kroopcia 18.04.05, 11:08 Czy na tym świecie, są jeszcze szczęśliwe małżeństwa?... Takie z prawdziwego zdarzenia?... Pełne uczuć, wyrozumiałości i bez zdrady?... Odpowiedz Link Obserwuj wątek Podgląd Opublikuj
petar2 Re: Pytanie... 18.04.05, 11:47 kroopcia napisała: > Czy na tym świecie, są jeszcze szczęśliwe małżeństwa?... bywają > Takie z prawdziwego zdarzenia?... bywają > Pełne uczuć, wyrozumiałości i bez zdrady?... bywają Ale zbiory tych odpowiedzi nie pokrywają się :) Odpowiedz Link
petar2 Re: Pytanie... 19.04.05, 00:05 drobiazg napisała: > petar skąd takie gorzkie doświadczenia ??? Ależ skąd. Wręcz przeciwnie. Trochę żartobliwie chciałem zaprzeczyć stereotypowi, że szczęśliwe małżeństwa to takie pełne uczuć, bez zdrady. Po prostu te 3 pytania nie składają się w jedno. Odpowiedz Link
drobiazg Re: Pytanie... 19.04.05, 13:13 To jak szczęśliwe to takie bez uczuć i z partnerami na boku ? Odpowiedz Link
petar2 Re: Pytanie... 19.04.05, 13:50 drobiazg napisała: > To jak szczęśliwe to takie bez uczuć i z partnerami na boku ? To bardziej złożone. Posłużę się cytatem: "Wierzę w miłość na całe życie,ale nie w długowieczną namiętność.Miłość, o czym pisali greccy klasycy,a dwa tysiące lat póżniej Freud,to przeplatające się ze sobą w róznych proporcjach:seks,eros,przyjażń i caritas,czyli miłość poświęcona dobru drugiego człowieka.Tyle tylko,że ta ostatnia,podobnie jak eros i przyjażń,ma zupełnie inną chemię i może trwać przez całe życie.Namiętność zaś,szczegółowo rozpracowana przez neurobiologów i neurochemików,w róznych kulturach trwa średnio od 18 m-cy do 4 lat.Zdumiewające więc jest to,że w związku dwojga ludzi najbardziej pożądane jest pożądanie,czyli coś,co trwa najkrócej.Tak,jakby chemia była ważniejsza od metafizyki i poezji." Miłość więc ma wiele obliczy i etapów. Jeśli się w pewnym momencie pojawi kochanek(ka), to ona absorbuje strefę erotyczną, pożądania. Rzadko coś więcej. Nie musi więc zagrażać małżeństwu, nie musi odbierać szczęścia. A czasem jest impulsem do większego zaangażowania się w stosunku do żony/męża. A z drugiej strony wierność nie gwarantuje odpowiednich relacji w związku nie mówiąc o szczęściu. Takich przykładów pełno na tym forum. Odpowiedz Link
drobiazg Re: Pytanie... 20.04.05, 08:37 Człowiek też ma różne oblicza i wiele etapów swojego życia, i nie myśle tylko o charakterystycznych dla kobiet zmianach fryzury, koloru włosów. Dojrzewamy, starzejemy sie, zmienia nam się charakter, poglądy na różne sprawy , mamy wiec możliwości i środki, żeby rozwijać się a co za tym idzie intrygować zaciekawiać dbać o ewolucje związku i może to ważniejsze niż angażowanie się w eksytacje ertyczną kimś nowym ?? Odpowiedz Link
petar2 Re: Pytanie... 20.04.05, 09:04 drobiazg napisała: >... i może to ważniejsze niż angażowanie się w eksytacje > ertyczną kimś nowym ?? Pewnie, że ważniejsze. Tylko często bardzo trudne jak temperamenty się mocno różnia a problemy życia codziennego kładą się cieniem. Odpowiedz Link
drobiazg Re: Pytanie... 23.04.05, 14:27 tylko tyle że czasy małżeństw kojarzonych już minęły i dobieramy się samodzielnie ;-) a problemy życia codziennego łatwiej rozwiązywać we dwoje więc chyba jednak chodzi o ekscytację Odpowiedz Link
