy grob pomordowanych. Tak informowala odreczna tabliczka
      przywiazana sznurkiem do drzewa: po hebrajsku i angielsku. Gdysmy tam trafili,
      tabliczka byla stracona na ziemie, zas galezie-znaki polamane.

      Drogi nie tak znow zle- niezly asfalt, swierzo oznakowane. Tu i owdzie koleiny
      w asfalcie.
      Glowna szosa Warszawa – Lublin dwupasmowa (jedno pasmo w jedna strone). Szosa
      ciagnie przez kazda wies i miasteczko co chwila wiec przejezdzamy przez jakas
      osade, zwalniamy, wpadamy w lokalny ruch kolowy, na przejscie dla pieszych, korki.
      Spiety Braz uczy sie wymijania na polskich drogach, tego dzielenia sie swym
      pasem z samochodami nadjezdzajacymi z przeciwka; uczy sie cierpliwosci, gdy
      utykamy za jakims zukiem, czy traktorem, czy tez... samochodem wypelnionym
      butlami z gazem bez zadnych ostrzegajacych oznakowan..., a gdy wreszcie uda sie
      go wyprzedzic wpadamy wlasnie w kolejna wies, na kolejne przejscie dla pieszych.
      Okolo godziny 4 po poludniu utykamy na dobre, ruch zatrzymany na kilka
      kilometrow, kolejka aut blyskawicznie sie wydluza- bo wlasnie o tej porze
      lokalna administracja wyslala ekipe do wycinania konarow przydroznych drzew.
      Idzie to sprawnie. Akrobaci na linach wspinaja sie na drzewa, tna olbrzymie
      galezie, reszta ekipy uprzata je z jezdni.
      Zajmuje im to moze 20 minut, moze pol godziny. Mnie jednak nurtowalo
      prowokacyjne pytanie: czy nie moznaby akcji takiej przeprowadzic, dajmy na to, o
      3 w nocy, gdy ruch jest niemal zaden?
      Ruszamy wreszcie- szczelnie zwarta kolejka aut i ciezarowek ciagnie sie przez
      wiele kilometrow. Domyslam sie, ze za nami rowniez. (Tak sie trafilo, ze
      bylismy pierwszym samochodem jadacym na zachod, ktorego juz nie przepuszczono
      przed akcja „Wycinanie”).

      W trakcie podrozy po Polsce widzielismy jakies budowy autostrad- z emblematami
      funduszu UE- ale bylo ich bolesnie malo.

      Jednakze –sila rzeczy- minelismy sporo wsi i miasteczek. Wygladaly niezle,
      jesli nie dobrze. Duzo budow. Ulepsza sie chodniki, lokalne drogi,
      oswietlenie. Zdaje sie, ze prowincja w tej mierze lepiej sobie radzi niz Stolica...

      Po czterogodzinnej przeprawie z Lublina do Warszawy do domu docieramy skonani.

      Nastepnego dnia odwozimy Braza na Etiude i dziekujemy panu, ze nie leci z
      Chopina, bo tam tlumy niewyobrazalne! Jak na Wschodnim za komuny w czasie
      papieskiej pielgrzymki, nie przymierzajac! Nowe Okecie strasznie szybko sie
      „skurczylo”. Ale buduja juz nowe- kilkakrotnie wieksze.

      Po wylocie Braza zostaje w PL sam. Dziwne uczucie- tylko ja i rodzina. Z
      rodzicami ogolnie milo. Wychodzili z siebie, by nam dogodzic. Lecz szkoda, ze
      gdy sie wpada do domu raz na kilka lat, ze sie przed wizyta przysiega, ze bede
      usmiechniety, mily szalenie i wogole, to po dwoch pierwszych radosnych godzinach
      mecza nas i nuza i irytuja te same rzeczy, ktore meczyly nas za mlodu, gdy tam
      mieszkalismy. Wpadamy niemal od razu w ten sam schemat i rytyne, jakbysmy nigdy
      nie wyjechali...

