zmagda1
17.07.06, 23:09
Wygoniłam go z domu, właśnie przed pół godz. wygoniłam go, miałam już dość teraz
siedzę i ryczę - Boże na noc go wygoniłam, nie ma dokąd iść, jutro rano do
pracy... Kazałam zostawić klucze i niech wy.... a powiedziałam to gdy się
dowiedziałam, że mnie nie kocha, że ma fatalną żonę, że juz dawno by odszedł
gdyby nie dziecko...Próbowałam przypominać dobre chwile - podnosił głos - on nic
nie pamięta i nie chce pamiętac...Mówiłam, że kocham i niech spróbuje w nas
uwierzyć (defakto z nienacka 2,5mies temu nastał ten beznadziejny stan), on
mówi, że nie, on nie wierzy i nie chce, dodaje że nie ma nikogo. Czym się wobec
tego kieruje, dlaczego rani mnie słowami - prosiłam aby tak nie mówił, rani
mnie, boli mnie to itp. On na to że on nic oe mnie nie chce, a ten sex który
uprawialiśmy nawet w tej beznadziei to sama sobie niech dopowiem... Ludzie jak
mozna byc tak podłym - po 12 latach bycia razem, po 5 latach małżeństwa mąż mówi
żonie takie rzeczy, mi się to w głowie nie miesci...A jeszcze zadaję sobie
pytanie czy nie powinnam przeczekać nocy i niechby się wyprowadzał rano... On
mówił, że za duzo gadam, a ja na to że milczeniem nic byśmy nie wskórali, a on
że wolałby milczeć - jak milczeć, być koło siebie i nie interesowac się sobą,
tak wygląda małżeństwo??? Boże powiedzcie co ja zrobiłam???