Dodaj do ulubionych

brak sensu w małżeństwie ?

21.07.06, 11:18
No dobra przeczytałem ileś tam wpisów, zamieściłem ileś wypowiedzi, ale może
rzeczywiście trzeba o moim problemie z kimś pogadać bez ogródek. Będzie
szczerze do bólu, więc pod nowym przed chwilą stworzonym nickiem, piszę co
następuję...

Nie wyczuwam Was, nie do końca rozumiem, ale może właśnie tu znajdę jakąś
poradę, która mi pomoże. Liczę na przyjazne rady, które pomogą mi podjąć
decyzję, z którą już nie mogę zwlekać. Wymyśliłem trzy warianty ostatecznego
rozwiązania moich problemów, ale wciąż się waham, więc może mnie jakoś
oświecicie, pomożecie, może podrzucicie wariant czwarty. Mało tu apeli o
pomoc od facetów, no to mało męskie tak prosić o radę, ale pieprzę to,
potraktujcie proszę mnie poważnie, oto moja historia.

Długo się wahałem, testowałem różne kobiety wreszcie, dopiero po 30-tce,
ożeniłem się wybór przemyślany, do tego mocne uczucie, prawdziwa miłość. Było
nam fajnie, zgodnie, sex udany, bez zabezpieczeń i szybko pojawiła się dwójka
dzieci. I potem zaczęły się problemy. Wspólnie postanowiliśmy że dwójka
wystarczy. Od tej pory ochota na sex całkowicie opuściła moją żonę. No
czasami się kochamy, niska jakość, zero inwencji ze strony żony. Czuję się
jak żebrak, który co jakiś czas otrzymuje jakiś ochłap. Tradycyjnie brak
zabezpieczeń. Żona nie toleruje żadnych. Gdy w nią wchodzą cała drętwieje.
Gdy czuję że jestem bardzo podniecony. Szybko ucieka i zaspakaja mnie ręką.
Robiliśmy to wiele razy, nigdy nie zdarzyło się abym się spóźnił, ale ona
wciąż mi nie dowierza. Bardzo boi się niechcianej ciąży. Najchętniej robi to
gdy ma okres. Wówczas z oczywistych względów nie jestem wpuszczany, zaspakaja
mnie ręką. Sama nie potrzebuje żadnych pieszczot, żadnej gry wstępnej. Nie
toleruje miłości francuskiej, zapalonego światła. Po prostu zaspakaja męża.
Gdy o tym rozmawiamy,. śmieje się ze mnie, że dla mnie to ważne, że to
możliwość znalezienia z nią bliskości. Mówi że dorabiam ideologie. Sama
sprowadza sex do zjedzenia ciastka, a ona słodyczy nie lubi. Żadne moje
zabiegi nie przynoszą skutku, próbowałem już wszystkiego, prośby, groźby, na
większość moich pomysłów reaguje agresją. Nie widzi problemu. Czuję się z tym
fatalnie. Tu dodam, że wszystko inne jest ok. Dzieci udane, z żona nie
kłócimy się, lubimy się , przyjaźnimy, mamy wspólne pasje, sporo znajomych,
uregulowana sytuację finansową, ciekawe, satysfakcjonujące prace, ładny dom.
Ale dla mnie to wszystko staje się coraz mniej ważne. Myślę tylko o seksie.
Pomyślałem że ze mną coś nie tak być musi. Poderwałem kobietę w necie, na e-
randkach. Dogadaliśmy się szybko. Spotkaliśmy. Kochaliśmy. Było wspaniale,
robiła mi wszystko co sobie wymarzyłem, ja doprowadziłem ją do orgazmu. Aby
być pewnym do końca, spotkałem się z nią po raz drugi. Było jeszcze lepiej.
Już żeby mieć jasność. Zapoznałem drugą kobietę i znów to samo, pełna
obustronna satysfakcja. Bez żalu porzuciłem te kobiety, bo tak naprawdę nie o
to mi chodziło. Seks bez uczuć mnie nie interesuję, zrobiłem to tylko po to
by sprawdzić czy wina nie leży po mojej stronie. Obecnie męczę się okrutnie.
Zaczynam ją powoli nienawidzić, wpadam w depresję, czepiam się jej o byle co,
wszystko mnie drażni, nic nie cieszy. Temat rozbudzenia mojej żony uznaje za
zamknięty. Seksuolodzy i te rzeczy absolutnie nie wchodzą w grę, gdy tylko o
tym wspomnę żona dostaje furii. Ostatnio zaczynam odtrącać jej rzadkie oferty
ręcznego seksu. Czuje się po tym upokorzony. Dłużej tego nie wytrzymam, muszę
coś zmienić żeby nie zwariować. Obmyślam różne warianty rozwiązania moich
problemów, ale nie będę Wam nic sugerować.

Nie jest to wpis na temat jej się nie chce co zrobić żeby jej się chciało.
Jestem głęboko przekonany o tym, że jej się nigdy nie zachcę.

I co byście zrobili na moim miejscu ?

Obserwuj wątek
    • anula36 Re: brak sensu w małżeństwie ? 21.07.06, 11:23
      1. pozostac w malzenstwie i poznawac kolejne panienki na enrandkach ( pamietaj
      o prezerwatywie- skoro z toba wskakuja do lozka z marszu - z kazdym innym
      pewnie tez)
      2. rozwiesc sie i poszukac interesujacej partnerki pod wzgledem seksualnym i
      intelektualnym, zwolenniczki nowoczesnej antykoncepcji
    • cranberry11 Re: brak sensu w małżeństwie ? 21.07.06, 11:29
      Powiedz jej o tym wszystkim szczerze, jesli nie potrafisz - daj jej do
      przeczytania to, co napisales (no, do opowiadania o zdradzie nie zachecam).
      Prawdopodobnie ona po prostu nie ma pojecia, ze Ty masz z tym az taki problem.
      Poki sie nie dowie, nie ma co mowic o poprawie.
      Glowa do gory. :)
      • anjaa251 Re: brak sensu w małżeństwie ? 31.07.06, 16:53
        Czy ona Cię kocha? Przyjaźń to nie to samo, co miłosć. Seks jest częścią
        miłośći, małżeństwa. Spróbujcie może chwilowej rozłąki, może zrozumie co traci,
        może Ty spokojnie dojdziesz do jakiegos wniosku.
    • gomory Re: brak sensu w małżeństwie ? 21.07.06, 11:30
      Nie wiem co bym zrobil na Twoim miejscu, bo moga istniec jeszcze rozne aspekty o ktorych zupelnie nie zdaje sobie sprawy. Pewnie sam dostrzegasz swoje wyrachowane podejscie i w jak instrumentalny sposob potrafisz traktowac innych ludzi. To jak opisales swoje malzenstwo nie daje dobrych rokowan na przyszlosc. Ty w glowie juz masz rozstanie. Chociaz nawet ciekaw jestem czy mozliwe jest inne zdanie w takiej sytuacji.
    • ewolwenta Re: brak sensu w małżeństwie ? 21.07.06, 12:10
      Ta historia jest tak wypruta z emocji, że pierwszy raz mam ochotę powiedzieć
      opowiedz jej o zdradzie.
      Przeżyjcie może taki wstrząs, że klapki Wam się otworzą.

      Druga rzecz która mnie razi to obraz idealnego związku, w którym ona jest pewnie
      „głęboko” wierzącą katoliczką* z facetem, którego sposób postrzegania świata
      jest „wypruty’ ze wszelkiego mistycyzmu. To nie jest dobra podstawa do budowania
      czegokolwiek.

      (*zgadłam po postawie dot. seksu?)
      • anula36 Re: brak sensu w małżeństwie ? 21.07.06, 12:14
        jakos slabo sobie biedak ta zone wytestowal:P
      • cranberry11 Re: brak sensu w małżeństwie ? 21.07.06, 12:45
        Tez mam takie nieodparte wrazenie, ze gdyby zona dowiedziala sie o zdradzie,
        mogloby to miec w rezultacie dobre konsekwencje dla związku - w "koncowym"
        rezultacie, za to po drodze przez pieklo.
        Tylko, jeśli sprawy zaszly juz tak daleko, ona nie widzi (lub nie chce widziec)
        ze ich zwiazek kuleje, on nie potrafi jej jasno komunikowac o swoich potrzebach
        (nie mowie o proszeniu o seks), to moze jednak lepiej przezyc wstrzas, niz
        odejsc (nie tlumaczac) z poczuciem, ze "moze mogloby sie udac". W ten sposob on
        zostawi ja w kompletnym szoku, ze kochany maz zawiódl, a ona zostaje sama z
        dwojka dzieci. Chociaz, skoro ona jest taka wierzaca, to pozwoliloby jej to na
        zrzucenie calej winy na niego - to on okazal sie niedojrzaly. Jeszcze facet
        jest pewnie w wieku, kiedy zwykle faceci maja "kryzys osobowosci".
        A moze to wlasnie jest ten kryzys wieku sredniego i warto by go bylo jakos
        dojrzale przejsc, co? (jesli oczywiscie widzi sie jakis sens bycia dojrzalym,
        bo to nie jest takie oczywiste...)
        Tak nawiasem mowiac - mam wsrod najblizszych znajomych malzenstwo po zdradzie
        (jego) - cala historia dobrze im zrobila, obiektywnie patrzac zwiazek jest
        dojrzalszy, oni podchodza do siebie z wiekszym szacunkiem, uwaga, wiedza, co
        moga stracic. Tyle, ze takich spraw nigdy sie nie zapomina.

        • ewolwenta Re: brak sensu w małżeństwie ? 21.07.06, 12:49
          z tą wiarą to była moja sugestia - błedna jak prostował autor


          Nie roumiem panicznego leku anty - antykoncepcyjnego -
          co z gumkami?
    • justyna302 Re: brak sensu w małżeństwie ? 21.07.06, 12:13
      Cos mi sie nie mocno podoba w Twoim postępowaniu, choć nie wiem czy będę
      potrafiła dokładnie określić to co czuję. Chodzi mi o te fragmenty, gdy
      piszesz, ze "testowałeś różne kobiety" zanim podjąłeś przemyślaną decyzję o
      ślubie. Następnie gdy pojawiły się problemy w seksie musiałeś "sprawdzić" i to
      z różnymi kobietami ( zeby wykluczyć chyba margines błędu ), że z Tobą wszystko
      jest w porządku. Sprawdziłeś, jesteś z siebie zadowolony, bo doprowadzałeś je
      do orgazmu, więc się z nimi rozstałeś, bo wiesz już to co chciałeś sobie
      udowodnić. Jest to rzeczywiście instrumentalne podejście do sprawy i do kobiet.
      Na pewno jest to spory problem dla was obojga, ale bije mi z Twojej wypowiedzi
      zimnem i beznamiętną kalkulacją. Sprawdziłem, porównałem, przetestowałem. Teraz
      potrzebuje tylko potwierdzenia ze nie ja jestem winny i błogosławieństwa na
      rozstanie.
      • leszek9916 Re: brak sensu w małżeństwie ? 21.07.06, 12:38
        Dziękuje wszystkim za rady i czekam na więcej...

        Anula36 – panienki z erandek już miałem, takie wyrozumowane to wszystko,
        beznamiętne, na dłuższą metę nie sprawiające satysfakcji. Rozwód boli, tym
        bardziej, że wszystko inne jest ok. Pytanie na ile nieudany sex może
        przekreślić wszystko inne, może przesadzam może nie jest to tak istotne.