      Tak sie cudownie i wyjatkowo zlozylo, ze akurat w Warszawie bawilo kilka
      bliskich osob: psiapsiola z Walbrzycha/Warszawy- dzis w Vancover, o ktorej juz
      wspominalem, inna psiap
      • jutka1 Re: podrozy czesc dalsza- Polska 2 08.11.05, 22:42
        Obcielo Ci wpis....
      • chris-joe podrozy czesc dalsza- Polska 2 cd 08.11.05, 22:47
        Tak sie cudownie i wyjatkowo zlozylo, ze akurat w Warszawie bawilo kilka
        bliskich osob: psiapsiola z Walbrzycha/Warszawy- dzis w Vancover, o ktorej juz
        wspominalem, inna psiapsiola- dzis w Braunschweigu, jeszcze inna- dzis pod
        Barcelona, jeszcze inny bliski kumpel (panie tu zebrane a znajace polskie
        realia, moga go znac jako Andre Renard- ten od damskich bluzeczek:),
        zaprzyjazniona gejowska parka. Wszystko to towarzystwo dobrze sie znajace,
        paczka niemal, tak wyjatkowo zupelnie, na raz do Warszawy zjechana.
        Ta parka panow wiec zorganizowala prywatke. Doszlo jeszcze pare osob mi nie
        znanych, ale bliskich calej reszcie, jak np. ta wariatka z Connecticut (i jej
        polski maz), ktora przyjechala do Polski pod prad w polowie lat 80. gdy cala
        Polska jechala w przeciwnym kierunku, tu wyszla za maz i zostala (jej polski
        jest i-de-al-ny, z ledwo tylko wyczuwalnym akcentem, ale bezbledny!)
        Bylo strrrasznie fajnie! :) Nie tam bibka- normalna prywatka prawie!

        Zostaje jeszcze czas na zakupy, a te w Polsce sa dosc latwe i wzglednie
        przyjemne. Ale tu moi Warszawiacy troche psiocza na te wszystkie anonimowe
        galerie handlowe, podczas gdy mnie one wcale nie przeszkadzaja- wrecz przeciwnie.
        Zas absolutnym przebojem byly dla mnie te male sklepiki spozywcze, te
        miniaturowe pewexy-delikatesy: od wodki, piwa i papierosow, po pieczywo, sery ,
        wedliny i kielbasy, kiszonki, slodycze i ananasy. A wszystko w olbrzymim
        wyborze, wszystko ladnie zapakowane, obsluga przemila! Niektore otwarte i w
        nocy. Nasze pln.amerykanskie convenience store’s odpadaja z hukiem! Tylko
        wybrane niektore wybrane european deli’s moga sie do tych sklepikow przymierzac.
        Co dziwne- nie widzialem takich sklepikow ni w Londynie, ni w Berlinie, ani w
        Paryzu. Czy to jakas polska specjalnosc?

        Wreszcie i ja z rodzicami jedziemy na Etiude. Bedziemy po raz pierwszy leciec
        razem samolotem :) Rozrzewniamy sie troche, mowiac o tym, czym taki wspolny lot
        do Paryza bylby dla nas 25 lat wczesniej... Ale i tym razem jest to frajda,
        mimo ze tatus znudzony rozwiazuje krzyzowki, gdy ja z mama wylapuje przez radio
        w moim mp3player mijane w dole stacje radiowe- czeska (wlasnie mijamy
        rozswietlona Prage), niemieckie (nad Niemcami i Luxemburgiem) i wreszcie francuskie.

        Okolo 9 wieczorem ladujemy na Orly.
        • jutka1 Re: podrozy czesc dalsza- Polska 2 cd 09.11.05, 08:39
          Dzieki, CJ.
          Z moich ostatnich parokrotnych pobytow w Warszawie milam podobne wrazenia co do
          kierunku rozwoju, ale mysle, ze za pare lat to sie wszystko ze soba zgra i
          bedzie w miare spojnie wygladac.
          Sciany wschodniej nie znam zupelnie - jest na mojej liscie miejsc do
          odwiedzenie, szczegolnie Lublin i Zamosc. I oczywiscie Bieszczady.

          Czekam na reminiscencje paryskie... :-)))
      • swiatlo Miasteczko Bełz 08.11.05, 23:23
        chris-joe napisał:

        > A ojciec pokazywal mi budynek, w ktorym –jak mowil- przynajmniej tysiac
        > Zydow rozwalono, tuz obok Rynku. W mroku wydawalo mi sie, ze na budynku jest
        > tablica pamiatkowa, podszedlem wiec blizej, by odkryc, ze to jedynie
        > drzwiczki do hydrantu. A pare metrow dalej, juz przy Rynku- okazaly pomnik,
        > centralne miejsce miasteczka (typowy przedwojenny schtettel): „Ku czci 21
        > polskich partyzantow rozstrzelanych w tym miejscu przez niemieckich
        > okupantow”)

        Mój miły Icełe
        Już nie bój się nocy
        I ludziom w oczy patrz w miasteczku Bełz
        Minęło tyle lat
        harmonia znów gra
        Obłoki płyną w dal znów toczy się świat
        Wypiękniał nasz Bełz
        W ogrodach na grobach bez
        Nikt nie chce pamiętać
        nikt nie chce znać smaku łez
        I tylko gdy śpisz samotny i sam
        I tylko gdy śpisz płyniesz giniesz tam
        Gdzie tata i mama przy tobie są znów
        I czule pilnują malutkich twych snów