petar2 Re: Pytanie... 26.04.05, 08:57 drobiazg napisała: > tylko tyle że czasy małżeństw kojarzonych już minęły i dobieramy się > samodzielnie ;-) To fakt, aczkolwiek nie zauważam, aby to osiągnięcie cywilizacyjne (np ignorowanie rad starszych "bo my się kochamy") jakoś zwiększało liczbę szczęśliwych małżeństw i rodzin. > więc chyba jednak chodzi o ekscytację najwidoczniej :) Odpowiedz Link
gomory Re: Pytanie... 18.04.05, 12:56 Tutaj raczej nie maja potrzeby zagladac. Wiec nie ulegaj uludzie, ze u wszystkich jest kompletna kicha. Odpowiedz Link
mariamagdalena66 Re: Pytanie... 18.04.05, 14:59 Szczęśliwe są do pewnego momentu. Potem już nie. Odpowiedz Link
oliwka30 Re: Pytanie... 18.04.05, 17:06 Mariamagdaleno chyba przesadzasz z pesymizmem. Od pewnego mementu to po porostu wymaga obustronnego wysiłku i to nie małego. Żeby ten wysiłek przynosił zamierzony skutek to obie strony muszą: 1) chcieć (czarować się wzajemnie, starać, zaskakiwać, okazywać uznanie itd. itp), 2) być w dobrej formie psychicznej (trudno być atrakcyjnym partnerem z depresją), 3) trzymać się (w miarę możliwości) w przyzwoitej kondycji fizycznej (to ten seksualny aspekt). 4) i jeszcze chcieć, chcieć chcieć, chcieć chcieć, chcieć chcieć, chcieć chcieć, chcieć chcieć, chcieć chcieć, chcieć. Jak się te szczytne założenia wprowadzi w życie to mamy udane małżeństwo. Teoria znana, z praktyką gorzej. Ze stażem powyżej 10 lat to osobiście znam takie jedno (25 letnie). Inna sprawa, wracając do głównego wątku, że to forum jest chyba nieodpowiednim miejscem do poszukiwań takich par. Odpowiedz Link
mariamagdalena66 Re: Pytanie... 19.04.05, 15:12 Zatem sama powiedziałaś, że znasz jedno, ylko jedno, to co oni Ci pokazują nie oznacza, że w domu jest tak samo. Nie ma szczęśliwych małżeństw z wieloletnim stażem. Jeśłi chodzi o seks to nie ma już spełnienia nawet jeśli zdrowie dopisuje i technika jest doskonała.Można siękochać, czarować, zaskakiwać a i tak to nie to samo co było , do czego się tęskni, co sprawia, że czuje się, że żyje pełnią... Odpowiedz Link
oliwka30 Re: Pytanie... 23.04.05, 19:45 Zbytni to chyba pesymizm. Takie pary się zdarzają i niekoniecznie jest to tylko zewnętrzna fasada. Sekret tkwi przede wszystkim w umiejętności okazania tzw. dobrej woli i wyrozumiałości. Jasne, że zdarzają się chwile lepsze lub gorsze, takie jest życie. Jeżeli będziemy oczekiwać utrzymania latami temperatury uczuć na poziomie na jakim były w pierwszych miesiącach zakochania to oczywiście, że poniesiemy klęskę. Takie kryterium rzeczywiście wyeliminuje wszystkie udane związki z naszego pola widzenia. Odpowiedz Link
nuela Re: Pytanie... 23.04.05, 11:42 Nie do końca się z Tobą zgadzam, bycie we dwoje nie polega tylko na staniu przed lustrem czy ukrywaniu swojego zmęczenia. Partner powinien sprawdzać się własnie w takich sytuacjach. Depresja dopada kazdego, szczególnie gdy zmagamy się z zyciem i wtedy można poznać, kim jest nasz parter, jaka jest jego wartość.Ucieknie od naszych problemów, czy będzie, nawet mimo kiepskiej kondycji psychicznej czy fizycznej? Sądzę że par szczęśliwych jest jednak bardzo wiele i nie wszyscy od razu szukają kogos na boku. Odpowiedz Link
