Po raz kolejny czytam w jakimś wątku (tym razem taurusp) historię
macochy mocno rozczarowanej związkiem z dzieciatym, zwłaszcza po
pojawieniu się własnego dziecka, które jest razem z matką gdzieś na
szarym końcu za dziećmi z pierwszego związku. Ja mam problem
odwrotny. Jak już czasem dopisując się tu i ówdzie wspominałam, mój
M na początku naszego związku robił na mnie wrażenie ojca idealnego,
takiego o jakich czytam teraz w postach rozczarowanych kobiet, czyli
na każde skinienie jeśli chodzi o dziecko, czy to chodziło o
zajęcie się dziećmi czy dawanie kasy. Na forum wtedy nie bywałam,
więc nie wiedziałam czym to grozi i uznałam, że taki facet to ideał.
Skoro po rozstaniu jest tak zaangażowany w sprawy potomstwa, to i
ojcem naszego wspólnego będzie świetnym (bywając tutaj
zweryfikowałam te poglądy

). Faktem jest, że nie rozczarowałam się
jeśli chodzi o nasze bąble. M już po zobaczeniu ich pierwszy raz
stwierdził, że są śliczne i zupełnie inne niż dzieci z poprzedniego
związku, które były brzydkie po narodzinach. Nie dopatrzyłam sie
niczego złego w tym stwierdzeniu

Były wcześniakami i sama jak
wspominam moja córkę - wcześniaka to do dziś twierdzę, że
obiektywnie była paskudna

choć dla mnie wtedy najpiękniejsza.
Później wstawał w nocy, kapał, przewijał, wyrywał mi wózek na
spacerach. Teraz dzieci już półtoraroczne... nadal jak tylko jest w
domu zajmuje się nimi całkowiecie (żebym ja mogła choć chwilę od
nich odpocząć), bawi się, zachwyca każdym postępem, ma (w
przeciwieństwie do mnie) anielską cierpliwość do nich, zamartwia się
kiedy coś jest nie tak... nosz ojciec idealny, taki jakiego sobie
wymarzyłam. Do tego jest też ojczymem idealnym. Dogaduje się super z
moimi dziećmi, z nieco już zbuntowanym i zamykającym się w swoim
świecie nastolatkiem potrafi pogadać na tematy, na które młody ze
mną nie porozmawia, z małym sie pobawi, poćwiczy liczenie, córę
(pieszczoszka) przytuli... odrobi z nimi lekcje, pojedzie na
wycieczkę, pójdzie na zebranie, martwi się kiedy sprawiają problemy,
cieszy i chwali kiedy odnoszą sukcesy... i długo by wymieniać,
ogólnie moje potomstwo go lubi i jest za nim. Jako do męża też zero
zastrzeżeń. Zastrzeżnia pojawiają się kiedy chodzi o jego dzieci.
Odkąd zaangażował się "w nas" zeszły mocno na dalszy plan. Młodsze,
nie będące jego biologicznym, ale uznane przez niego właściwie
zupełnie wykluczył. No rozumiem, że można mimo szlachetnych założeń
(co pokazuje choćby to forum) nie potrafić jednak pokochać nie
swojego dziecka. Zrozumiałabym, że nie kocha jak własnego... ale
jednak zdecydował się być ojcem, odsuwając tym samym biologicznego
ojca (który mało odpowiedzialny, ale dziecko kochał) i jednak jakieś
obowiązki ma

Tymbardziej, że dziecko nie zna prawdy i pewnie
poprostu uważa, że "tata" je olał. Zupełnie jednak pojąć nie mogę
postawy M wobec własnego jak najbardziej dziecka. Wiem, że na swój
(dziwaczny jak dla mnie) sposób je kocha. W rozmowach często o nim
wspomina, martwi się gdy coś u niego nie tak, wisi na telefonie
całymi dniami gdy młody sie odezwie, rozczula się że nasz synek taki
do brata (czyli jego syna) podobny... Jednak utrzymuje z nim
sporadyczny kontakt sam z własnej woli, nie zabiera go (mimo moich
nalegań). Najpierw było tłumaczenie, że ja w ciąży trudnej,
zagrożonej, mam dość własnych dzieci (których faktycznie dość miałam
czasem), potem że warunki mieszkaniowe ciężkie i dla młodego miejsca
brak. No fakt... ale np. na spacer, do kina, na lody zabrać go mógł
co podkreślałam i nic. Mieszkanie zmieniliśmy i wtedy miało sie
poprawić z zabieraniem młodego. To sie poprawiło