        Cranberry11 – ona dokładnie wszystko wie stąd jej oferty zaspokojenia moich
        potrzeb. Mnie raczej chodzi o wzajemność, a jedyne co mogę osiągnąć od niej to
        jej lepsze aktorstwo w tej dziedzinie. Zresztą czasami się stara i zdarza jej
        się postękiwać, pewnie po to bym szybciej doszedł, bo wiesz ręka ją boli.

        Gomory – może i instrumentalnie traktuje ludzi, ale z Twojej strony to
        nadinterpretacja, bo z tego co napisałem to nie wynika. Możesz być spokojny o
        kobiety z erandek, dokładnie wiedziały w co grają, nie były to młodziutkie
        guwernantki i instrumentalne traktowanie było wzajemne. W głowie mam rozstanie,
        aczkolwiek bardzo to trudne dla mnie (patrz moja odpowiedź anuli). Na dodatek
        są dzieci, które bardzo kocham i nie wyobrażam sobie życia bez nich. Co one
        winne, że ich ojciec ma być może wygórowane potrzeby seksulane.

        Ewolwenta – ani ja, ani ona nie jest praktykującą katoliczką. Mistycyzm jest i
        we mnie i w niej. Tyle że jej mistycyzm nie jest związany z seksem, mój jak
        najbardziej i tu się mijamy. A że moje relacja jest wypruta to chyba dobrze,
        nie jestem tu po to by poezję Wam opowiadać, ale żeby jasno nakreślić własną
        sytuację i cierpliwie czekać na Wasz rady.

        Justyna302 – nie potrzebuje nikogo błogosławieństwa na rozstanie, żadne z
        rozwiązań które mi tłuka się po głowie nie jest dobre. Ale może takie są. Z
        moralnością było zawsze u mnie na bakier. Ale żonę kochałem i nie zamierzałem
        zdradzać. W młodości przeżyłem kilka mocnych związków, burzliwych rozstań, a
        żonę znalazłem już jako dojrzały facet, który zdawał sobie sprawę z wielu
        rzeczy, że samo zakochanie nie wystarczy, stąd być może to niefortunne
        określenie testowania...

        A sex kiedyś z żoną był dobry, nigdy nie rewelacyjny, ale dobry.
        • anula36 Re: brak sensu w małżeństwie ? 21.07.06, 12:46
          a nigdy sie nei zainteresowala chocby NPR? zeby sie troche uspokoic z ta panika
          ciazowa?

          Powiem ci tyle- kazda zmiana w zyciu boli- bo musimy porzucic to co dobrze
          znamy i isc w niepewna przyszlosc. W towim przypadku sa jeszcze dzieci i
          kontakty z nimi, nawet gdybys nie byl juz z zona.Nieudany seks tez boli - bo
          neguje nasza seksualnosc, nasza atrakcyjnosc dla partnera i jako
          kobiety /mezczyzny wogole, bo brak bliskosci.

          Wbrew odbiorowi innych - ja wlasnie mam wrazenie ze tobie najbardziej brakuje
          cieplych uczuc - fizycznej i psychicznej bliskosci zony. On sie odsunela a ty
          zostales w pustce ktora probujesz zapelnic erzatzami w postaci " wyrozumowanego
          seksu. Wydaje mi sie ze teskinisz za ukladem Milosc + seks w jednym.
          ale to mozna osiagnac tylko na 2 sposoby - pracowac nad obecnym malzenstwem (
          co moze bolec bardziej niz rozsztanie) albo szukac nowej partnerki.
          Naturalnych potrzeb sesku ,milosci, bliskosci nie da sie zdeptac - wiem o czym
          mowie bo sama bylam w takim zwaizku, robilam sie taka sama zolzowata jak ty to
          opisujesz, odzylam dopiero kiedys odeszlam - choc bolalo jak jasna cholera.
        • ewolwenta Re: brak sensu w małżeństwie ? 21.07.06, 12:46
          >A sex kiedyś z żoną był dobry, nigdy nie rewelacyjny, ale dobry.

          czemu przestał?
        • kachaa17 Re: brak sensu w małżeństwie ? 21.07.06, 12:49
          wydaje mi się, że twoja żona należy do tego typu kobiet, które lubią seks do
          momentu urodzenia dzieci. Czyli póki nie mają dzieci lubią seks, bo wiedzą, że
          w ten sposób mogą zwabić mężczyznę. Ale kiedy osiagną swój cel - posiadanie
          odpowiedniej liczby dzieci seks przestaje je interesować a mezczyzna, którego
          rola reproduktora się skończyła juz im nie jest potrzebny. Tu niejako dzieci
          zastępują swerę seksu. Potrzeby zanikają na rzecz opieki nad dzieśmi. Może to
          się wydawać dziwne ale czytałam o tym w psychologicznym piśmie i doświadczenia
          paru koleżanek to potwierdzają. Właściwie to się dobrze dobraliscie ty
          traktujesz kobiety instrumentalnie a zona potraktowałą ciebie instrumentalnie.
          Za taką postawą kobiet zawsze kryją się nierozwiązane problemy emocjonalne. Bo
          zdrowy człowiek odczuwa potrzeby seksualne. Twojej żonie przydałaby się jakaś
          terapia lub konsultacja u psychologa. Z tego co napisałeś to nie masz
          wygórowanych potrzeb.
          • ewolwenta Re: brak sensu w małżeństwie ? 21.07.06, 12:52
            A mnie się zdaje, że ona seksu potrzebuje (kiedyś było ok. pisze autor) tylko
            utożsamiła go ze strachem przed ciążą i ten lek zupełnie zagłuszył potrzebę.
            Ręczne zabawy dalej pogłębiają problem, bo dla niej to nie przyjemność a wysiłek.
            • your_and Re: brak sensu w małżeństwie ? 21.07.06, 13:07
              ewolwenta napisała:
              > A mnie się zdaje, że ona seksu potrzebuje (kiedyś było ok. pisze autor) tylko
              > utożsamiła go ze strachem przed ciążą i ten lek zupełnie zagłuszył potrzebę.

              Albo dokładnie odwrotnie. Leki i zahamowania, wycofanie po dziecku to powód
              zagłuszenia potrzeb (schemat destukcji rodzinych kobiety modliszki). A strach
              przed ciążą jedynie zasłoną dymną.
        • cranberry11 Re: brak sensu w małżeństwie ? 21.07.06, 12:57
          leszek9916 napisał:
          > Cranberry11 – ona dokładnie wszystko wie stąd jej oferty zaspokojenia moi
          > ch
          > potrzeb. Mnie raczej chodzi o wzajemność, a jedyne co mogę osiągnąć od niej
          to
          > jej lepsze aktorstwo w tej dziedzinie. Zresztą czasami się stara i zdarza jej
          > się postękiwać, pewnie po to bym szybciej doszedł, bo wiesz ręka ją boli.

          Wiem, to znaczy wie, ze maz ma duze potrzeby, wie, ze prosi, wie, ze ona stara
          sie go zaspokajac jak umie (czyli tak, zeby sie za duzo nie natrudzic i zeby on
          szybko dal jej spokoj) - i ma nadzieje, ze to wystarczy.
          Ale czy ona wie, ze to Ci jednak nie wystarcza?
          Czy ona wie, jak sie z tym czujesz muszac prosic o seks?
          Czy ona wie, jak wazne to dla Ciebie jest i co Ci chodzi po glowie w zwiazku z
          tym? I co ona na to?
          Czy ona wie, ze w zwiazku z tym, jak bardzo brakuje Ci seksu byles gotowy na
          przygodne zwiazki z kobietami, byle tylko poczuc choc namiastke tego co
          chciales miec z nia?
          Pewnie nie wie tego wszystkiego - bo i po co ja miales ranic. Tyle, ze jesli
          ona tego nie wie, to moze sam utwierdzales ja w tej nadziei, ze moze "troche
          poudaję i jemu to wystarczy"?
          Dlatego napisalam, ze gdyby dowiedziala sie o zdradzie, mogloby to miec rowniez
          pozytywny wplyw na Was obydwoje.
          • leszek9916 Re: brak sensu w małżeństwie ? 21.07.06, 13:06
            Anulu - dla mnie rozwód to jak wywieszenie białej flagi, jak ucieczka w
            alkoholizm, seksoholizm. Zawsze będę musiał żyć z tym, że sobie nie poradziłem,
            że nie sprostałem. Kto mi zagwarantuje że w nowym związku będzie lepiej ?
            Przecież moja żona to nie pierwsza lepsza panienka poznana w wieku 18 lat na
            obozie harcerskim, bo takie ładne oczy miała.
            Z kolei sklejanie to droga przez mękę, tak inżynieria społeczna dokonywana na
            żywej osobie. Co ona winna że nie ma takich potrzeb, zabić ? A jakby załóżmy
            miała wypadek i była sparaliżowana od pasa w dół, to też miałbym mieć do niej
            pretensje, że seksu nie lubi ?
            No jestem na nie, ale nic konstruktywnego do głowy mi nie przychodzi. A z tym
            połączeniem uczucia i seksu to trafiłaś w przysłowiową dziesiątkę tylko co z
            tego ?

            Ewolwenta – pewnie zawsze grała, ale miała powód, najpierw poderwanie faceta,
            potem prokreacja, a ja tego nie widziałem głupi. A może rzeczywiście
            potrzebowała, a może ma kochanka ? Nikt na to nie wpadł. Ale raczej to
            wykluczone.

            Kachaa17 – na psychologa nigdy się nie zgodzi, dla niej to jest instytucja dla
            wariatów, a ona przecież normalna
            • leszek9916 Re: brak sensu w małżeństwie ? 21.07.06, 13:11
              Ja bym jej powiedział o zdradzie ?
              Wiesz czasmi jej to sugerowałem, że skoro tak to czy nie miała by nic przeciwko
              temu, że sobie gdzie indziej tego poszukam. Ona na to że wówczas już by mnie
              nigdy nawet nie dotknęła, po prostu brzydziła by sie mną fizycznie...
              Z drugiej strony jakoś znacznie by to mojej sytuacji nie zmieniło ;-)
              • ewolwenta Re: brak sensu w małżeństwie ? 21.07.06, 13:13
                jest zbyt pewna Ciebie?
              • cranberry11 Re: brak sensu w małżeństwie ? 21.07.06, 13:45
                O wielu rzeczach się mówi, ze zrobiloby się to czy tamto, a tak naprawdę
                dowiadujemy sie o tym, co "bysmy zrobili", dopiero jak to COS nas dotyka w
                rzeczywistosci. Wg. mnie pozew o rozwod ze strony zony, bo "mąz zdradził" jest
                baaaardzo mało prawdpodobne. Moja kolezanka tez twierdzila, ze ona "nie bedzie
                potrafila byc z facetem, ktory ja zdradzil", ze "sklada pozew o rozwod",
                ze "szuka mieszkania, bo chce sie wyprowadzic", wszystko smiertelnie powaznie i
                na serio. Nadal sa razem, ona nigdzie sie nie wyprowadzila, a pozew o rozwod
                nigdy nie zostal zaniesiony do sadu.
            • kachaa17 Re: brak sensu w małżeństwie ? 21.07.06, 13:12
              tym bardziej jestem pewna ze ma jakies problemy jak napisałes ze dla towjej
              żony psycholog jest dla wariatów. Tak włąśnei mówią ludzie, którzy mają głęboko
              skrywane problemy. Jest taki dziwny paradoks, ze do psychologa chodzą osoby
              bardziej świadome siebie i chyba bardziej "normalne" niż te które maja problemy
              a nie chodzą. Moze to dobry pomysł, zeby twoje zdrady się wydały? Może żona
              przebudzi sie z letargu, w którym tkwi.
            • anula36 Re: brak sensu w małżeństwie ? 21.07.06, 13:14
              mysle bardzo podbnie jak ty i tez czesto zuwam tego argumentu o chorobie itp;)
              Tyle ze choroba/wypadek to rzecz niezawiniona.A niechec do antykoncepcji (
              nawet metod naturalnych ) i odpychanie partnera, wysmiewanie jego potrzeb to
              jest dla mnie przejaw zlej woli drugiej strony.
              A zagluszanie wlasnych potrzeb i to takich podstawowych - jak milosc, czulosc,
              bliskosc itp sprawia ze czlowiek staje sie gorszy niz jest.
              Nawet Tischner przed smiercia powiedzial " cierpienie nie uszlachetnia".
              Wierze ze kazdy ma prawo dos szczescia ale czasem wywalczenie tego szczescia to
              droga przez meke.
              Nikt ci niczego nie zagwarantuje - to ty musisz podejmowac decyzje o wlasnym
              zyciu i potem borykac sie z ich konsekwencjami.
              Mysle ze tak naprawde nie jestes czlowiekiem zdolnym do zasadniczych decyzji-
              jak wiekszosc wpadles na forum zeby pojeczec, podsumowac " inaczej sie nie da"
              i wrocic do swojego chocby i malo satysfakcjonujacego zycia.
        • gomory Re: brak sensu w małżeństwie ? 21.07.06, 14:44
          > Gomory – może i instrumentalnie traktuje ludzi, ale z Twojej strony to
          > nadinterpretacja, bo z tego co napisałem to nie wynika

