voodoo_doll
30.07.04, 12:48
Przede wszystkim chciałbym się ładnie przywitać. Dzień dobry (dyg).
To miło, że znalazłam ludzi, z któymi mogę solidaryzować się w bólu i vice
versa, chociaż...marne to pocieszenie, że inni też mają takie problemy.
Jestem ze swoim Kochaniem od 10 lat, mimo iż mam dopiero(?) 26. Znamy się od
piaskownicy - w sensie dosłownym. Kochanie jest najwspanialszym mężczyzną
jakiego znam i nie zamieniłabym go na żadnego innego, bo wiem że będzie
idealnym mężem i ojcem; kocha mnie nad życie, podobnież jak i ja kocham jego.
Z góry uprzedzam, że nie przyjmuję porad (gdyby ktoś zechciał mi udzielać)
typu: "zostaw go dopóki nie jesteście małżeństwem i nie macie dzieci", bo wiem
że tego nie zrobię.
Współżycie zaczęliśmy stosunkowo późno czyli po 4 latach bycia w związku.
Jestem jego pierwszą kobietą, a on jestm moim pierwszym i jedynym mężczyzną.
Począwszy od naszego pierwszego razu nie układało nam się w tej sferze
najlepiej. Po pierwszym zbliżeniu wylądowałam w szpitalu z ostrym zapaleniem
pęcherza i dróg moczowych. Choroba występuje do dzisiaj, z mniejszym
nasileniem, bo już wiem jak sobie z nią radzić, ale atakuje z nienacka i
skutecznie uprzykrza mi życie i współżycie. Lekarze nic nie mogą poradzić i
mówią: "ten typ tak ma". To głównie choroba zdeterminowała mój stosunek do seksu.
Problem również tkwi w mojej pokręconej psychice, która nakazuje mi ciągle o
cos walczyć. Z seksem było tak samo. Dopóki nie współżyliśmy byłam napalona i
nie mogłam doczekać się momentu, kiedy w końcu zaczniemy uprawiać "ten
prawdziwy seks". Pieszczoty trwały godzinami, a mi sie wydawało, że nie wyjdę
z łóżka, kiedy zaczniemy się kochać. Stało się zupełnie coś przeciwnego.
Dostałam, czego chciałam i straciłam motywację do dalszych działań i starań.
Po trzecie, muszę z przykrością stwierdzić, że narzeczony nie wykazuje
maestrii w sztuce kochania (przez te wszytskie lata miałm tylko raz orgazm).
Ale kiedy i z kim miał się tego wszystkiego nauczyć? Jest bardzo czuły i
delikatny, ale też bardzo tradycyjny. Jestem osobą trochę zablokowaną w sferze
seksu i oczekuję od mężczyzny większego zdecydowania i finezji, których on nie
przejawia z obawy, o to żeby nie urazić moich uczuć. Dlatego też nigdy na mnie
nie naciska, żebyśmy zrobili to czy tamto, a ja sama wstydzę się wyjść z
inicjatywą. Pojawia się w tym momencie problem komunikacji. Rozmawiamy
dosłownie o wszystkim, ale temat naszego pożycia jest tabu. On zrobi od czasu
do czasu aluzję, że się rzadko kochamy, ale robi to w sposób zakamuflowany i
subtelny, żeby mnie przypadkiem nie urazić i nie wywierać nacisków. Oboje
boimy sie spojrzeć prawdzie w oczy i powiedzieć sobie MAMY PROBLEM. A nóż
doszlibysmy do wniosku, że należy się rozstać. A tego nikt z nas nie chce.
Po czwarte, do naszego związku wkradła się rutyna i nuda mimo młodego wieku.
Oboje ponosimy za to odpowiedzialność. Zapewne ja ponoszę większą, bo żeby
była jakość, musi najpierw być odpowiednia ilość. Po tylu latach związku,
traktuję swoje Kochanie bardziej jak przyjaciela, powiernika tajemnic,
pocieszyciela, towarzysza zabaw...wszytsko, tylko nie kochanka. Mimo iż jest
atrakcyjnym mężczyzną, z dnia na dzień coraz mniej mnie pociąga.
Kochamy się średnio raz na miesiąc, czyli mniej więcej tyle ile JA POTRZEBUJE.
Wydawałoby się, że jedyną osobą, która może narzekać na ten stan jest moje
Kachanie, ale wierzcie mi, że męczę się tak samo jak on. Bynajmniej nie z
powodu nudy, choroby czy braku orgazmu.
Męcze sie widząć, jak on się męczy.
Ufff, trochę mi ulżyło, że mogłam się "wygadać". Przyjaciołom, z którymi
rozmawiam, problem wydaje się byc prosty i miec dwa rozwiązania: 1. rozstać
się 2) zaczęć częściej się kochac. Wy dobrze wiecie, że tak się nie da.