braineater
13.01.04, 19:53
czyli mroczne źródła librofilii
Wkraczając deczko ponad dekadę temu na szerokie łono kontaktów międzyludzkich, zwanych potocznie stosunkami sexualnymi, postanowiłem przetransponować pewne krytycznoliterackie narzędzia, w celu podbudowania owych stosunków, bazą teoretyczną. Podzieliwszy akty kopulacyjne wedle pewnych kategorii stworzyłem taką oto listę komparystyczną:
opowiadanie - jeden wątek, jeden bohater, szybka pointa - stosunek klasyczny, zwany również "polską trzyminutówką"
nowela - kilka wątków, rózni bohaterowie, może być bez pointy - stosunek małżeński - obie strony wiedzą, że to rutyna, ale mimo to się starają starać
powieść - kilka wątków, wielość bohaterów oraz rozmaite fałszywe punkty kulminacyjne - stosunek jaki być powinien, czyli kolacja, romantyczny bełkot, gra wstępna, akt właściwy i prysznic
Epos vel powieść epicka - obrazowa narracja, wszechwiedzący narrator, patos - czyli po prostu masturbacja.
Po kilku latach stosowania owych kategorii i rozróżnień zacząłem powoli dochodzić do wniosku, iż znalazłem się w mrocznych odmętach perwersji. Przestało mi wystarczać porównywanie sexu do książek i zacząłem powoli odkrywać, że miast wybrać się na romantyczny wieczór z nieznajomą wolę siąść z lekturką, chociażby stukrotnie czytaną. Odkryłem również, iż bardziej mnie nęcą omszałe półki antykwariatów niźli omroczone pieczary kobiecych wdzięków. Postanowiłem się leczyć w chwili gdy odkryłem, że opisy niewiast o pergaminowej skórze zbudzają we mnie mniejszą ekstazę niż sam dotyk pergaminu. Pomóżcie, proszę - czy to jest zboczenie, czy to ma jakąś nazwę, czy ktoś to leczy?