          Uwazam, ze wlasnie wynika. Nie jestes typem romantyka, ktorym targaja zmienne emocje tylko chlodno kalkulujacym. Do lozka chodziles by sobie kilka spraw udowodnic.
          Uwazam, ze nie mam prawa oceniac Twojej moralnosci, wiec nie traktuj mojego osadu jako ataku. Wcale nie twierdzilem, ze wykorzystywales naiwnosc panienek z netu ;). Nadal doradzam Ci separacje, aczkolwiek jak widze chyba sklaniasz sie ku opcji: nie odejde bo mam dzieci, i cos tam czasem bzykne na boku.
        • wolfinka Re: brak sensu w małżeństwie ? 28.08.06, 22:39
          Nieudany seks w związku może przekreślic bardzo dużo. Może się zrodzić ból,
          nienawiść, depresja i inne uczucia , które nie idą w parze z miłością. I nie
          przesadasz. To naprawdę istotne.Wiem , co czujesz i szczerze Ci współczuję. Też
          doświadczam takich uczuć , stąd moja wypowiedz. I tu można powiedziec ,że jest
          się w matni. Ale wyjście z tej sytuacji musi narodzić się najpierw w Twojej
          głowie. Wyjśc jest wg mnie kilka:
          - tkwic w żwiązku, który pomału wyniszcza duszę i godzić się na seks jaki jest
          - tkwić w zwiazku , który też pomału wyniszcza duszę i znależć sobie kochankę,
          tylko tu pytanie jak często będę mógł się z nią spotykać
          - rozejść się i poszukać kobiety , która spełni moje oczekiwania / ale nie
          tylko seks, również więz emocjonalna /
          - zostawić wszystko jak jest i machnąć ręką / ale to baaaaaardzo trudne i
          czasem zaboli /.
          - zmienić myślenie żony, ale to ONA musi tego chcieć

          Tylko Ty możesz dać sobie odpowiedz na te pytania , a podjęcie dobrej dla
          siebie decyzji musi być zakorzenione w Twojej głowie.
          Pozdrawiam i zyczę podjęcia trafnych i satysfakcjonujących decyzji.
          Tak jak w głowie żony zakorzeniona jest myśl o takim a nie innym seksie.
    • dixia Do moderatorów... 21.07.06, 13:12
      Przeczytałem ten wątek i przypomniał mi się taki post faceta po czterdziestce co
      miał problem z żoną. Wdał się w romans, zona to odkryła, wystrzelała lalunię po
      gębie a potem prawie się rozwiedli... Wątek miał z 300 wpisów i trwał jakiś
      dłuższy czas. Niestety nie pamietam nick'a.
      Może ktos z Was podsunie link Leszkowi? Bo widze tu b.wiele odnośników...
      • misssaigon kotbury 21.07.06, 13:26
        ale prawdopodobnie to byla kobieta
    • dixia Poczytaj sobie ten wątek!!! 21.07.06, 13:39
      forum.gazeta.pl/forum/72,2.html?f=15128&w=30723591&s=0
      Twoja historia jest dość podobna...
      • leszek9916 Re: Poczytaj sobie ten wątek!!! 21.07.06, 14:15
        No tak pewnie sobie ponarzekam pojęczę i zostanę przy swoim. Rozwód jednak
        wykluczam. Prawda jest taka że nie ma dobrego rozwiązania zaistniałej sytuacji,
        to trudno od Was wymagać jakiś cudownych recept. W końcu nic takiego mi się nie
        dzieje. To że z czasem stanę się zgorzkniały, zły ,to też pewne. Może dalej
        będę sobie pogrywać panienkami, może się w tym rozmiłuję. Raz będzie lepiej raz
        gorzej. Przejdzie lato, potrzeby seksualne nieco przycichną, kupie sobie jakieś
        pornosy i jakoś tam będzie. Ale przynajmniej dziś przez chwile mi było lepiej,
        że ktoś mnie wysłuchał i usiłował pomóc, za co Wam dziękuję...

        A wątek sobie przeczytam w końcu moja sytacja jest pewno dosyć typowa...
        • anula36 Re: Poczytaj sobie ten wątek!!! 21.07.06, 14:20
          niestety na cuda tylko sila wysza ma monopol;)
        • wolfinka Re: Poczytaj sobie ten wątek!!! 31.07.06, 20:54
          Prawda jest taka , że to o czym piszesz jest sytuacją dość typową.Ale jest tez
          taka , że jest to problem dla ciebie i ja cie bardzo dobrze rozumie.Tak ,mozesz
          stac sie z czasem zgorzknialy ,zły. Rozumiem cie bardzo dobrze , bo rowniez to
          samo moglabym napisac o sobie. Też byłam zoną, ktora nigdy nie chciała.Tez były
          prosby, czasem przekupstwa ze strony meza, ciche dni , żale,pretensje i brak
          dobrego rozwiazania zaistnialej sytuacji.Narastająca
          frustracja,zlosc,zgorzknienie. I wtedy ja postawiłam wszystko na jedną kartę.
          Zero seksu. Tak tez sie stalo.Jednak dopiero po jakims czasie zrozumialam
          dlaczego postapilam tak,jak postapilam.I nie zaluje swojej decyzji.
          Nie wiem jak moj maz radzi sobie z seksem i wcale mnie to nie interesuje.
          Ale wiem dlaczego,ja zrezygnowalam z niego z nim. Bo byl po prostu ignorantem
          seksualnym i nie umial rozbudzic we mnie czulej i namietnej kobiety.Byłam tylko
          do zaspokojenia jego popedu. A ona zrodzila sie we wmnie po dluzszej
          abstynencji seksualnej. I wtedy ja zaczelam miec problem. Rozwiazalam go
          znajdujac sobie kochanka i teraz mimo, ze jestem nadal z moim mezem , spotykam
          sie z tamtym.Moje malzenstwo to czysta fikcja, laczy nas tylko to,ze nie stac
          mnie finansowo odejsc od meza.Raz jest lepiej,raz gorzej ale nigdy
          dobrze.Leszek,.....kupie sobie jakies pornosy i jakos tam bedzie... wg mnie to
          Twoj wybor, niemniej jakos tam bedzie moze sie pogarszac z kazdym rokiem.Wiec
          szukaj wyjscia z tej sytuacji i jesli zdecydujesz sie nawet na zwiazek z
          kochanką to ja Cie dobrze rozumię.
    • a.b1 Re: brak sensu w małżeństwie ? 21.07.06, 14:29
      a ja cały czas wierzę w rozmowy, szczere, spokojne. Czy powiedziałeś jej to co
      tu napisałeś? Wydaje mi się, że jeśli się kogoś kocha, nie pozwal mu sie
      cierpieć. Może ona poda jakieś rozwiązanie. Jeśli to jest tylko kwestia obawy
      przed kolejną ciążą i niechęć do antykoncepcji, może pewnym rozwiązaniem dla
      Was będą metody naturalne? Jeśli coś innego stoi na przeszkodzie, to tylko
      szczerość Twojej żony może doprowadzić do skutecznego rozwiązania problemu.
      Sama wiem jak brak czułości wpływa na zachowanie, niestety tu czas nie jest
      sprzymieżeńcem a wrogiem
      • anula36 Re: brak sensu w małżeństwie ? 21.07.06, 14:32
        niestety z tego forum wynika ze czesto najwazniejsza jest milosc wlasna - a
        reszta..niech sie wali.
        • czar_net Re: brak sensu w małżeństwie ? 21.07.06, 14:41
          Petentem to ja jestem od dłuższego czasu...
          Znam te metody: jak nie będziesz ze mna to z soba skończę i takie tam...
          Nigdy ich nie stosowałem, zawsze gardziłem ludźmi którzy je stosowali.
          Staram sie być dorosły i załatwiać swoje problemy, bez narzucania się,
          bez przerzucania odpowiedzialności na zewnątrz...
          I tak ostatnio sex mi się źle kojarzy, jak by weszła w tą dziedzine mojego
          intymego życia banda seksuolgów, chyba bym do reszty sobie to obrzydził...
          Aby o czyms rozmawiac trzeba mnóstwo cierpliwości z obu stron, takie mozolnie
          sklejanie, grzebanie się w uczuciach. Ja nigdy cierpliwy nie byłem, a teraz to
          już wogóle mi jej brak...
          • cranberry11 Re: brak sensu w małżeństwie ? 21.07.06, 14:50
            Tylko ze to oznacza albo:
            - mozolny (i niepewny) trud,
            - rezygnację i rozstanie (z równie niepewnewna przyszlością),
            - trwanie w dotychczasowym układzie.
            Dobrych, prostych i tanich metod tu nie ma niestety...
            • groszek_73 Re: brak sensu w małżeństwie ? 21.07.06, 15:51
              z autopsji powiem. miałem tak samo. potem romans, odkrycie go przez żonę. moja
              żona jest demonem seksu. Bo nie jestem już na wyłączność, są kobiety którym się
              podobam. tylko że to ciężka droga i nie zawsze udana, bo ja żony już nie kocham
              • leszek9916 Re: brak sensu w małżeństwie ? 21.07.06, 16:23
                ktoś kiedyś powiedział, że z romansami,
                to jak z dwoma dzbanami, do jednego coś przelejesz, to w drugim ubędzie...
                • groszek_73 Re: brak sensu w małżeństwie ? 21.07.06, 16:38
                  leszek9916 napisał:
                  > ktoś kiedyś powiedział, że z romansami,
                  > to jak z dwoma dzbanami, do jednego coś przelejesz, to w drugim ubędzie...

                  różnie bywa. szczególnie kiedy jest on spowodowany brakiem zrozumienia z drugiej
                  strony. nieszczęściem. często poprawia to małżeństwo, seks etc. czasem trzeba
                  się rozstać...i nie wiemy co bedzie w naszym przypadku.
                • pgpg1 TEORIA SUBLIMACJI 21.07.06, 19:14
                  Leszek, duzo jesli nie wszystko z tego, co piszesz, doskonale rozumiem. Nie
                  jestes raczej typem kogos, kto instrumentalnie traktuje ludzi, wbrew temu co
                  pisza tutaj. Moze napisales to troche topornym jezykiem, ale ja Ciebie - tak
                  normalnie, po mesku, rozumiem. Jestes normalny facet, jak i ja.