        Miasteczko Bełz kochany mój Bełz
        W poranne gazety ubrany spokojnie się budzi Bełz
        Łagodny świt zwyczajnych dni rytm
        W niedzielę bezpieczna nad rzekę wycieczka
        I w krzakach szept
        A w piekarni pachnie chleb
        Koń nad owsem schyla łeb
        Zakochanym nieba dość
        Tylko cicho gwiżdże ktoś

        Miasteczko Bełz kochany mój Bełz
        Wypłowiał już tamten obrazek milczący płonący Bełz
        Dziś kiedy dym to po prostu dym
        Pierścionek na szczęście
        W przemyśle zajęcie
        W niedzielę chrzest

        Białe ziarno czarny mak
        Młodej żony ciepły smak
        Kroki w sieni
        Nie drżyj tak
        To nie oni to tylko wiatr
        Miasteczko Bełz kochany mój Bełz
        W kołysce gdzieś dzieciak zasypia a mama tak nuci mu
        Zaśnij że już i oczka swe zmruż
        są czarne a szkoda że nie są niebieskie
        Zaśnij że już i oczka swe zmruż
        są czarne a szkoda że nie są niebieskie
        Wolała bym
        wolała bym
        Tak jakoś
        • swiatlo Wybaczcie ten patos 08.11.05, 23:48
          Możecie wierzyć lub nie, ale akurat słuchałem tej piosenki w dokładnie tym
          samym momencie jak czytałem ten post. I tak mnie to trafiło że musiałem ją
          zacytować....
          • jutka1 Re: Wybaczcie ten patos 09.11.05, 08:31
            Nie ma co do wybaczaczania...
    • basia553 Swiatlo 09.11.05, 09:10
      czy mozesz zdradzic czyje to?
      • swiatlo Re: Swiatlo 09.11.05, 16:12
        Slowa: Agnieszka Osiecka
        Wykonanie: Magda Umer
        Piosenke mozna znalezc na CD "Zlota Kolekcja":
        www.amazon.com/exec/obidos/tg/detail/-/B00004WH5Q/qid=1131548921/sr=1-1/ref=sr_1_1/103-4327589-1507060?v=glance&s=music
        • basia553 Re: Swiatlo 09.11.05, 16:27
          Swiatlo: dzieki!
          c-j: jak piszesz o zalaniu reklama to Ci zwaracam uwage na to, co sie w tej
          chwili tutaj dzieje: co chwile otwiera sie jakas cholerna reklama i najczesciej
          tak skonstruowana, ze myslac iz ja kasuje, otwieram i szlag mnie trafia.
          Tez tak macie, czy to tylko w Niemczech sie pokazuje?
    • basia553 c-j 09.11.05, 09:11
      dziekuje za piekny opis. No to nie musze juz jechac do Polski, udalo mi
      sie:)))))
      • xurek ja tez dziekuje 09.11.05, 13:31
        przeczytalam wszystkie z duzym zainteresowaniem. Bardzo mi sie podobaly.

        Xurek
    • chris-joe Paryz 1 04.12.05, 08:40
      Nastolatkiem bedac, gdy rowiesnicy zaczytywali sie Hemingwayem, badz Hlaska, ja
      pod kasetka w szkole, w autobusie, w kolejce miejskiej i w lozku do
      wczesnorannych godzin zarlem Prousta tom po tomie. Gdy w pokojach moich
      rowiesnikow nad lozkami wisialy plakaty Cruyffa, Stonesow, badz Talking Heads,
      nad moim wisiala olbrzymia mapa Paryza zakupiona w warszawskim Domu Kultury
      Wegierskiej, a na mapie tej pozaznaczalem bylem paryskie adresy Prousta. Ostatni
      i najwazniejszy byl przy Rue de l’Amiral Hamelin nr.44, tuz obok Rue Kleber.
      Tam, w swym slynnym obitym korkiem pokoju Proust napisal „W poszukiwaniu
      straconego czasu” i tam tez umarl, by zostac pochowanym na Pere Lachaise.

      Jasne, ze w tamtych latach „chcialem w swiat”, ale tak napraaaawde to marzylem o
      Paryzu, a dokladniej- o Rue Hamelin i o Pere Lachaise.
      Wreszcie wyjechalem z Polski -jak sie okazalo, na stale- nie do Francji jednak
      ale przez Grecje nad kanadyjski Pacyfik. Przez Europe ocieralem sie rzadko i
      tylko w drodze do Polski, ale nigdy przez Paryz.

