a.adas
31.01.07, 00:26
W pojemnej kategorii eseistyczna proza o zacięciu autobiograficznym Magris
jest moim osobistym numerem jeden. Nie zamierzam sam siebie oszukiwać, źe
wszystko z jego książek rozumiem. Po prawdzie nawet nie pamiętam zbyt wiele.
Natłok wiadomości, opisów, anegdotek (z reguły gorzkich) jest zbyt wielki.
Dziwnie znajomo "Dunaj" układa mi się w głowie. W Niemczech wszystko jest
wzniosłe, ważkie, monumentalne, wielkie. Ludzie, myśli, miasta, koncepcje,
zbrodnie, a nawet beczki z piwem. Wiedeń to takie spokojne prowincjonalne
miasto - niezmienne od stulecia miejsca, galeria zwyczajnych dziwaków, ogólny
marazm. Tuż za ck stolicą kończy się znany świat i Dunaj wraz z Magrisem znika
w terra incognita. To tereny od wieków targane (przedmiotowo, nie podmiotowo)
przez historię i politykę. Pisarz - jak przyznaje na Węgrzech - nie daje rady
bez przewodnika. Irytujące dla polskiego czytelnika (i jego mitologii
narodowej) może być traktowanie komunizmu jako jednej z wielu możliwości, a
nie jak plagi egipskiej. Skrawek Jugosławii to, nostalgicznie opisywany, ale
jednak kocioł, w każdej chwili gotowy wybuchnąć. Pierwszy obraz Rumunii
determinują wpływy niemieckie ("zboczenie zawodowe germanisty"?), Bułgaria to
pierwszy poważny krok w krainę Wschodu. Tak jak i druga wizyta w Rumunii, tu
jednak dzikość jest łagodzona przez łacinskie naleciałości. Delta to kraina
osobna, miejsce w którym "kultura" wreszcie oddaje pole "naturze", a i
erudycja (oraz pycha) autora ustępują rzeczywistości.
Ciekawe czy takie skojarzenia to tylko mój wymysł? A może Magris czuje to
podobnie? Czy też tak po prostu jest?
Wolę "Mikrokosmosy", są bardziej ulotne, napisane przez człowieka naprawdę
zaangażowanego w opisywany swiat, a nie gościa - postronnego badacza. Ale i
tak w "Dunaju" Magris jest wielki.