                  Jest jeszcze jedno wyjscie, ktore jest strasznie karkolomne, i za ktore
                  wyklucza mnie z tego forum. Zwlaszcza kobiety. Ale jest to wyjscie, ktorego nie
                  da sie zaplanowac. Ono musi sie zdarzyc, i mysle, ze bez odrobiny ingerencji
                  kogos z gory trudno o to, by sie zdarzylo. Ale - w zyciu sie zdarza. Mi sie
                  zdarzylo.

                  Znajdz sobie kochanke przez duze K. Kobiete, ktora nie bedzie tylko od seksu,
                  ale bedzie osoba, ktora pokochasz, i ktora zaakceptuje Twoja legalna milosc
                  (przywiazanie do zony, (nie)wiernosc malzenska, dzieci, odwieczny brak czasu i
                  chowanie sie po hotelach). Wtedy bedziesz spelniony. Problemy przeniosa sie
                  jedynie na sfere sumienia, ale - jezeli faktycznie jest tak, jak piszesz, to
                  mozna sobie niektore rzeczy wytlumaczyc, no chyba ze wiernosc jest dla Ciebie
                  wartoscia absolutna, ale nie jest, jak piszesz....

                  Jest to banalne rozwiazanie, znane od stuleci: Oddzielic milosc (nie tylko
                  seks!) od malzenstwa. Uczynic z malzenstwa instytucje przez duze I. W ktorej
                  niekoniecznie sypialnia jest najwazniejszym pomieszczeniem. (BRON BOZE NIE
                  PISZE TEGO Z IRONIA!). Niektore kobiety tego nawet chca, wbrew pozorom.

                  Pozostaje - mimo wszystko - poczucie niedosytu, winy wobec obu stron. Ale przy
                  swiadomosci caloksztaltu okolicznosci jest to chyba lepsze niz trwanie bez
                  bliskosci, bez spelnienia, bez odwzajemnienia, bez wzajemnosci, bez iskry.

                  Ale.... moze jednak najpierw znajdz zonie opiekunke do dzieci i sprzataczke.
                  Pozwol sie spelnic zonie zawodowo. Pozwol jej sie poczuc szczesliwa. Przejmij
                  znaczna obowiazkow. Jedz z nia na wczasy. Kochaj ja tak, jak ona tego
                  pragnie .... /chyba ze jej to ryba/. Pomagaj pomagaj pomagaj

                  nie wierze, ze uczyniles wszystko w tej dziedzinie.
                  Mezczyzni z reguly nigdy nie robia wszystkiego w tej dziedzinie. Ja nie
                  zrobilem.
                  To kobiety raczej sa zdolne do takich poswiecen.
                  Faceci - tak mysle - zbyt szybko ida na skroty. Ja poszedlem na skroty. Czy
                  zaluje?????? tak i nie. Czasem tak.

                  Bowiem na to podane przeze mnie karkolomne rozwiazanie jest zawsze czas, a na
                  dbanie o wlasne malzenstwo nigdy nie jest zbyt wczesnie, a moze byc za pozno.

                  To karkolomne rozwiazanie to jest z jednej strony po prostu egoizm - dbanie o
                  wlasne potrzeby. Z drugiej strony - pozwala to (niekiedy, nie zawsze)
                  wygenerowac bardzo duzo pozytywnych uczuc wobec malzenstwa. ALe czy to jest to,
                  czego szukasz? Czy tak powinno malzenstwo wygladac? Chyba nie.

                  Jest jeszcze jedno rozwiazanie. TEOLOGICZNE. O ktorym nikt tu nie pisal.
                  Teoria sublimacji. Przetworzenie energii erotycznej, ktora sie gromadzi w
                  Tobie, w relacje miedzyludzkie. W milosc ofiarowana innym. Dzieciom, zonie, po
                  prostu innym. Spoleczenstwu. Tak to widzi filozofia katolicka (nie wiem, czy
                  wszystkie koscioly chrzescijanskie to propaguja, ale katolicki tak). To dla
                  twardzieli.

                  Ja nim nie jestem, moze w przyszlosci.
                  • pgpg1 Re: 21.07.06, 19:35
                    Polecam dwa filmy:

                    Co sie zdarzylo w Madison County (z Easwoodem, genialne!) i
                    Ksiaze Przyplywow z Barbra Streisand (rewelacja!)

                    Obie o powrocie do zony / pozostaniu przy mezu.

                    Cos tam ucza. Przede wszystkim ucza patrzec na zdrade nie jako na najwieksze
                    nieszczescie, jakie sie moglo przydarzyc zdradzanemu, lecz pokazuja ludzi
                    jakimi sa.....

                    Inna sprawa, ze nie mi oceniac, czy zdrade powinno sie wybaczyc, czy nie.
                    Dawniej bylem rygorystyczny. Swinstwo i tyle. Teraz jednak wiem, ze najlatwiej
                    poczuc sie oszukanym i skrzywdzonym i jechac na tym, jaka to straszna rzecz
                    mnie spotkala (mowie tu o pozycji zdradzanej osoby), a o wiele trudniej wziac
                    tez na siebie odpowiedzialnosc za to, co sie w zwiazku dzieje....

                  • kici10 Re: TEORIA SUBLIMACJI 22.07.06, 01:01
                    To karkołomne rozwiązanie to jest sk...syństwo przez duże S. Jest to
                    instrumentalne potraktowanie kochanki, cyniczne wykorzystanie jej.
                    • pgpg1 czy na pewno sk....synstwo? 24.07.06, 14:23
                      Do Kici:

                      a jezeli Kochanka o wszystkim wie, nie ma zludzen i na wszystko sie zgadza?
                      I nie liczy, ze facet odejdzie od zony? Jezeli sama nie oczekuje wiecej i
                      akceptuje to, ze nie moze byc inaczej, bo sama nie chcialaby rozbijac rodziny?

                      Czy koniecznie musi byc instrumentalnie wykorzystywana? czy myslisz, ze ona
                      takze nie czerpie z tego zwiazku?

                      Zapewniam Cie, ze ona tez tego moze chciec, poniewaz taki (nawet polowiczny
                      zwiazek) (co ja tam pisze, to nie jest nawet 10% zwyklego zwiazku, tylko jakies
                      okruchy), sa dla niej piekniejsze niz kilkuletnie bycie z innym facetem. Nie
                      wierzysz, ze tak moze byc?

                      Owszem, moze.

                      Czy to dalej jest sk....synstwo?

                      Jezeli tak, to przede wszystkim wobec wlasnej zony.... ale nie wobec kochanki.

                      pozdrawiam
                      • kici10 Re: czy na pewno sk....synstwo? 25.07.06, 15:46
                        a jezeli Kochanka o wszystkim wie, nie ma zludzen i na wszystko sie zgadza?
                        > I nie liczy, ze facet odejdzie od zony? Jezeli sama nie oczekuje wiecej i
                        > akceptuje to, ze nie moze byc inaczej, bo sama nie chcialaby rozbijac
                        rodziny?

                        No domyślam się, że o wszystkim wie. Akceptuje to, bo pewnie jej to coś daje.
                        Ochłapy rzucone z Pańskiego stołu. Jeśli kobitka świadomie idzie na takie coś,
                        to znaczy, że jest nieźle zdeterminowana (zakochana, samotna, bez perspektyw).
                        Facet natomiast znając to zdeterminowanie cynicznie na nim żeruje. Znam takie
                        związki, że kochanka czekała na faceta 30 lat, żyjąc nadzieją, że kiedyś
                        odejdzie od żony. Nigdy to nie nastąpiło. W konsekwencji dla dupka wybrała
                        samotne, bezdzietne zgorzkniałe życie. A Pan Mąż pobawił się ile chciał i
                        docelowo wrócił w ciepłe domowe kapcie. Często już schorowany i bez ikry. Jak
                        zwał tak zwał, dla mnie jest to wymaganie od drugiego człowieka poświęcenia
                        swojego życia bez możliwości otrzymania czegoś w zamian. Jest to cyniczne i
                        okrutne. Sam sobie wyobraź siebie na miejscu tej kochanki.
                        • pgpg1 Re: czy na pewno sk....synstwo? 25.07.06, 16:21
                          cyt. "kochanka czekała na faceta 30 lat, żyjąc nadzieją, że kiedyś
                          odejdzie od żony."

                          A jezeli facet mowi jej, ze nie odejdzie, to czy jest to dalej zerowanie na jej
                          potrzebach?

                          A moze jednak wzajemna wymiana energii? Oboje sa niespelnieni (maz i kochanka),
                          oboje potrzebuja tego samego.

                          Przeciez nikt nie karze kochance czekac 30 lat na niewiadomoco. Przeciez ona
                          moze szukac sobie partnera.... i zapewniam Cie, ze wiele kobiet dzieki takim
                          zwiazkom potrafi docenic innych mezczyzn, nawet nie tak blyskotliwych jak
                          kochanek, wlasnie dlatego, ze moga z nimi wlasnie zbudowac normalny zwiazek, bo
                          z mezem cudzej zony takiego miec nie beda.

                          Tu chyba ja mam racje. Czy az tak daleko nalezy brac odpowiedzialnosc za
                          kochanke? Przeciez statystyki sa jednoznaczne - 10% facetow odchodzi na stale
                          do kochanki, reszta pozostaje przy zonie. Wiec na co tu liczyc? Wlasna naiwnosc?
                          Przeciez jestesmy wszyscy dorosli.... moze sie myle.
                          • pgpg1 Re: czy na pewno sk....synstwo? 25.07.06, 16:21
                            Kaze sie pisze oczywiscie przez "z" z kropka, sorry.
                          • cranberry11 Re: czy na pewno sk....synstwo? 26.07.06, 16:46
                            > cyt. "kochanka czekała na faceta 30 lat, żyjąc nadzieją, że kiedyś
                            > odejdzie od żony."
                            > A jezeli facet mowi jej, ze nie odejdzie, to czy jest to dalej zerowanie na
                            jej
                            >
                            > potrzebach?
                            NIE WIERZE, ze facet, który ma zone, z która jest super we wszystkim poza
                            lozkiem i kochanke, z która jest mu dobrze nie tylko w lozku, nie zrobi
                            wszystkiego, zeby utrzymac ten stan rzeczy jak najdluzej.
                            NIE WIERZE, ze ktorys z was, panowie, w takiej sytuacji powie kochance "moja
                            droga, nigdy nie odejde od zony, bo ja kocham, wiec jesli nie potrafisz tego
                            zakceptowac, to droga wolna". Nie wierze w to - po pierwsze dlatego, ze facet,
                            który znajduje sobie kochanke z zalozenia mysli tylko o wlasnym interesie.
                            Po drugie - przeciez jesli to ma byc kochanka "przez duze K", to facet tez
                            bedzie emocjonalnie zaangazowany i tez bedzie mu trudno przyjac do wiadomosci,
                            ze np. ona wlasnie zakochuje sie w kims innym (w koncu samiec to samiec, status
                            kochanka czy zona nie ma tu nic do rzeczy).
                            Kochance mowi sie, ze sie ja kocha, zapewnia, ze z zona sie nie sypia, ew.
                            ze "z zona to nie to samo" i ze "zona nie daje szczescia" itd. itp.
                            Taki uklad ZAWSZE kogos rani i zawsze ktos jest poszkodowany, niezaleznie od
                            tego, czy to trwa rok czy 30 lat. Argumenty za tym, ze "ona wiedziala", "sama
                            tego chciala", "miala okazje, zeby poznac mezczyzn" to tylko "uspokajacze
                            sumienia". A tak naprawde to rozwiazanie to SK..SYNSTWO i warto sie chociaz
                            przed soba do tego przyznac.
                            • pgpg1 Re: czy na pewno sk....synstwo? 26.07.06, 18:02
                              To ja Ci opowiem cos innego, Cranberry.