oliwka30 Re: Pytanie... 23.04.05, 19:53 Jasne, na tym właśnie polega to "CHCIEĆ". Chcieć zrozumieć że on(a), ma też prawo do chwili słabości. On(a) powinien CHCIEĆ ten stan słabości pokonać a nie usiąść i płakać, koncentrując się na sobie. W końcu druga strona CHCE pomóc. I tak dalej. Jeżeli jednak samemu się nie CHCE coś ze sobą zrobić to i nie będzie się CHCIAŁO robić czegokolwiek dla partnera i pojawia się kolejny nieudany związek Odpowiedz Link
xapur Już chciałem napisać, że znam takie z autopsji... 19.04.05, 13:35 ale rzecz w tym, że jeszcze nie jesteśmy małżeństwem, choć nie wiem czy zmieni to coś poza obrączkami na palcach. Może jednak się mylę. Kupa ludzi narzeka: "Zobaczysz jak sam będziesz miał żonę i dziecko". Odpowiedz Link
mariamagdalena66 Re: Już chciałem napisać, że znam takie z autopsj 19.04.05, 15:14 prawde mówią, w ciągu dwóch lat małżeństawa, gdy będziecie razem mieszkać zmieni się o wiele więcej, niż w ciągu dziesięciu lat znajomości, bycia razem, bez ślubu i wspólnego zamieszkiwania. Odpowiedz Link
xapur OK. A jak się razem mieszka i wspólnie gospodaruje 20.04.05, 00:06 Dwa lata już minęły i jakoś się trzymamy. Wyjątek? Czy też faktycznie ślub przewróci wszystko do góry nogami? Raczej nie. Po prostu trzeba się albo dobrze dobrać, albo poszerzyć pojęcie kompromisu. Jak się powiedziało A wypada powiedzieć B, czyż nie? Odpowiedz Link
prowincjal Re: OK. A jak się razem mieszka i wspólnie gospod 20.04.05, 03:10 Kompromis jest dobrym, właściwym słowem. Małżeństwo to jest nieustający kompromis między naszymi potrzebami wyrażanymi przez naszego ego, a potrzebami partnera/ki. I cała sztuka polega na nieustannym balansie między tymi dwoma wykluczającymi się postawami. I ten kompromis dotyczy każdej płaszczyzny naszego wspólnego życia w małżeństwie. Odpowiedz Link
petar2 Re: OK. A jak się razem mieszka i wspólnie gospod 20.04.05, 08:54 To zależy, co rozumiesz pod pojęciem kompromis. Jeśli Ty chcesz kupić samochód w kolorze czarnym a żona biały to kompromisem jest zielony czy srebrny? Nie lubię słowa kompromis bo potocznie oznacza odpuszczenie trochę z każdej strony, czyli tak naprawdę przegraną każdej strony. Postawy małżonków się nie wykluczają, nie trzeba nieustannie balansować, raczej wyrażać swoje uczucia i potrzeby jednocześnie być otwartym na drugą osobę. Odpowiedz Link
fisherprice ja i mój mąż! 20.04.05, 12:05 Ja znam takie małżeństwo z autopsji. Jesteśmy 7 lat po ślubie - dwójka dzieci. Owszem są fluktuacje napięcia. Był dłuższy okres gdy moje libido wyraźnie spadło. Ale od jakiegoś czasu znowu jest ok. I w seksie i jeszcze zaczynam widzieć i dostrzegać zalety mojego męża na co dzień. Miałam momenty tęsknoty za czymś ekscytującym, nowym, flirtem... ale przeszło minęło. Chcę być z moim ślubnym i uważam, że przelotna ekscytacja nie jest wartam, żeby cokolwiek psuć. A może dojrzałam do tego, że z kimś nowym po jakimś czasie też byłoby tak normalnie, codziennie. Myślę, że wpływ nato miało to, że dzieci podrosły i zaczęliśmy być bardziej wolni, częściej wyskakujemy razem tylko we dwójkę na jakąś imprezę, kolację. Odpowiedz Link