      Ale to powyzej, to jedynie sentymentalna dygresja.

      No, wiec stanelismy w malym, skromnym ale przyjemnym hoteliku na Marais, tuz
      obok stacji metra Oberkampf.
      Pierwsze wrazenia? Podczas gdy my bylismy ubrani zupelnie pod pogode, Paryzanie
      byli juz opatuleni w plaszcze, czapki, rekawice i szaliki! Z niedowiarzaniem
      ogladalismy sie wzajemnie. (Paryzanki, prosze o wyjasnienie!)
      Pierwszy dzien spedzilismy na powolnych zwiedzanio-spacerach (tatus- blizej
      80tki niz 70tki, mama- dziarska 65tka). Zreszta, rodzice byli juz w Paryzu pare
      razy.

      Pl. Republiki, Ratusz, Notre Dame, Panteon (Moj boze! Sklodowska jest jedyna
      boginia na Panteonie! I jedna z pieciu tylko chyba nie-Francuzow!) porzadny
      obiad przy St. Michel miedzy Sorbona a Ogrodem Luksemburskim, sjesta w Ogrodzie
      wsrod setek porozrzucanych krzesel, St. Sulpice z freskami Delacroix, zamknieci
      juz Inwalidzi, Most Aleksandra, Quai D’Orsay, wjazd na Wieze Eiffla juz o
      zmroku, Palais de Chaillot.

      Odkrylem -z rozkosza nie tajona!- ze o ile w QC po 4 latach nadal ledwo udaje
      mi sie ichni francuski rozebrac, to w Paryzu prawie wszystkich rozumiem!!! Moge
      rozmawiac i –co zabawne- z pewna latwoscia zaczynam nasladowac rozkoszna
      francuska wymowe francuskiego! :) Co za ulga! Francuski naprawde potrafi byc
      ladny, bardzo ladny :)))

      Z tej radosci obezwladniajacej w Ogrodzie Luksemburskim wdaje sie w
      przekomarzanie z pieciorgiem policjantow (4M+1F). Robie zdjecia, a gdy widze
      przechodzacych nieopodal gliniarzy celuje i w nich obiektywem. Podchodza do
      mnie ze srogimi minami. Dlaczego ich fotografuje? „Bo jestem pierwszy raz w
      Paryzu i wszystko tu dla mnie takie egzotyczne!” -„My tez jestesmy egzotyczni?!”
      –„ Alez oczywiscie! Prawdziwi francuscy flics!” -„Prosze pana, egzotyczne to
      moga byc ptaki na Tahiti, ale nie my!”- gliniarz robi za „zlego gliniarza”...
      „Mais non, Monsieur! Slowo egzotyczny pochodzi z greckiego, gdzie ekso oznacza
      na zewnatrz, poza.... -medrkuje zaczepnie– a ze jestem z Kanady, z ktorej to
      perspektywy Francja jest na zewnatrz a z nia wszystko co w niej jest, les flics
      inclus, stad i wam robie zdjecie, bo dla mnie, jak wyjasnilem, jestescie
      EGZOTYCZNI!”. Katem oka widze, ze policjantka zaczyna sie dyskretnie usmiechac
      (robi za „dobra gline”), takze rysy „zlego gliniarza” sie rozluzniaja, na tyle
      ze pozwala sobie poprawic jeden z wielu bledow, jakie popelnilem, ale juz z
      lekkim usmiechem. Wszyscy nagle jestesmy pelni usmiechow. „Na przyszlosc
      prosze wpierw poprosic o pozwolenie”- „Mais, bien sur!”
      W Stanach, w Nowym Jorku, chyba nie byloby tyle usmiechow...

      Poznym wieczorem jestesmy pod Lukiem Triumfalnym. Gdy wreszcie orientujemy sie,
      ze La Grande Armee to nie Pola, gdy zawracamy i rozpoczynamy spacer po Champs
      Elysees, dopada nas lekki dzdz. Znow obiad, karafka wina, kawa swietna jak w
      Polsce.

      W lobby hotelowym mizdrzy sie do mnie jakas slicznosci Amerykanka- Latynoska z
      Florydy, przedstawia mnie swemu czeskiemu chlopakowi, sa lekko wstawieni.
      Czech –szalenie przystojny- tez zdaje sie ze mna z lekka flirtowac, ida sie
      bawic, jest sobota, moze sie przylacze?... Zegnam sie czule, Amerykanka zwisa
      mi na ramionach i caluje po szyi, Czech dlugo sciska mi dlon. ...Ze
      staruszkami wsiadam do windy. W lozkach roztrzaskujemy wspolnie tatusine
      krzyzowki.