                              Moja siostra jest samotna. Od lat. Od roku ma kochanka-cudzego meza, ktorego
                              zreszta raz nawet rodzinie przedstawila!!! Facet niczego sobie.

                              Na poczatku wszyscy - w duchu Twej wypowiedzi - (ja i druga siostra oraz
                              rodzice) odradzalismy jej taki zwiazek, tlumaczylismy, ze jest wykorzystywana,
                              ze on wykorzystuje jej naiwnosc i potrzeby. /Rodzice to w ogole przezyli szok
                              mentalnosciowy, mama do dzis nie moze tego przyjac do wiadomosci/. Ojciec
                              machnal reka i mowi, ze kochanka zawsze jest lepsza niz stara panna.

                              Siostra po ostrej reakcji nas olala. Od roku spotyka sie z nim dalej, i
                              kwitnie. Pierwszy raz widze, ze ona rozkwita.

                              Niedawno zaczalem z nia rozmawiac (mi najlatwiej zawsze bylo ja zrozumiec). I
                              sie otworzyla przede mna. Opowiedziala, ze chce przezyc cos takiego, a potem
                              moze nawet zawsze byc sama....

                              Tamten tamten facet stale jej powtarza, ze ma sie nie wiazac z nim na smierc i
                              zycie, ze ma sobie inaczej zycie ulozyc, ze ma poznac kogos na stale, bo on to
                              tylko taki erzac. On ma 3 dzieci i 40 lat, a ona samotna 35 letnia kobieta.
                              Razem pracuja. I widze, ze moja siostra to jest taka kobieta, ktora tez ma na
                              tyle wysokie morale, by nie rozbijac rodziny. I jest to kobieta, ktora nie robi
                              zakusow na jego czas wolny, weekendy itd. Bo wie, ze tego nie bedzie, ze to
                              jest tylko mozliwe z doskoku. Zresza sa ze soba caly czas w pracy.

                              Troche spojrzalem na to inaczej. Dopytywalem sie jej, czy jej ciezko, czy
                              cierpi, czy jest zazdrosna. A siora mi na to, ze jest szczesliwa, choc to
                              nielatwa milosc. I ze pierwszy raz w zyciu ktos ja kocha, rozumie, podaza.

                              Zamienila samotnosc na kogos, kto choc troche jest dla niej (po 10 godzin
                              dziennie w pracy, to nie tak malo!).

                              na poczatku nie znosilem tego faceta. Bo znam jego zone.
                              Dalej z nim nie rozmawiam, on tez nie szuka kontaktu, spotykamy sie czasem na
                              ulicy i sie sobie tylko klaniamy. Jego zona o niczym nie wie.

                              Ale twierdze, ze taki uklad nie jest swinstwem wobec kochanki.
                              A ze kogos rani - to owszem, ale nie kochanke. ZONE!!!!!!!!!!!!!!
                              A nie mi oceniac jego relacje z zona.

                              Czemu tego nie rozumiecie??????????

                              Jest takie powiedzenie: Chcacemu nie robi sie krzywdy.
                              Jest to podstawowa zasada wszelkich eksperymentow medycznych, sportu
                              wyczynowego (boksu np.).

                              Co innego to stwarzanie zludnych nadziei. A co innego szczere przedstawienie
                              sprawy. WIec dalej twierdze, ze nie zawsze robi sie krzywde kochance.
                              • cranberry11 Re: czy na pewno sk....synstwo? 26.07.06, 21:28
                                Ech, a ja moglabym Ci opowiedziec zupelnie inna historie....

                                Dla chcacego... Pytanie, czy jestesmy w stanie przewidziec wszystko, nawet
                                jesli "chcemy"? Sport? Zly przylad. Sportowcy tez rzadko kiedy zastanawiaja
                                sie, co bedzie, kiedy straca zdrowie (a podobno nie ma sportu wyczynowego,
                                ktory nie pozostaje bez wplywu na zdrowie). Mam akurat taki przyklad faceta,
                                który ma bardzo, bardzo zniszczony kregoslup po latach podnoszenia ciezarow.
                                Pytalam go, czy drugi raz zdecydowalby sie na to samo. Powiedzial, ze wtedy nie
                                myslal o konsekwencjach...

                                No wlasnie - nie myslal. Czy uwazasz, ze 35-letnia kobieta jest juz skazana na
                                znajomosc z zonatym facetem, bo zaden inny sie nia nie zainteresuje? Nieprawda.
                                Oczywiscie to jej wybor. Tylko, ze jesli pobedzie z kochankiem jeszcze pare
                                lat, to moze miec pozniej jeszcze i 50 lat na wspominanie tej znajomosci. Czy
                                warto? A kto to moze wiedziec teraz? A wykorzystywanie kogos dla wlasnej
                                przyjemnosci jest ZAWSZE zlem.
                              • kici10 Re: czy na pewno sk....synstwo? 27.07.06, 01:34
                                Krzywdzenie żony w tym wypadku jest bezdyskusyjne. Skupmy się więc na kochance.
                                Pgpg1 zupełnie nie znasz psychiki kobiet. Nie wierzę, że gdzieś na dnie duszy
                                Twojej siostry nie czai się nadzieja na porzucenie żony i wybranie jej. W życiu
                                się do tego nie przyzna, nawet przed samą sobą. Jej postępowaniem rządzi
                                determinacja. A facet tę determinację cynicznie wykorzystuje. Lepiej jest mieć
                                erzac niż nic. A ponieważ jednak na dnie duszy czai się nadzieja, tak więc tak
                                jak szybko zakwitła, tak szybko zwiędnie, kiedy okaże się, że jednak wraca cały
                                do żony. Przypomnij sobie te słowa, kiedy siostra się będzie rozstawała z tym
                                facetem. Faceci nie potrafią pojąć, że kobiety zawsze mają jakiś plan.
                                Facet już teraz przygotowuje ją do ewentualnego rozstania. Czy jest więc z nią
                                emocjonalnie związany? Dla niego to transakcja wymienna. Ale czy dla niej?
                                Jeśli jak mówisz kwitnie, to znaczy, że się zakochała. A odtrącona miłość boli,
                                oj boli.
                                • cranberry11 Re: czy na pewno sk....synstwo? 27.07.06, 12:13
                                  Kici, ona może być święcie przekonana, że to taka wzniosła, cierpiętnicza
                                  miłość prawie-świętej, do faceta, który jest SKAZANY na bycie z zona. W koncu
                                  facet nie moze zostawić zony i dzieci, bo to byloby nieuczciwe i nie miesci sie
                                  w jakichs (szeroko pojetych, zdaje sie) normach moralnych.
                                  To tak jak z kobietami zakochanymi w ksiezach - on biedny, bo zwiazany slubami
                                  (ale przynajmniej innej kobiety nie ma), NIE MOZE PRZECIEZ porzucic BOGA, a ona
                                  sie na to wszystko godzi. To jedna strona medalu. Druga strona medalu to
                                  skrajny egoizm faceta - miec wszystko to, co daje bycie ksiedzem (mezem,
                                  ojcem, "uczciwym, porzadnym czlowiekiem") i do tego miec wszystko to, co daje
                                  kochana kobieta. Takich facetow to tylko za jaja powiesic...
                                  • kici10 Re: czy na pewno sk....synstwo? 27.07.06, 13:07
                                    Tak też może być. Ona wznoisła, on pragmatyk.
                                    • pgpg1 Kochanka tez czlowiek, moze decydowac o sobie! 27.07.06, 18:32
                                      Czyli nie traktujemy kochanki powaznie, tak?
                                      Czyli ona sama nie jest w stanie o sobie zadecydowac? Nie wolno jej nawet
                                      zadecydowac, czy moze wziac sobie kochanka, i kto ma nim byc??? to takie
                                      socjalistyczne.... ktos wie lepiej, co dla nas lepsze. Dlaczego, do cholery ????

                                      To jest naruszanie podstawowych praw jednostki do decydowania o samej sobie.

                                      Wy wszystkie twierdzicie, ze kobieta musi miec jakis PLAN. Plan odbicia meza.
                                      Nawet jesli o tym nie wie. Wy twierdzicie, ze jest jedna uniwersalna kobieca
                                      psychika, ktora jest nakierunkowana na zdobycie meza.....

                                      NIEPRAWDA !!!!
                                      Kazdy ma prawo do seksu, twierdze.
                                      Kazdy ma prawo do szczescia.
                                      Kazdy ma prawo do bycia kochanym.

                                      I jezeli nie jestescie w stanie zapewnic Kochance stalego partnera, bo niby
                                      jak, to nie pozbawiajcie jej prawa do pozostawania w zwiazku z zonatym
                                      mezczyzna. Jak bedzie chciala, to sama zerwie.
                                      Co innego, jak facet ja zwodzi.
                                      A co innego, jak sama tego chce.

                                      • zgnilapannamloda Re: Kochanka tez czlowiek, moze decydowac o sobie 27.07.06, 18:42
                                        pgpg1 napisał:
                                        (...)
                                        > Kazdy ma prawo do seksu, twierdze.
                                        > Kazdy ma prawo do szczescia.
                                        > Kazdy ma prawo do bycia kochanym.
                                        >
                                        Wszystko prawda. Ale czy mężczyzna kocha kochankę tak jak ona na to zasługuje?
                                        Tak jak on jej pokazuje? Czy kocha ją bezgranicznie i jest w stanie zrobić dla
                                        niej wszystko? Czy ona może do niego zadzwonić jak sie coś wspaniałego/złego
                                        wydarzy? Czy on będzie czuwał przy niej całą noc w szpitalu jak będzie chora?
                                        Czy ona może się z nim podzielić wszystkim i zawsze?
                                        Kochanka przez duże K zazwyczaj jest zupełnie sama. Całe życie podporządkowuje
                                        jemu i jego planowi tygodnia, żeby nic nie zgubić. Ma prawo być kochana i on
                                        pozwala jej myśleć, że jest kochana, a i ona go kocha i dlatego nie odejdzie i
                                        nie zrezygnuje. I nie mów, że ma rozum i że wiedziała w co się pakuje, bo nie
                                        wiedziała. Nie ma nic gorszego niż niespełniona miłość.
                                        Masz prawo do seksu.
                                        Masz prawo do bycia szczęśliwym.
                                        Masz prawo do bycia kochanym.
                                        Nie masz prawa dawać komuś POCZUCIA i tylko poczucia, że jest się kochanym.
                                        I nie zwalaj całej winy na kochanke i jej głupote i brak rozsądku, bo w miłości
                                        nie ma rozumu i nnie ma rozsądku. Jaka by ta miłość nie była.
                                        • pgpg1 Re: Kochanka tez czlowiek, moze decydowac o sobie 28.07.06, 13:27
                                          Zgnila panna mloda, ujelas mnie........
                                          Wlasnie o to chodzi, czy maz ma prawo kochac Kochanke, nawet jezeli wie, ze nie
                                          jest jej w stanie dac jej tego, na co ona zasluguje?

