Juź wróciłam, a tam jeszcze się dzieje. Jak wychodziłam, właśnie zaczynali grać w kalambury.
Jako pierwsi przyszli Baron i Piotr, potem ja, potem Cytrynka, a kto potem w jakiej kolejności to nie wiem, bośmy z Piotrem zwijali nitki dla Dzidki na frywolitki i bardzo nas ta czynność pochłaniała
Kocio odznaczyła nas czerwonymi sercami na szydełku, Tutul uczęstowała chrustem... pardon, w Warszawie jesteśmy, więc faworkami

Jedno i drugie przedniej jakości. Serca w większości nosiliśmy na uchu, co będzie widać na zdjęciach, a faworki w brzuchu, co będzie widać na centymetrach.
A było jak w zacnych kompaniach bywa - jedzą, piją, lulki palą... No,te lulki to na zewnątrz, ale za to licznie.
Niech ktoś piśnie coś dalej, bo przysypiam. Dobranoc!