      Rano rodzice decyduja dac mi wychodne. Pedem rzucam sie w Paryz.
      A wiec Monmartre, Sacre-Coeur, Pl. Pigalle, Moulin Rouge, Pl. Clichy. W drodze
      pod Luk przesiadam sie na stacji Champs-Elysees Clemenceau- tam remont, zrywaja
      sciany i zdzieraja nagromadzone przez dekady warstwy plakatow. Plakatowe
      wykopaliska siegaja z pewnoscia przynajmniej lat 50. a i pewnie glebiej, widac
      to po stylu plakatowych strzepow. Przechodza mnie lekkie dreszcze, jak na
      „Rzymie” Felliniego, gdy kopacze metra odkrywaja przypadkiem starozytne
      katakumby. (Lucja, zadbaj o to, by tak te stacje zostawili!).
      Serpentyna schodkow wbiegam na Luk. Paryz stamtad z lekka zamkniety w sobie i
      milczacy- jest mgla, pochmurno, Wieza ledwo-ledwo pokazuje swoj zarys.

      Odbijam w Rue Kleber i znow w lewo, na ulice Hamelin, pod Hotel Elysee Union.
      Zaluje poniewczasie, ze nie tam wlasnie sie zatrzymalismy. Chociaz...
      Nie wiem na ktorym pietrze mieszkal Proust, nie wiem ktore okno nalezalo do
      korkowego pokoju. Wiem jednak, ze nie wegierska mape Paryza mam przed soba.
      Daje nastolatkowi z Rembertowa kilkanascie dlugich minut, ten zas przylega do
      slupa i gapi sie dlugo w okna budynku nr.44.

      Wracam do Inwalidow, tam kloce sie z bileterka, ogladam grob Napoleona i Focha,
      jem lunch w muzealnej kafeterii. Przy kasie obsluguje mnie troche nonszalancka,
      ale usmiechnieta i mila po swojemu, z lekka glosnawa rosla brunetka. Przyjmuje
      pieniadze, wydaje reszte, odwraca sie pol-cialem i wykrzykuje (cytuje w
      orginale): „Marie! Ide sie wysikac!” Odchodzi.

      Wracam znow przez Quai d’Orsay, obok Zgromadzenia Narodowego, przez Most Zgody
      do Place de la Concorde. Stamtad do kosciola Madeleine, pod Opere, Place
      Vendome do Tuileries. I do Luwru.
      W rozmowie telefonicznej Paryz-Warszawa Braz ostrzegal mnie, ze do Luwru sie nie
      dostane, podobnie jak pod Wieza zastal tam szalone kolejki. Nie planuje wiec
      nawet wejscia do Muzeum. Snuje sie po parku, obwachuje Palac. Wreszcie, z
      ciekawosci, wchodze do szklanej piramidy- widze jedynie kilka osob w kolejce!
      Kasjerka znudzona i leniwa rusza sie jak mucha w smole, co chwila zastyga w
      pol-gescie, jej wzrok sie gdzies zawiesza, odbiera jakis telefon, chichoce.
      Wdaje sie z nia w sprzeczke...

      Mam bilet do Luwru i... nie bardzo wiem, co mam robic. Lekcji nie odrobilem,
      nic nie zaplanowalem, czasu mam niewiele. Decyduje sie wiec na krok typowy dla
      niezliczonych rzesz turystow- biegiem do Mony Lisy.
      Oczywiscie natychmiast wpadam na Nike z Samotraki. Dobijam do sali
      sredniowiecznego malarstwa wloskiego. Tu katem oka dojrzawszy mnostwo znanych
      plocien podejmuje rozpaczliwa decyzje: Klapki na oczy i prosto przed siebie!

      W glowie kolacza mi mysli o rzeszach artystow, badaczy i amatorow porozrzucanych
      po najdalszych zakatkach swiata, ktorzy pol zycia by oddali, by tu sie znalezc,
      i –byc moze- nigdy im sie to nie uda, podczas gdy ja...

      Pod Mona Lisa klebi sie niewielki tlumek, docieram na pierwsza linie. Przez
      tlumek przekopuje sie zwariowana Amerykanka, wte i we wte, wte i we wte,
      rozpycha sie. Pytam, czy wszystko w porzadku, ze przeszkadza, wiec mi tlumaczy,
      ze Mona Lisa jest genialna, bo caly czas podaza za nia wzrokiem- „Niech pan
      sprobuje!”.