                                          Czyli w takim razie w ogole nie powinien podejmowac tej znajomosci, tak?
                                          Wszystko albo nic???

                                          Nie moge dac Co wszystkiego, wiec nie dam Ci nic ...

                                          Jakas logika w tym jest.
                                          Nie oswajac kobiety, jezeli nie jest sie w stanie pozniej przyjac tego
                                          oswojenia..... To do mnie przemawia. Ten argument jest silny.

                                          Sam nie wiem... troche dalas mi do myslenia.

                                          Druga strona medalu:
                                          Nie moge dac Ci wszystkiego, ale dam Ci tyle, ile moge.....
                                          Czy to jest sk......ynstwo? Byc moze.

                                          • ewolwenta Re: Kochanka tez czlowiek, moze decydowac o sobie 28.07.06, 13:29
                                            > Zgnila panna mloda, ujelas mnie........

                                            :)))
                                          • zgnilapannamloda Re: Kochanka tez czlowiek, moze decydowac o sobie 28.07.06, 13:44
                                            > Sam nie wiem... troche dalas mi do myslenia.

                                            Cieszę się, że mogłam się przydać:) W końcu po to tu jesteśmy - zeby dać do
                                            myślenia, a i samemu sobie coś przemyśleć:)
                                            Miłego weekendu wszystkim, jade w tany:)
                                            • misssaigon czy zlo moze rodzic dobro? 28.07.06, 14:04
                                              to jest chyba szerszy problem etyczny....bo majac kochanke, mozemy dawac jej
                                              milosc ktora jedoczesnie krzywdzi zone....bo krzywdzimy kochanke rowniez nie
                                              mogac dac jej pozycji zony i ca za tym idzie szacunku innych ludzi... ja uwazam
                                              ze trzeba byc radykalnym? Chcesz zycia z inna kobieta? rozwiedz sie, nie krzywdz
                                              wszystkich dookoloa , nie zatruwaj jadem klamstwa swojego zycia i zycia twoich
                                              bliskich...
                                              i zadnego pitu pitu o dobru dzieci - a jak dzieci w koncu dowiedza sie o
                                              kochance/kochanku? jak przezyja szok wieloletniego zycia w klamstwie jak ta
                                              trauma wplynie na ich relacje emocjonalne z innymi ludzmi?
                                              • your_and Re: czy zlo moze rodzic dobro? 28.07.06, 14:32
                                                problem etyczny to owszem, tak.
                                                ale wybrażam sobie sytuacje gdy kochanka pragnie tego na czym nie zależy
                                                aktualnie żonie zupełnie i na odwrót. Jak dziecko które nie tknie zabawki latami
                                                dopóki nie zainteresuje się ją entuzjastycznie kolega co przyszedł w goście.
                                                Stan nietrwały ale zawsze.
                                          • cranberry11 Re: Kochanka tez czlowiek, moze decydowac o sobie 28.07.06, 14:23
                                            No dobra, to powiem Wam cos o sobie - bylam przez jakis czas z kims, kto, jak
                                            sie pozniej okazalo, prowadzil podwojne zycie - z jednej strony zona i dwoje
                                            dzieci (widywanych rzadko, ot, taki uklad), z drugiej strony ja. Nie mialam o
                                            niczym pojecia, on czesto wyjezdzal, praktycznie spedzialismy ze soba kilka dni
                                            w tygodniu (jak sie okazuje czasami klapki spadaja z oczu zbyt pozno). W pewnym
                                            momencie przestało mi to wystarczac i postawilam sprawe jasno - albo powazny
                                            zwiazek (mieszkanie razem) albo koniec. Zaczęliśmy rozmawiac o jego
                                            przeprowadzce (jakim cudem nie wiem), zmienial zdanie, klamal, nie dotrzymywal
                                            obietnic. Ja w miedzyczasie poznalam kogos innego i tym razem postanowilam
                                            odejsc naprawde. I zaczal sie cyrk, pisanie, ze mnie kocha, blaganie o
                                            spotkanie, placze do sluchawki (a to b. silny facet byl) itd. Uleglam,
                                            strasznie mi go brakowalo, myslalam, ze to wlasnie TEN facet. Skutek byl taki,
                                            ze rozwalilam raczkujacy zwiazek z kims, kto byl naprawde wiele wart i w
                                            najgorszym dla mnie momencie dowiedzialam sie, ze zostalam oszukana (oczywiście
                                            ON mi tego NIE powiedział).
                                            Wiem, to troche inna sytuacja, ja NIE wiedzialam ze jestem tylko kochanka
                                            (kochana kochanka, co do tego nie mam watpliwosci, on zreszta nigdy o mnie nie
                                            zapomnial), poza tym NIGDY nie zdecydowalabym sie na zwiazek z zonatym facetem.
                                            Tylko ze - mialam pewnie podstawy domyslac sie prawdy, a tego nie robilam
                                            (zakochana kobieta widzi same zalety, trudno o obiektywna ocene 'obiektu'), tak
                                            samo pewnie kochanka, która wie o zonie, "ma nadzieje" i rezygnuje ze swoich
                                            potrzeb (to dość częste u kobiet, taka skłonność do bycia "siostra
                                            milosierdzia").
                                            Wniosek - facet NIE MIAL ZADNEGO PRAWA mnie „oswajac”, zapewniac o swojej
                                            miłości itd. Po prostu nie miał prawa. Nie chciałam tego od kogos, kto był
                                            związany z kims innym, niezależnie od tego, jak wyglądało jego małżeństwo
                                            (które nawiasem mówiąc ostatecznie się rozsypalo, ale już bez mojego udzialu w
                                            tym). Nie pozwolil mi odejść nawet wtedy, kiedy wiedział, ze mogę sobie ułożyć
                                            zycie z kims innym i kiedy juz wiedział, ze nie odejdzie od zony (ale czy ja
                                            bym tego w ogole chciala?). Oczywiście zrobil to wszystko z miłości, której nie
                                            potrafil stłumić. Tyle, ze była to raczej milość wlasna niż milosc do mnie czy
                                            do jego zony.
                                            Mysle, ze jest sporo takich kobiet, które w pewnym momencie swojego zycia czuja
                                            się na tyle slabe/samotne ze decyduja sie na „erzac” w postaci bycia ta trzecia
                                            (pomijam kobiety, które z premedytacja podrywaja żonatych facetow).
                                            Ale wykorzystywanie takich chwil dla wlasnej przyjemności jest zawsze zlem. Dla
                                            mnie bezdyskusyjnym.
                                          • kici10 Re: Kochanka tez czlowiek, moze decydowac o sobie 31.07.06, 17:40
                                            A może raczej - dam Ci tyle ile mogę, a od Ciebie wezmę wszystko. A nawet
                                            więcej, unieszczęśliwię Ciebie, każąc spędzać samotne wieczory, święta,
                                            wakacje, pozbawiając macierzyństwa itd. Jeśli będziesz mnie potrzebować - nie
                                            przyjdę - bo żona. Jeśli będziesz chora, nie przyjdę - bo żona. Jeśli zaś
                                            kiedykolwiek żona się dowie, kopnę Cię w tyłek - bo żona tego zażąda. Zabiorę
                                            Ci najlepsze lata Twojego życia, a potem jak zbędnego psiaka oddam do
                                            schroniska. Dlaczego? Dlatego, że miałaś niszczęście się zakochać, a ja tylko
                                            chciałem uzupełnić swoje braki w małżeństwie. No cóż, nie czuję się winny,
                                            przecież wiedziałaś, że umiem kochać tylko siebie.
                                            • pgpg1 Re: Kochanka tez czlowiek, moze decydowac o sobie 01.08.06, 13:40
                                              To juz moja ostatnia wypowiedz. Ale najobszerniejsza i najbardziej doglebna.
                                              Znow co do stosunkow facet-maz / kochanka.

                                              Droga Kici, piszesz:

                                              "unieszczęśliwię Ciebie, każąc spędzać samotne wieczory, święta,
                                              wakacje, pozbawiając macierzyństwa itd. Jeśli będziesz mnie potrzebować - nie
                                              przyjdę - bo żona. Jeśli będziesz chora, nie przyjdę - bo żona. Jeśli zaś
                                              kiedykolwiek żona się dowie, kopnę Cię w tyłek - bo żona tego zażąda. Zabiorę
                                              Ci najlepsze lata Twojego życia, a potem jak zbędnego psiaka oddam do
                                              schroniska"

                                              Kici, nieprawda. Kochanka moze byc wolna kobieta, ktora romans taki ubogaca.
                                              Kochanka nie musi czekac. Nie musi spedzac samotnych wieczorow, swiat
                                              wielkanocnych i bozonarodzeniowych i wakacji. Kochanka moze miec dzieci. Z
                                              reguly zonaty mezczyzna - jesli nie kocha miloscia egoistyczna - to nalega, by
                                              Kochanka sobie szukala partnerow na stale. Chce tego dla jej dobra. Kochanka
                                              moze ksztaltowac swoje zycie, jak chce. Kochanka nie zostanie kopnieta w tylek,
                                              bo nigdy go nie nadstawiala i wiedziala, ze musi liczyc na siebie i na swych
                                              przyjaciol/rodzine/znajomych.

                                              Byc moze kochanka jest na tyle dojrzala osobowoscia i tkwi w takim momencie
                                              zycia, ze potrafi kochac i przyjmowac milosc, bez zaborczosci i egoizmu.

                                              A kim jest dla niej zonaty mezczyzna? Kims, kto realizuje jej potrzebe
                                              przyjmowania i dawania milosci. Bo to jest strasznie silna potrzeba.
                                              Silniejsza, niz potrzeba bycia w zwiazku (bo, niestety, drogie Panie, staly
                                              zwiazek i milosc to nie zawsze to samo! choc bylby to stan pozadany)

                                              Pytanie jest inne. Czy mozna jednoczesnie kochac tylko jedna osobe..... Bo
                                              jesli tak, to Kochanka bedac w zwiazku z mezczyzna zonatym przerabia wieczna
                                              tesknote i zamyka sie na caly swiat, skazujac na samotnosc. I takiej kochanki
                                              nie moglbym miec.

                                              Jezeli natomiast jest ona w stanie otworzyc sie na swiat, miec swoich
                                              znajomych, swe plany i bogate zycie uczuciowe, to jej ten zwiazek z zonatym
                                              mezczyzna nie przeszkadza, nie ogranicza jej, nie tlumi jej planow i znajomosci
                                              itd. Tutaj kazdy musi sobie odpowiedziec na pytanie, czy mozna kochac
                                              rownoczesnie wiecej niz jedna osobe. I nie ma uniwersalnych odpowiedzi.