xapur Kompromis. 21.04.05, 00:47 petar2 napisał: "To zależy, co rozumiesz pod pojęciem kompromis. Jeśli Ty chcesz kupić samochód w kolorze czarnym a żona biały to kompromisem jest zielony czy srebrny? Nie lubię słowa kompromis bo potocznie oznacza odpuszczenie trochę z każdej strony, czyli tak naprawdę przegraną każdej strony." Ee, to nie tak. Przeca decydując się na stały związek zależy ci na byciu z partnerem, czyż nie? Skoro tak, to odpuszczenie np. w kolorze auta (przykład błachy, ale oddający sens) nie jest przegraną, gdyż umożliwia trwanie związku, a więc także twoje szczęście. Podam inny przykład - macie tylko jedno danie na obiad. Oddajesz je partnerce, gdyż ci na niej zależy. Czy jest to twoja przegrana? Chyba nie ten kierunek. Zobacz "Dylemat więźnia" - największe efekty osiąga się przy współpracy, a nie walce o swoje. Odpowiedz Link
prowincjal Re: Kompromis. 21.04.05, 03:59 Ależ oczywiście - słowo kompromis jest niezręczne ale o to właśnie chodzi w związku. Zgrabnie ujął to "xapur". Odkłada się częściej myślenie w kategori "ja" na myślenie w kategori "my" i dla mnie to jest zrozumiałe. Poza tym małe przypomnienie - kobieta i mężczyzna wstępując w związek małżeński stają się jednym ciałem i jedną myślą. Oczywiście jest to przenośnia zaczerpnięta z Biblii, ale myślę oddająca sens małżeństwa. Odpowiedz Link
petar2 Re: Kompromis. 21.04.05, 07:54 Ok, wyjaśnię. Chodzi mi o nadużywanie pojęcia kompromis. Xapur napisał "macie tylko jedno danie na obiad. Oddajesz je partnerce, gdyż ci na niej zależy. Czy jest to twoja przegrana? Chyba nie ten kierunek." To akurat jest przykład na kompromis, należałoby się podzielić tym obiadem :) Rozbuduję przykład z samochodem. On chce czarny z manualną skrzynią biegów, ona biały z automatem. Przy czym on ma chopla na punkcie motoryzacji, ona z reguły jest pasażerem. Nie mogą dojść do porozumienia. W końcu ona proponuje kompromis: czarny z automatem. Czy on powinien na to przystać i czy to dobre rozwiązanie? I jeszcze Xapur: "Przeca decydując się na stały związek zależy ci na byciu z partnerem, czyż nie? Skoro tak, to odpuszczenie np. w kolorze auta (przykład błachy, ale oddający sens) nie jest przegraną, gdyż umożliwia trwanie związku, a więc także twoje szczęście." Stosując podobny łąńcuszek przyczynowo-skutkowy (moim zdaniem błędny) można dojść do wniosku, że ona powinna zaakceptować mój seks z inną kobietą :) Odpowiedz Link
xapur Re: Kompromis. 21.04.05, 23:41 petar2 napisał: "Stosując podobny łąńcuszek przyczynowo-skutkowy (moim zdaniem błędny) można dojść do wniosku, że ona powinna zaakceptować mój seks z inną kobietą :)" Niektórzy tak robią - ale to kwestia uzgodnienia. Nie podam ci idealnej wizji kompromisu czy małżeństwa - każdy ma inną. Rzecz w tym, by spotkały się osoby, które pasują do siebie światopoglądowo (przynajmniej w sposobie widzenia związku kobiety i mężczyzny) lub/i umiały pójść na kompromis. Dla mnie oznacza to, że po prostu w małżeństwie trzeba umieć kochać i tyle. Jak ktoś bardziej kocha siebie to prędzej czy później g... z tego będzie. Odpowiedz Link