      Zawsze troche olewalem Mona Lise, bo to takie „zwyczajne plotno”, powielone
      przez t-shirty, biurkowe kalen
      • chris-joe Paryz 2 04.12.05, 08:42
        Zawsze troche olewalem Mona Lise, bo to takie „zwyczajne plotno”, powielone
        przez t-shirty, biurkowe kalendarzyki i kubki do kawy, z tych wszystkich
        reprodukcji wolalem „Dame z lasica”.
        I nagle stoje pod tym niewielkim obrazkiem, dziwie sie, ze kolory sa az tak
        zywe, a nie –jak na znanych mi reprodukcjach- zasniedziale i pociemniale
        (przypominam sobie, ze nie tak znow dawno plotno bylo czyszczone) i- szczerze i
        bez pretensji poddaje sie zachwytowi.

        Z Luwru jade na Pere Lachaise.
        „Wpadam” na Cherubiniego. Z trudem odnajduje grob Chopina zawieruszony w
        malenkiej alejce. Ku wielkiemu zaskoczeniu- jestem prawdziwie wzruszony.
        Odczekuje az dwojka turystow odejdzie, chce byc sam. Jednak jakis Japonczyk
        nadal siedzi na przygrobym schodku, z boku, oparty o plotek zamykajacy niewielki
        pomnik z bialego marmuru, ma zamkniete oczy. Jest oczywiste, ze zostanie tu
        jeszcze dlugo.

        W drodze do La Fontaine’a i Moliera, ktorzy dziela wspolna kwatere, natykam sie
        na Gilberta Becaud. Pozniej na Simon Singoret z Yves Montand’em. Zagladam tez
        do Wilde’a pokrytego szminkowymi pocalunkami, w drodze do Piaf mijam kwatery
        komunistow, przemykam obok Morrison’a, ktorego przed ekscesami wielbicieli
        strzeze znudzony policjant.

        Odnajduje tez grob Marcela Prousta. Nie ma tu nikogo. Na grobie ktos zostawil
        dwa karteluszki z listami. Rembertowski mlodzian, mysli by zrobic to samo, lecz
        mowie mu, ze wszystko juz dawno temu sobie powiedzieli. Siedzimy tam dlugo,
        dluzej znacznie niz u Chopina, troche melodramatyzujemy nad utraconym czasem i
        na chwile znow- ja i rembertowski mlodzian- stajemy sie jedna i ta sama osoba.

        W przyhotelowej brasserie udaje mi sie z lekka upic. Mama popija sok z
        czerwonego grejpfruta, ja z tatusiem- piwo. Tatus bawi sie odnawianiem swej
        niegdysiejszej znajomosci francuskiego usilujac samemu zamowic nastepna kolejke,
        lecz mimo mych wielokrotnych suflerskich prob, nie potrafi powtorzyc
        „pamplemousse” (a wczesniej w metrze, gdy zapatrzyl sie w jakas sikse, z
        powodzeniem i ze staropolska szarmancja strzelil: „Mademoiselle, vous etes tres
        belle”).

        Z rodzicami zegnalem sie pod hotelem -wsiadalismy do osobnych taksowek, ktore
        zawiezc nas mialy na dwa rozne lotniska -w pospiechu, pod okiem taksowkarzy i
        garsci gapiow w hotelowych oknach.
        Tatus od kilku juz dobrych lat zegna sie ze mna tak, jakby to moglo byc nasze
        ostatnie pozegnanie, a ja –choc sie do tego nie przyznaje- w glebi ducha wiem,
        ze moze ma racje.


        Paryz jest jedna z geograficznych legend tego swiata- jak Piramidy, Akropol,
        Rio, Mur Chinski, czy wodospad Niagara. I kazda z tych legend troche
        rozczarowywuje, gdy do niej docieramy, jest jakby mniejsza od swego mitu, mniej
        okazala, nie wprawia nas w to niezwykle oszolemienie, jakiego sie po niej
        spodziewalismy. Nie daje nam tego oczekiwanego spelnienia, nie wprawia w
        obiecywana ekstaze.

        W drodze do Petersburga zachwycila mnie niegdys nieoczekiwana Ryga raczej, niz
        Palac Zimowy i Petrodworec; Tokio mniejsze sprawilo wrazenie, niz nieznana mi
        Matsushima; Rio nie wprawilo mnie w podniecenie tak, jak nieplanowane Buenos
        Aires; Niagara zawiodla, podczas gdy jadac niegdys Greyhound’em noca przez Gory
        Skaliste mialem lzy w oczach.

        Nie, nie moge powiedziec, ze Paryz mnie zawiodl, jednak jesli mnie oszolomil, to
        nie tym, czym sie spodziewalem byc oszolomiony i nie w sposob jakiego oczekiwalem.
        Paryz pokazal mi swoje swiecidla (a coz mial pokazac zaganianemu turyscie?!),
        dajac jasno do zrozumienia, ze ma jeszcze cos zuuuupeeeelnie innego do
        zaoferowania. Na to najlepsze jednak trzeba zapracowac.

