anastazjapotocka
26.08.06, 13:07
Drogie Macochy (te wredne mile widziane). Co o tym sądzicie?
Od paru lat mój mąż kupuje swojej dorosłej córce parę razy w roku drogą
garderobę. Ponieważ nie uznaje on rzeczy tandetnych, jest to z reguły jakiś
skórzany płaszczyk, zamszowa marynarka itp. Ponieważ córka jest kobietą młodą
(26 lat), ja zazwyczaj radzę kupowanie okryć w kolorach w których jest jej
ładnie (łososiowy róż, koral, intensywna czerwień). Take rzeczy są znacznie
droższe od czarnych lub popielatych (ciekawe dlaczego?). Garderobę kupujemy
zawsze sami, pasierbicy jest ona dostarczana podczas wizyt ojca w mieście
zamieszkania jego córki (w Warszawie). Nigdy się nie wtrącam w cenę zakupu
(chyba, że mąż ma akurat mało kasy i bierze ją ode mnie, wiadomo, że nie
odda, czasem się więc stawiam).
Parę tygodni temu mąż zaczął bardzo marudzić, że chce kupić córce ładny
płaszczyk na zimę i żebym pomogła mu wybrać (i przymierzyć, nosimy ten sam
rozmiar). Zarobiona jestem jak wół i końca nie widać, anemii dostałm jak
diabli, ale jak zrobiło się chłodniej, więc już się nie dało wymigać.
Wczoraj ruszyliśmy po co wykwintniejszych magazynach (płaszczyk miał być
oczywiście skórzany, ocieplony, wykończony liskiem, cena do 2000). Jego kasa,
co mi do tego? Szukaliśmy, ale jak na razie płaszcze były, ale mało
atrakcyjne i przeważnie czarne - odpada jak dla pasierbicy.
I NAGLE!!!
Widzę na wystawie tak odlotowe buty z krokodyla, aż mnie zatyka. Stoję i
patrzę. Podchodzi mąż i też patrzy. Patrzymy sobie zupełnie bezineresownie,
bo wiadomo, że 47 rozmiaru i tak nie będzie (mąż nosi 47). Ale wchodzimy,
nawet nie pytamy. Za to podbiega uczynna panienka i jakby zgadując PRZYNOSI
MĘŻOWI DO PRZYMIARKI 3 RÓŻNE PARY BUTÓW Z KROKODYLA ROZMIAR 47. W Polsce to
naprawdę zdumiewające. Pasuje idealnie jedna para (jeszcze ładniejsza, niż ta
z wystawy).
Mąż WIE, że JA nie mam kasy i mieć nie będę do końca września. Mąż ma tylko
te pieniadze na płaszczyk dla córki. I co robi mąż? Mąż bez mrugnięcia okiem
KUPUJE BUTY Z KROKODYLA DLA SIEBIE.
Za nędzne resztki, które mu zostały idziemy do ulubionej kawiarni...
Nie wytrzymałam. Zapytałam męża, czy ma świadomość, że do końca roku nie
odłoży sobie tych 2000 na płaszczyk dla córki (zapłacili mu już wszyscy za
prace zlecone), a ja ten płaszczyk mam w nosie. A mój mąż na to: "czy JA mam
obowiązek ubierać moją dorosłą córkę? Przecież ona ma w końcu narzeczonego!
Czy mi się JUŻ NIC W ŻYCIU NIE NALEŻY TYLKO DLATEGO, ŻE MAM CÓRKĘ"?
Jak mnie zatkało, tak mnie do dzisiaj trzyma. Gdybym ja coś takiego zrobiła...