xapur Podam przykład. 21.04.05, 23:52 Kompromis nie jest naczelną idee fixe małżeństwa. Nie zawsze trzeba wszystko rozpatrywać na zasadzie ile ja będę miał ile ty. Właściwie patrzenie w ten sposób może być istotnym zagrożeniem dla związku już u zarania. Przykład: Uwielbiam grać w kosza, co czasem wiąże się z kontuzjami typu rozbity łuk brwiowy, złamany palec itd. itp. + koszty finansowe i czasowe. Luba wolałaby, bym zajął się czymś mniej czasochłonnym i bardziej bezpiecznym, ale w związku z tym, że zdaje sobie sprawę jaką frajdę daje mi koszykówka to nawet nie próbuje robić numeru w stylu: Albo ja, albo kosz. Czy twoim zdaniem jest to oznaka uległości wybranki wobec moich przyzwyczajeń czy coś w tym rodzaju? Ja uważam, że jest to raczej dowód na zrozumienie moich potrzeb - co jest oznaką, że nie myśli kategoriami co jest dobre dla niej jest dobre dla nas. Dla odmiany - ona lubi sobie kupić coś do ubrania dość często w porównaniu ze mną. Ja kupuję jak zużyję ubrania, ona jak spodoba jej się coś nowego. Naturalne jest więc, że wydaje więcej na ciuchy niż ja. Rozumiesz do czego zmierzam? Niemniej jak wspomniałem już wcześniej wszystko zależy od podejścia do życia i związku. Jeśli spotkają się osoby o odmiennych oczekiwaniach to się rozminą... Odpowiedz Link
petar2 Re: Podam przykład. 22.04.05, 07:08 No wreszcie dotarliśmy do konsensusu "Kompromis nie jest naczelną idee fixe małżeństwa". Tylko po co po drodze ten cały wykład o szczęśliwym małżeństwie, skoro polemika dotyczyła wypowiedzi Prowincjała w kwestii kompromisu "Kompromis jest dobrym, właściwym słowem. Małżeństwo to jest nieustający kompromis między naszymi potrzebami wyrażanymi przez naszego ego, a potrzebami partnera/ki. I cała sztuka polega na nieustannym balansie między tymi dwoma wykluczającymi się postawami. I ten kompromis dotyczy każdej płaszczyzny naszego wspólnego życia w małżeństwie."? Odpowiedz Link
oliwka30 Kompromis 22.04.05, 19:11 Mój dawniejszy kolega definiował kompromis jako " rozwiązanie z którego nikt nie jest zadowolony" ;) Myślę, że nie musie to być jednak prawdą. Wyobraźmy sobie że mąż chce auto zielone, ja chcę brązowe. Kompromis polega na tym, że samochód jest zielony a moje nowe futro jest brązowe. (Oczywiście sztuczne bo żal zwierzątek) Odpowiedz Link
petar2 Re: Kompromis 23.04.05, 18:45 oliwka30 napisała: > ... Kompromis polega na tym, że > samochód jest zielony a moje nowe futro jest brązowe. Brawo Oliwko !!! U mnie pewnie zamiast futra byłby ekspres ciśnieniowy krupsa :) (no a w drugiej wersji czarny z klasyczną skrzynią, taki drobiazg :) Kompromis wg Kopalińskiego: ugoda, polubowne załatwienie sporu, osiągnięte w drodze wzajemnych ustępstw; odstępstwo od zasad dla praktycznych korzyści. Czy nastąpił tu kompromis? Na upartego można by tak powiedzieć. Ale wydaje mi się, że po prostu oboje znaleźli dobre rozwiązanie sporu. Bo tak naprawdę on nie ustąpił w kwestii samochodu. Odpowiedz Link