        Rzucilem jedynie okiem na Paryz turystyczny, czyli przytlaczajaco imperialny.
        Nie bede tu i teraz analizowal „paryskiej legendy”, jednak zdaje sobie sprawe,
        ze jej czesc krolewska i cesarska jest jedynie drobnym jej ulamkiem. A turysta
        w biegu wlasnie tego ulamka glownie doswiadcza.
        Place de la Concorde, te olbrzymie pola pod Wieza Eiffla, ta aleja od Inwalidow
        po most Aleksandra- wszystko to obliczone na zaimponowanie koronowanym glowom!
        A po mnie smiertelniku wiatr tylko hula jak w Petersburgu i -jak slysze, bom
        jeszcze nie widzial- w rownie imperialnymWaszyngtonie.
        I cala reszta bulwarow po horyzont, z tymi samymi typowo paryskimi kamienicami,
        pod linie- Paryz Haussmana i Napoleona III.

        Stolica najbardziej imperialnej z imperialnych Anglii przy Paryzu jest ledwo
        przedmiesciem. Buckingham Palace obok Luwru to prawie strozowka. A nie
        widzialem jeszcze Wersalu, ktory Ludwik XIV sobie zafundowal, bo Luwr mu sie
        znudzil!
        Gdyby nie Rewolucja Francuska, sam bym pewnie rewolucje zorganizowal :)))

        Zaskakujaco spodobal mi sie Panteon. Ale to moze wstretny ateusz we mnie
        przemowil.

        Niezaskakujaco zas zrozumialem, dlaczego uberimperialna III Rzesza miala ambicje
        przycmic Paryz.

        Zdobyli mnie jednak Paryzanie, ktorzy nie dosc ze z Paryza zrobili miasto
        super-habitable, to na dodatek sa mili i uprzejmi.
        Jasne, ze lamia kazda lamalna regule ruchu, ale gdy samochod droge zajedzie, to
        na niezadowolony gest ustepuja drogi (Paryzanie pewnie mnie wysmieja za ta
        naiwna uwage, lecz ja porownuje Paryz z Montrealem, gdzie podobny gest grozi
        smiercia, pobiciem, badz stekiem najwulgarniejszych wyzwisk).

        Oczarowali mnie paryscy pijacy popijajacy wino na ulicznych lawkach i na
        stacjach metra- troche smutni, bo zawsze w pojedynke i zupelnie cisi i niezaczepni.
        Jak ten mlodzian –nie pijak- siedzacy przez kilka dobrych godzin na chodniku
        obok mojego hotelu pijacy wino z flaszki i nieprzerwanie dyskutujacy z kims
        przez komorke.
        (Wracalem do hotelu- siedzial i rozmawial, wyszlismy do braserrie- siedzial i
        rozmawial, wracalismy do hotelu- nadal popijal i rozmawial).

        Ale –jak sie rzeklo- Paryz ledwo liznalem, bylem turysta w biegu. I choc nie
        doznalem legendarnego Paryza, dostrzeglem ze taki tez jest. Ale co wazniejsze
        od legendy- dostrzeglem nawet w biegu, ze Paryz jest wyjatkowy, ze mu sie przez
        brzegi przelewa. Lecz by mi cos z tego skaplo, musialbym tam byc, badz
        przynajmniej bywac.

        Daj mi panie boze czas i duzo, bardzo duzo pieniedzy :)
        • jutka1 Re: Paryz 2 04.12.05, 11:07
          Pol mojego dzisiejszego snu dzialo sie w Paryzu. Wstaje, a patrze w komputer ...
          a tu wreszcie sie doczekalam odcinkow paryskich Twojego raportu. Merci,
          Christophe :-)

          Nie ma co komentowac, jest tam, jak jest. Ale jedno dopisze - masz racje, jak
          piszesz o tym, ze glebsza odslone Paryz daje tylko tym, ktorzy tam sa (nawet z
          tym "bywaja" nie jestem pewna, chyba, ze to "bywanie" oznacza dluzsze pobyty
          pare razy w roku).
          Jak strzegaca wianka dziewica lub jak wytrawna kochanka/-ek: odslania sie
          powoli, krok po kroku, jakby niechetnie, i na kazda odslone trzeba sobie zasluzyc...

          Dzieki jeszcze raz, Bratsister.