Raz z mojej
inicjatywy i po moich wjazdach na ambicję, że ojciec moich dzieci
będący za granicą ma z nimi częstszy kontakt niż on mieszkając
kilkanaście przystanków od swojego, zabrał młodego na święta (Bożego
Narodzenia) i od tego czasu finito. Poruszałam temat młodego raz i
drugi... Stwierdził najpierw, że eks zabroniła mu kontaktu, bo ponoć
pani psycholog powiedziała, że kontakty z ojcem młodemu nie służą.
Przyciśnięty do muru przeze mnie (że jak to, raz eks ma pretensję o
rzadki kontakt, a innym razem stwierdza, że kontakt nie wskazany)
przyznał, że trochę inaczej rozmowa wyglądała. Eks stwierdziła, że
pani psycholog powiedziała, że albo młody będzie miał stały, częsty
kontakt z ojcem, albo żadnego, bo taki raz na kilka miesięcy to
tylko szkoda dla niego. Nie wiem ile w tym prawdy, czy eksia
faktycznie podpierała się opinią psychologiczną, czy tylko chciała
zmobilizować chłopa do większego zainteresowania, strasząc okrężną
drogą, ze jeśli go nie wykaże to całkiem straci kontakt z dzieckiem.
Psychologowie z którymi ja miałam kontakt odnośnie moich dzieci
zawsze twierdzili, że rzadki kontakt lepszy niż żaden. Moj chłop
uznał w każdym razie, że częściej dziecka zabierać nie może, więc
urwie kontakty całkowicie jeśli tego wymaga jego dobro
Dochodząc do meritum (jeśli ktos przebrnął to dziękuję i
pozdrawiam), mam problem w tym, że choć nie przyczyniłam się
bezpośrednio do ochłodzenia stosunków na linii ojciec - dziecko, to
czuję się winna. Ojciec odsunął dziecko po związaniu się ze mną, a
raczej po narodzinach naszych wspólnych dzieci. Czuję się źle ja
sama i czuję się źle wiedząc, że jeśli młody jeszcze nie dorósł sam
do oceny sytuacji, to kiedyś dorośnie. Pewnie łatwiej mu będzie
wtedy wytłumaczyć sobie obojętność ojca tym, że zła "ciocia" i jej
dzieci odebrały mu tatę, niż że tata sam z własnej woli go odsunął
na rzecz nowej rodziny. Źle sie czuję z tym, że nasze dzieci kiedyś
mogą mieć żal o brak kontaktu z bratem, że źle będą oceniać ojca i
zastanawiać się czy gdyby nam nie wyszło to też by ich tak
potraktował. W końcu źle się też czuję ze świadomością, że mam
dzieci z kims kto tak potraktował własne dziecko. Na razie wszystko
między nami super, ale gdzieś myśl się pojawia, że jeśli by nie
wyszło to będą musiały wydzwaniać za tatusiem i żebrać o spotkanie

Ech... ogólnie skomplikowane to wszystko. Z góry dziękuję za rady
typu: "kopnęłabym takiego w d..." Szanuję każdą opinię, każdą
przeczytam i oburzać się nie będę jeśli objedzie mnie lub M. Mam
jednak swoje zdanie w tej kwestii. Gdybym wiedziała, że M jest ojcem
jakim jest też bym w d... kopnęła zanim potomstwo z nim
spłodziłam

Teraz to już "po ptokach". Nie wykopię ojca, który dla
moich dzieci jest dobry, nie wykopię męża, który dla mnie jest dobry
i nie wykopię ojczyma, którego lubią (kochają) moje dzieci, które
już przeżyły raz stratę ważnego dla nich faceta.