adanik Re: Kompromis 05.05.05, 19:05 Myslę ze w sporze o kompromis chodzi o to, ze w/w kompromis odnosi sie do malzenstwa jako do calosci, a nie kompromisu w kazdej sprawie. Nie chodzi przeciez o to, zeby (jak w przykladzie z samochodem) kupic auto w paski zielono brazowe, tylko ze skoro maz jest czesciej kierowca to niech on zdecyduje (powinien wysluchac uwag zony, bo np. brazowy moze modniejszy w tym sezonie), ale niech on zdecyduje. A jesli ida kupic futro zonie, a on chce zielone a ona brazowe, to niech ona wyslucha jego (moze on ja woli w zielonym), ale niech ona zdecyduje, bo do cholery ktora kobieta ubralaby zielone futro ;) Ale konczac z zarcikami, mysle ze raz ustepuje jedno raz drugie, zawsze trzeba wyczuc ktorej stronie bardziej zalezy. A wyczuje sie, gdy sie kocha i nie chce sie drugiej strony ranic. Tak mysle. Odpowiedz Link
mariamagdalena66 Re: OK. A jak się razem mieszka i wspólnie gospod 21.04.05, 19:46 Tu chodzi o seks Odpowiedz Link
xapur Akurat w tym mamy dłuższy staż. :) 21.04.05, 23:38 mariamagdalena66 napisała: "Tu chodzi o seks" Początki były beznadziejne, ale teraz jest bardzo dobrze. Czyżby kryzys jeszcze przed nami? A może kryzys nie musi nadejść - to nie gospodarka kapitalistyczna. Trzeba tylko się pilnować. Odpowiedz Link
mariamagdalena66 Re: Akurat w tym mamy dłuższy staż. :) 22.04.05, 07:57 Nadejdzie, pilnowanie na nic sie nie zda, każdego to dopada, tylko nie każdego w jednakowym czasie. Następuje przyzwyczajenie do partnera i chęć odmiany. Odpowiedz Link
prowincjal Re: Akurat w tym mamy dłuższy staż. :) 22.04.05, 11:59 No tak...nikt temu nie przeczy. Przecież nie jesteśmy cyborgami, które mają zaprogramowane kochać do końca życia jedną i tą samą osobę (wypływa to raczej z wolnej woli - przynajmniej teoretycznie). Ale gdy nadejdzie ten kryzys, bo nadejdzie (u mnie nadszedł swoją drogą :) ) to nie tyle człowiek ma być przygotowany (przecież nie wszystko można przewidzieć, zwłaszcza kryzys własnego związku) ile potrafiący właściwie wybrać. A wybór ściśle koreluje z dojrzałością. Jeśli kocham swoją partnerkę i mamy teraz dość trudny okres od dłuższego czasu (mniejsza o przyczyny), to mam nadzieję, że to się kiedyś skończy. Oczywiście nie zostawiam wszystkiego w rękach nadziei - samo się nie naprawi przecież. Ale też nie rozglądam się na boki. "Następuje przyzwyczajenie i chęć odmiany" - tak dzieci postępują jak im się znudzi zabawka, którą dostali od rodziców. Odpowiedz Link
wisteria Re: Akurat w tym mamy dłuższy staż. :) 22.04.05, 17:00 Bardzo ciekawa ta dyskusja. Niechze pomysle tych zwanych malzenskich kryzysach. Moje malzenstwo jest wieloletnie, nie dwa lata, i nie siedem, ale bardziej wielo-letnie. Uwazam ze jest ono(malzenstwo)udane i caly czas szczesliwe. Nie moge przypomniec sobie kryzysu trwajacego tak dlugo, ze spowodowaloby takie uczucie ze nasz zwiazek sie wali, i nie wiemy co dalej. Mielismy dwa okresy rozloki, dwa lata sluzby w armii, jeszcze za PRL-u i emigracja – poltora roku. Nie mowie otym dlatego ze postrzegam to jako kryzysy, ale byly to czasy trudne dla nas obojga. Trudne w pojeciu tesknoty, niepewnosci i smutku. Inne "kryzysy" w naszym zwiazku, to momenty kiedy nastepowaly nieporozumienia spowodowane odmiennym odbiorem intencjii czy reakcjii patrnera na rozne