          J. :-)
          • chris-joe Re: Paryz 2 04.12.05, 12:54
            A wiesz, ze ja podobna metafore chcialem uzyc- te o kochance odslaniajacej swe
            sekrety, czyli o kochanku?
            (W nawiasie pytanie czysto retoryczne: czemu kobiecie przystoi pisac
            metaforycznie o kochance, zas o kochanku juz nie; zas facetowi akurat na odwyrtke?)
            Ale ze nastroje w polskiej prasie mnie znieochocily w kontekscie ulicznych
            ostatnich awantur, sam sie ocenzurowalem z gory, zeby sie nie narzucac, nie
            afiszowac ani propagowac.

            Ale o Paryzu mowa.
            Tesknie za nim, bo czuc na kilometr, ze to miasto z jajem (a raczej z
            jajnikiem). A takich malo.

            Na mej liscie NYC nadal jednak pozostaje namber lan.
            Namber tu jest chyba Buenos.

            W pierwszej trojce Paryza oficjalnie nie umieszcze, bo to zle by wplynelo na
            flirt. Dlatego tez twierdze: no, ladny, ciekawy, ale sa ciekawsze.
            A ty nie pusc pary z geby :)
            • jutka1 Re: Paryz 2 04.12.05, 13:54
              chris-joe napisał:

              > A wiesz, ze ja podobna metafore chcialem uzyc- te o kochance odslaniajacej swe
              > sekrety, czyli o kochanku?
              > (W nawiasie pytanie czysto retoryczne: czemu kobiecie przystoi pisac
              > metaforycznie o kochance, zas o kochanku juz nie; zas facetowi akurat na
              odwyrtke?)
              *********
              A wiesz, ze nigdy nie pomyslalam/zauwazylam? ... Moze dlatego, ze latwiej nam
              pisac o sobie, bo siebie lepiej znamy? :-D

              > W pierwszej trojce Paryza oficjalnie nie umieszcze, bo to zle by wplynelo na
              > flirt. Dlatego tez twierdze: no, ladny, ciekawy, ale sa ciekawsze.
              > A ty nie pusc pary z geby :)
              **********
              Nikomu nie powiem :-)))
              Zaczelam sie zastanawiac nad moja pierwsza trojka.. Paryz, Rzym, Nowy Jork.
              Potem Sevilla, Moskva, Praga i Krakow. :-)))
              Niedlugo poznam Sydney i okolice, i zdam raport :-)
      • bella-donna Re: Paryz 1 04.12.05, 15:06
        niby bardzo pieknie zaplanowales sobie swoje pierwsze spotkanie z
        Paryzem, ale...szkoda , ze wszystko odbylo sie w takiej szalenczej
        gonitwie, zeby wszysko, juz , zaraz zobaczyc i to natychmiast.
        Paryz w maju lub we wrzesniu wygladalby zupelnie inaczej...cieplo,
        kwiaty, malenka caffe gdzie mozna by sie zadumac i wsluchac w
        przecudowny glos E. Piaf, CH. Aznavuor'a ...bez tego Paryz to miasto
        jak kazde inne, czyli bez swojej duszy...
        • maria421 Re: Paryz 1 04.12.05, 19:53
          bella-donna napisała:

          > Paryz w maju lub we wrzesniu wygladalby zupelnie inaczej...cieplo,
          > kwiaty, malenka caffe gdzie mozna by sie zadumac i wsluchac w
          > przecudowny glos E. Piaf, CH. Aznavuor'a ...bez tego Paryz to miasto
          > jak kazde inne, czyli bez swojej duszy...

          ????????????????????????
          • jutka1 Re: Paryz 1 04.12.05, 23:25
            maria421 napisała:

            > ????????????????????????
            **********
            Mialam taka sama reakcje, tylko nie wiedzialam, jak ja wyrazic ;-)))))))))
            • maria421 Re: Paryz 1 05.12.05, 14:18
              jutka1 napisała:

              > maria421 napisała:
              >
              > > ????????????????????????
              > **********
              > Mialam taka sama reakcje, tylko nie wiedzialam, jak ja wyrazic ;-)))))))))
              >
              Mozna by ladniej wyrazic ....La Belle réve de Paris qu´elle a jamais vu dans sa
              vie...
              C ´est la meme chose comme réver d´ un gaucho au centre de Buenos Aires, ou
              d´un maharaja au centre de Bombai :)

              Pewno zrobilam jakies bledy, ale wiesz, ze je ne parle francais.
              • jutka1 Re: Paryz 1 05.12.05, 16:21
                Parfait! ;-)))

                Jesli chodzi o ew. bledy, to zostawiam poprawianie Lucji ;-))) (moze to ja
                wywola z lasu? :-D

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się


Nakarm Pajacyka