                                              Jezeli kochanka jest zdolna do kochania wiecej osob i znajomosc z zonatym
                                              mezczyzna nie przeslania jej swiata, to wtedy nie skazuje sie na spedzanie
                                              samotnych wieczorow i na uschniecie z tesknoty w wieku np. 45 lat...

                                              To, o czym pisze Kici, to takie polskie. Jak juz nie ma sie stalego partnera,
                                              to zostaje tylko samotnosc. Trzeba wyjsc za maz, by nie byc samotnym. Fakt, u
                                              nas te sfery zanikly... W Polsce z reguly z chwila wejscia w staly zwiazek
                                              zycie spoleczne sie konczy, albo ogranicza do szwagrow, ciotek i kuzynow
                                              tesciow i dalszych powinowatych.

                                              A moze zycie kochanki jest wlasnie pelne poczucia wolnosci? Nieskrepowania?
                                              Mozliwoscia decydowania o sobie? O swoim czasie? O swoich pieniadzach? O tym,
                                              jak i gdzie spedzi urlop? Czy kobieta nie moze byc szczesliwa bez legalnego
                                              zwiazku??????

                                              Pewnie gdybym pisal o facecie, co realizuje sie w pracy, zalicza kobiety na
                                              peczki (majac przy tym jedna stala kochanke, ktora jest zona innego), jezdzi w
                                              wolnych chwilach na rajdy samochodowe i w gory, nurkuje, uprawia sporty
                                              ekstremalne i zyje dniem codziennym jak malo kto, to wszystkim taki facet
                                              wydalby sie mozliwy. I nikt by nawet nie pomyslal, ze kochanka (ktora ma meza),
                                              krzywdzi tego faceta.

                                              A gdy pisze o kobiecie, ktora realizuje sie w pracy zawodowej, ma nieskrepowane
                                              zycie emocjonalne (w tym stalego kochanka - meza cudzej kobiety), ma strasznie
                                              silna potrzebe samodzielnosci i wolnosci, a przy tym potrafi kochac jak malo
                                              kto, jezdzi na wczasy 4 razy w roku, plywa, zegluje, nurkuje, co weekend spedza
                                              na lodce, to taka osoba wykracza poza wasz obraz kobiecosci. Dlaczego, u licha?

                                              Czlowiek jest istota wolna.
                                              A kobieta to tez czlowiek.

                                              Ja sie po prostu zastanawiam, czy majac kochanke mozna w ogole byc wobec niej
                                              fair. I sadze, ze w pewnych sytuacjach tak. Jesli stawia sie sprawe uczciwie.

                                              Nie mowie, ze to jest na dluzsza mete pozadany uklad. Ale jesli takiego faceta -
                                              jak pisalyscie, drogie Panie, nalezy powiesic za jaja, to nie za to, ze sobie
                                              znalazl kochanke (do tego kazdy ma prawo, do cholery! Nawet pod rzadami PIS-u
                                              nie jest i nie bedzie to karalne wg prawa polskiego!). Sk....stwem taki uklad
                                              jest wobec zony. Co do zasady powinno sie albo odejsc, jesli malzenstwo nie
                                              wystarcza, albo zerwac zwiazek z kochanka, jesli malzenstwo jest cos warte.
                                              Albo jej o tym powiedziec.

                                              Aha, apropos, MONOGAMIA to obecnie taka jedynie sluszna droga, ktore
                                              determinuje calkowicie Wasze myslenie.
                                              Wbrew pozorom jednym z najwiekszych TABU w polskim spoleczenstwie jest
                                              POLIGAMIA. Duzo wiekszym niz seks grupowy. A przeciez przez 99% swego rozwoju
                                              historycznego ludzkosc zyla w spoleczenstwach poligamicznych, a dopiero od 2000
                                              lat w monogamicznych, i to tylko w Europie. Ponadto i teraz wciaz jeszcze
                                              znaczna czesc ludzkosci zyje w systemach poligamicznych. Moze ten fakt pozwoli
                                              Wam spojrzec na to, ze nie ma JEDYNIE SLUSZNEJ PRAWDY w relacjach damsko-
                                              meskich. I ze sa ludzie (i faceci, i kobiety) stworzeni do kochania wiekszej
                                              ilosci osob jednoczesnie, nawet jezeli sasiadka z bloku i kolezanka z pracy sa
                                              w stanie powiesic Cie za to za jaja. Howgh.

                                              • cranberry11 Re: Kochanka tez czlowiek, moze decydowac o sobie 01.08.06, 14:52
                                                > znaczna czesc ludzkosci zyje w systemach poligamicznych. Moze ten fakt
                                                pozwoli
                                                > Wam spojrzec na to, ze nie ma JEDYNIE SLUSZNEJ PRAWDY w relacjach damsko-
                                                > meskich. I ze sa ludzie (i faceci, i kobiety) stworzeni do kochania wiekszej
                                                > ilosci osob jednoczesnie, nawet jezeli sasiadka z bloku i kolezanka z pracy
                                                sa
                                                > w stanie powiesic Cie za to za jaja. Howgh.

                                                To ja pisalam o wieszaniu za jaja, wiec czuje sie zobowiazana do odpowiedzi. ;)
                                                Jeśli uważasz, że ludzie są stworzeni do kochania większej ilości osób
                                                jednocześnie, to proponuję wyobrazić sobie, że Twoja własna żona kocha kogoś
                                                jeszcze i uprawia z nim radosny seks. Ciekawe dlaczego większości facetów od
                                                razu robi się słabo na samą myśl - przecież to takie normalne...
                                                • tomek.kulesza Re: Kochanka tez czlowiek, moze decydowac o sobie 02.08.06, 12:35
                                                  dlatego, ze dla tych facetow oznacza to wielka rane na ich poczuciu wlasnej
                                                  wartosci, oraz to, ze owa zona juz ich nie chce, nie kocha, nie pozada, cokolwiek.

                                                  a to przeciez tego nie znaczy. moze to znaczyc, ale wcale nie jest to oczywiste.

                                                  w kazdym razie u mnie wyobrazenie swojej kobiety uprawiajacej radosny seks z
                                                  kims innym nie wywoluje slabosci.
                                              • kici10 Re: Kochanka tez czlowiek, moze decydowac o sobie 01.08.06, 15:26
                                                Szczerze powiedziawszy to zastanawiałam się czy Ci odpisać, bo wygląda to
                                                raczej na walenie głową w ścianę. Dajesz sobie prawo do własnego stanowiska,
                                                ale z wielką żarliwością odmawiasz tego prawa innym. Nie musisz przyjmować
                                                mojego punktu widzenia, ale nie masz prawa zaprzeczać, że taki istnieje i co
                                                więcej ma prawo istnieć. I żadne deprecjonowanie moich wypowiedzi tego nie
                                                zmieni. Cała ta tyrada i tupanie nóżkami ma sprawić, żeby wszyscy przyjęli Twój
                                                światopogląd? Wszyscy nie przyjmą, choćbyś się wściekł. Twoje życie, Twój wybór
                                                oraz wszystkie konsekwencje z tego wynikające.
                                                Mogłabym polemizować z każdym Twoim zdaniem, ale wydaje mi się to bezsensowne.
                                                Nie masz monopolu na wszelką prawdę. Nie masz pojęcia co dzieje się w głowie
                                                kochanki. Niekoniecznie jest tak jak Ci mówi. Czasami bywa diametralnie
                                                odwrotnie. Ale jak widzę tego faceci nie są w stanie zrozumieć. Tylko potem
                                                przecierają ślepka ze zdumienia. Nie chodzi tutaj o naprowadzanie Ciebie
                                                na "właściwą" drogę. Chodzi o pokazanie odmiennego, kobiecego punktu widzenia,
                                                którego nie chcesz zaakceptować. A rozwój człowieka i poszerzanie horyzontów,
                                                to także przyjęcie, że ktoś może myśli inaczej i niekoniecznie się myli.
                                                Przemawia przez Ciebie typowa męska arogancja, zadufanie i myślenie tylko i
                                                wyłącznie życzeniowe. Tak Ci jest wygodnie, tak ma być, tak musi być.
                                                Bywa, że kobiety decydujące się zostać tą trzecią zaspokająją tylko swoje braki
                                                i nie oczekują nic więcej. Bywa też, że same świadomie wykorzystują mężczyzn.
                                                Chociaż i to może często się popieprzyć, kiedy nagle się zakochają i zechcą
                                                wszystkiego. Natomiast samotne kobiety wchodzące w takie związki zawsze mają
                                                nadzieję na coś więcej. Jak widać jest to poza Twoją percepcją. Bywa, że
                                                małżeństwa się rozpadają z powodu takich bocznych związków. Mimo, że na
                                                początku sytuacja była dla wszystkich jasna. A potem się popieprzyło. Nigdy nie
                                                możesz przewidzieć jak rozwinie się sytuacja. Bo tu są trzy strony, a nie tylko
                                                Ty. Nie jesteś w stanie zaprogramować wedle własnego widzimisię całej
                                                rzeczywistości.

                                                Próbujesz sprowadzić mnie do zapyziałej, uczepionej jednego faceta Matki Polki.
                                                No to jest argument godny faceta. Próbujesz zdyskredytować mnie jako osobę. To
                                                też takie typowe, patriarchalne. "Pan mężczyzna" poucza, wychowuje, pokazuje
                                                właściwe myślenie. Albo inaczej, pokazuje kobiecie, gdzie jej miejsce. Mowi,
                                                kobiety zaakceptujcie poligamię, bo i tak nic nie wskóracie, przecież nam
                                                mężczyznom wolno więcej. A niby dlaczego?

                                                A tak na marginesie, pomyśl. Przecież Twoja żona może też być dla kogoś
                                                kochanką przez duże K. A Ty z aroganckiego samca nagle przeobrażasz się w
                                                tragikomicznego rogacza. Jak się czujesz z tą myślą? Przecież będąc Twoją żoną
                                                jest doskonałym materiałem na kochankę przez duże K.
                                                Niech Opatrzność mnie chroni przed takimi facetami.

                                                I na koniec jeszcze jedno. Jeśli chcesz wiedzieć co myślą kobiety i jak myślą,
                                                to rozmawiaj z kobietami, a nie z facetami, albo sam ze sobą. Tym bardziej, że
                                                kobiety rzadko kiedy mówią wprost o tym co myślą na temat zasadniczych spraw.
                                                Zamiast rozsiewać razy dookoła, ucz się.
                    • pgpg1 Re: TEORIA SUBLIMACJI 31.07.06, 14:15
                      A nie mowilem? Cytuje wlasne slowa:

                      "Jest jeszcze jedno wyjscie, ktore jest strasznie karkolomne, i za ktore
                      wyklucza mnie z tego forum. Zwlaszcza kobiety"

                      Najlatwiej moralizowac, najtrudniej zrozumiec.

                      Skurwysynstwem, moja droga Kici 10, jest posiadanie udanego zwiazku, w ktorym
                      wszystko funkcjonuje jak nalezy, i znalezienie sobie kochanki/-a bez wiedzy
                      malzonka. To nie jest OK.

                      Skurwysynstwem jest niepodejmowanie zadnych dzialan dla uratowania zwiazku,
                      ktory byl dobry, a z roznych przyczyn szwankuje ...

                      Skurwysynstwem jest niereagowanie na sygnaly drugiej strony, ze trzeba cos
                      zmienic.

                      Ale czy, w sytuacji, gdy druga strona po 3 latach dalej nie robi nic, by zadbac
                      o strone seksualna, znalezienie sobie kochanki, ktora o wszystkim wie (bo nie
                      zawsze facet jest oszustem), nie jest usprawiedliwione??????