sprawy. Do czego daze. Zle samopoczucie w naszych zwiazkach, postrzegam jako problem wlasny, osobisty. Zazwyczaj to my czegos chcemy, to my chcemy w ukladzie cos zmienic, to my chcemy aby partner sie dostosowal, to my pragniemy aby nas tak, a nie inaczej odbieral. Powstaje wowczas uczucie bycia nie zrozumianym, nie kochanym, nie pozadanym. A wiec podczas jest to tylko w naszych glowach, to partner najczesciej nie wie o co nam chodzi. Nasze oczy to nie kamera video, a nasze uszy to nie magnetofon. Kazde z nas slyszy i widzi rzeczy inaczej. Ale niestety, do takich wnioskow dochodzi sie dopiero w pwnym wieku, majac pewien bagaz doswiadczen. Oraz wtedy, kiedy juz nam sie nie chce walczyc, a raczej chce sie miec wreszcie troche spokoju. Szkoda ze bedac mlodym, nie jest nam dane umiec docenic madrosc osob starszych, ze tak niewiele korzystamy z ich doswiadczen poniewaz nie potrafimy ich przelozyc na nasze wlasne zycie? Odpowiedz Link
mariamagdalena66 Re: Akurat w tym mamy dłuższy staż. :) 25.04.05, 10:59 Bo następuje przyzwyczajenie i pojawia się chęć odmiany. Nie tylko dzieci mają takie odczucia. Pojawienie się potrzeby nie musi równać się jej zaspokojeniu. tu mam wolną wolę. Nie rozumiem co tu mają do rzeczy dzieci i ich postępowanie. Ja nic o postępowaniu nie pisałam. Pisałam o odczuciach. Odpowiedz Link
prowincjal Re: Akurat w tym mamy dłuższy staż. :) 25.04.05, 12:48 Ja nie deprecjonuję tych odczuć (chęć odmiany) bo samemu mi się takowe zdarzały - chciałem zmienić partnerkę na, powiedzmy kilka dni żeby zaszaleć z inną. Ale jak sama napisałaś, a ja uściślę - nie wolno się poddawać takim emocjom, bo z nich wiele dobrego nie wyniknie. I tym się różnimy od dzieci, że potrafimy przewidzieć konsekwencje naszego kaprysu, chęci odmiany, i że znając te konsekwencje (piszę o konsekwencjach bo w trudnych okresach trudno nam czuć miłość do partnera) nie idziemy za podszeptem pożądliwości. Odpowiedz Link
kraxa mariamgadalena chyba masz racje 20.04.05, 12:20 Tak u mnie bylo. 6 lat razem, wspólne mieszkanie przez ostanie dwa, a po slubie koszmar. ale ja sie rozwiodBam. Blizej moim pogladom do Krzycha dwadziesciapare niz do tych, ktorzy zelecaja "wziecie na wstrzymanie". Tylko u mnie byly tez inne nieprzyjemne rzeczy. Odpowiedz Link
nuela Re: mariamgadalena chyba masz racje 23.04.05, 11:48 I odwieczne pytanie, lepiej trwać w toksycznym związku, czy spróbować od nowa układac sobie zycie? Odpowiedz Link
oliwka30 Re: mariamgadalena chyba masz racje 25.04.05, 21:52 A jak w ogóle stwierdzić, że jest on toksyczny? Tak z środka to trochę nieobiektywnie człowiek patrzy. :/ Odpowiedz Link
anula36 Re: mariamgadalena chyba masz racje 26.04.05, 09:13 jak to jak ? Piszesz maila do mariimagdaleny z pelnym opisem zwiazku i dowiadujesz jak bardzo jest toksyczny.Nie zwlekaj. Odpowiedz Link
oliwka30 Re: mariamgadalena chyba masz racje 01.05.05, 11:18 Ta i następnego dnia wnoszę pozew ;P Odpowiedz Link
spring78 Re: Pytanie... 04.05.05, 22:09 A pewnie, że są... mamy duuuuuuuuuuuużo cierpliwości do siebie i obydwoje chcemy ciągnąć to dalej... - oto nasza recepta na długotrwały związek Odpowiedz Link