                      I gdzie tu cyniczne wykorzystywanie jej?
                      Wybacz, ale bzdety piszesz, droga Kici.
                      Potrzeba milosci jest silniejsza niz moralnosc.
                      Ba, nawet odwaze sie napisac, ze to milosc ksztaltuje moralnosc.

                      Przyznaje racje tym, co twierdza, ze lepiej czasem odejsc, niz oszukiwac, ze
                      lepszy rozwod niz klamstwo.

                      • kici10 Re: TEORIA SUBLIMACJI 31.07.06, 18:08
                        I gdzie tu cyniczne wykorzystywanie jej?

                        Wydaje mi się, że choćby nie wiem jakie argumenty kotoś przedstawiał, to i tak
                        ich nie przyjmiesz. No cóż musisz jakoś wyglądać w swoich oczach. Żeby
                        zrozumieć, trzeba mieć zdolność wyobrażenia sobie własnej osoby w butach tejże
                        kochanki. Czyli, czego nie przeżyjesz na własnej skórze, nie zrozumiesz.

                        Wybacz, ale bzdety piszesz, droga Kici.
                        > Potrzeba milosci jest silniejsza niz moralnosc.
                        > Ba, nawet odwaze sie napisac, ze to milosc ksztaltuje moralnosc

                        Być może dla Ciebie to bzdety, dla mnie nie. To tylko Twoja subiektywna ocena.
                        Jakże przydatna w Twojej sytuacji. Jak bardzo rozgrzeszająca. To takie prywatne
                        pranie mózgu. Ale nie przejmuj się, nie jesteś w tym pierwszy, ani ostatni. To
                        jeden z najczęstszych zabiegów psychologicznych, aby uporać się z wyrzutami
                        sumienia.

                        Nigdy nie twierdziłam, że należy w małżeństwie odstawiać martyrologię i tkwić w
                        nim do końca życia. Jeśli małżeństwo nie spełnia podstawowych!!! potrzeb i
                        wykorzystane zostały wszystkie dostępne metody naprawy, to należy się rozstać.
                        Uczciwie. To się należy partnerowi, którego kiedyś się kochało, który dzielił z
                        nami życie i który pewnie nie raz ratował nam dupę w różnych sytuacjach.
                        Oszukiwanie to jest tylko i wyłącznie dbanie o własny tyłek, nie licząc się z
                        kosztami innych ludzi. Całe gadanie, że jest inaczej to takie ble ble ble, żeby
                        zaciemnić sprawę. I tak naprawdę, to nie chodzi tu o udowodnienie czegoś innym,
                        ale o udowodnienie czegoś sobie. Ukrycie, że jestem słaby, niedoskonały,
                        nielojalny, że zmieniam zasady stosownie do okoliczności
                        • cranberry11 Re: TEORIA SUBLIMACJI 01.08.06, 12:34
                          Kici, to naturalne, ze ludziom ciężko jest czasem spojrzeć na sprawę z punktu
                          widzenia tej drugiej strony. Zwłaszcza, jeśli chodzi o czyjś interes (jej
                          spokój, ulożenie sobie życia) i o MOJ interes (MOJE potrzeby, MOJA milość, MOJA
                          samotność) - rzadko, niezwykle rzadko ludzie są na tyle dojrzali, zeby kierować
                          sie tylko uczuciami tej osoby, którą się niby kocha. Milość własna jest
                          zazwyczaj silniejsza. Tak się niestety kreci ten swiat.

                          Inna sprawa, że bycie kochanką, to bycie wykorzystywaną idiotką, ofiarą.
                          Wszyscy patrzą na Ciebie jak na dziwadło- i mają rację. Zadna normalna, zdrowa
                          psychicznie baba nie zgodzi się na taki układ, jeśli wie, w co się pakuje.
                          A związek z kimś, kto jest za słaby, żeby postawić sprawę jasno, za głupi, żeby
                          sie nie angażować czy za bardzo przybity, żeby jeszcze wierzyć w siebie, jest
                          wykorzytywaniem go. Zawsze.
                          • kici10 Re: TEORIA SUBLIMACJI 01.08.06, 15:34
                            Kici, to naturalne, ze ludziom ciężko jest czasem spojrzeć na sprawę z punktu
                            > widzenia tej drugiej strony.

                            Ale po coś się wchodzi do cholery na to forum. Chyba po to, by posłuchać opinii
                            innych ludzi. Spojrzeć na to z różnych stron. Jeśli ktoś tu bywa, to
                            najczęściej po to by rozwiązać jakieś swoje własne problemy, z którymi sam nie
                            może się uporać. Bo chyba nie po to by innym robić tu pranie mózgu. By nawracać
                            i nauczać.
                            • misssaigon po co? 01.08.06, 16:43
                              po to zeby nie narzekac na to co mam..bo inni maja gorzej...
                  • desia79 Re: TEORIA SUBLIMACJI 22.07.06, 21:42
                    Jesteś bardzo mądrym i prawdziwym męzczyzną wszystko o czym piszesz potwierdzam
                    naprawdę zainponowales mi.Pozdrawiam
                  • wolfinka Re: TEORIA SUBLIMACJI 31.07.06, 21:13
                    I tu Cie pgpg1 popieram w 100%.I chyba jako jedyna ja , nie wykluczę Cie z tego
                    forum.
    • kici10 Re: brak sensu w małżeństwie ? 21.07.06, 17:52
      Po przeczytaniu Twojego tekstu nasunęło mi się kilka refleksji.
      Piszesz, że testowałeś różne kobiety, ale nie dotestowałeś. Bo tego się nie da
      nigdy zrobić do końca.
      Myślę, że Twoim problemem nie jest to, że żona odmawia Ci seksu, ale Twoje
      poczucie, że jej nie jesteś wstanie zaspokoić i dlatego to tak wygląda, jak
      wygląda. Że robi to dla Ciebie, sama nie odczuwając przy tym żadnej
      przyjemności. Wkręciłeś więc sobie przekonanie, że nie jesteś w stanie
      zadowolić żadnej kobiety. Stąd sprawdzenie z panienkami z internetu. Tyle, że
      to co Ci te panienki oferowały, to szczyt ich możliwości, który zawsze
      występuje w trakcie tokowania. Pokazywały Ci się z jak najlepszej strony, mając
      nadzieję na ciąg dalszy. A dalej mogło być różnie. Doszedłeś więc do wniosku,
      że z Tobą wszystko OK, ale problem dalej pozostał. Nie jesteś w stanie dalej
      zadowolić swojej partnerki. Czujesz się więc niepełnowartościowym facetem.
      Tylko, że ona o tym NIE WIE, że tak to odczuwasz. Nie ma pojęcia, że faceci
      utożsamiają się z własnym fiutkiem. Żadna kobieta tego na początku nie wie.
      Należy zrobić coś, aby się dowiedziała. Np przesłać jej na pocztę link do tego
      forum.

      Następnie, to że strach przed ciążą może całkowicie sparaliżować kobietę, to
      rzecz nie nowa. Wszak to ona w większym stopniu ponosi skutki nieplanowanej
      ciąży. A czytając to forum można dojść do wniosku, że dziś mąż jest, a jutro go
      niema. Wielu mówi, że tak dyktuje biologia. Jest zatem zasadniczą różnicą, czy
      się zostaje z dwójką dzieci, czy z szóstką, bądź dziesiątką. A jeszcze jeśli
      dodatkowo chce się pracować, to strach przed ciążą potrafi dokładnie obrzydzić
      jakikolwiek seks. Ochota na seks zaczyna się w głowia. Sam piszesz, że kiedy w
      nią wchodzisz cała drętwieje. Jak więc silny musi być ten strach. Jak człowiek
      ma odczuwać przyjemność, kiedy jest cały sparaliżowany ze strachu. Sam spróbuj
      położyć się na autostradzie i zaspokajać się. Ciekawe czy Ci tak dobrze pójdzie.
      Dobrze rokuje to, że próbuje zaspokajać Ciebie w jedyny bezpieczny z jej punktu
      widzenia sposób. To znaczy, że jej na Tobie zależy i zdaje sobie sprawę, że
      masz potrzeby. W przeciwnym wypadku powiedziałaby, żebys dał jej spokój i się
      odczepił. Dobrze rokuje też, że seks kiedyś był dobry. Z czasem mógł się stać
      rewelacyjny, bowiem partnerzy się uczą siebie nawzajem. A jeśli jeszcze chcą
      poczytać coś na ten temat, poprzeglądać w internecie oferty z gadżetami. Tylko
      nie mylić tego z pornosami, bowiem tam często jest wypaczony obraz, a faceci
      nie mają do tego dystansu, że to tylko fikcja i propozycje nieobowiązkowe.
      Moja rada jest następująca. Szkoda by było tracić tego małżeństwa, skoro
      dogadujecie się na wszystkich innych płaszczyznach. A to znów nie takie częste.
      I jaką masz gwarancję, że po następnych wieloletnich testowaniach kobiet nie
      byłoby znacznie gorzej.
      Jedyne na czym warto się skupić, to jak pozbyć się psychicznych hamulców
      blokujących Twoją kobietę. To powolny proces, ale się opłaca. Na początek
      spróbuj sprawić, by znów zaczęła się cieszyć seksem bez obaw. Spróbuj zaspokoić
      ją bez zaspokajania siebie. Skup się tylko na niej. Doprowadź ją do rozkoszy
      bez penetracji. Ważne, żebyś powiedział jej co zamierzasz na samym początku.
      Tak by mogła się rozluźnić. Spraw, by znowu polubiła to, co ze strachu wyparła.
      Po drugie warto by było udać się do seksuologa na początku samemu. Z pewnością
      doradzi Tobie różne rozwiązania pozwalające pozbyć się blokad. Być może z
      czasem Twoją partnerkę również namówisz na wizytę. Nie chodzi o to, żeby ją
      ciągnąć do lekarza jako chorą. Bo tak się nie czuje. Ale skoro zauważy, że Ty
      chodzisz i nic strasznego się nie dzieje, może sama też się zdecyduje. Ponadto
      stanowić by to mogło poważny sygnał, że masz problem i chcesz, musisz go
      rozwiązać. W tej chwili traktuje to raczej jako Twoje fanaberie, a nie
      rzeczywisty problem. Bo jak już poisałam nie wie, że facet, to sprawny fiutek.
      Co z tego, że znajdziesz kolejną kobietę która Ci świetnie zrobi laskę, jak
      będzie głupia jak but.
    • pgpg1 Re: brak sensu w małżeństwie ? 21.07.06, 19:43
      apropos, ile lat ma Twoja zona?
      i czy aby byla dojrzala na te dwojke dzieci? Czy jej to nie przytlacza?

      Jaka jest? Czy nie jest znacznie mlodsza od Ciebie? Czy nie musi sama dzwigac
      calego ciezaru rodzicielstwa?

      to tak na marginesie.... niewiele o niej pisales, duzo o sobie....
      sprobuj cos o niej wiecej napisac.
    • misssaigon Re: brak sensu w małżeństwie ? 21.07.06, 19:45
      zajrzyj na swoja skrzynke pocztowa
      • misssaigon Re: brak sensu w małżeństwie ? 21.07.06, 19:46
        to bylo do leszka - oczywiscie:))
        • leszek9916 Re: brak sensu w małżeństwie ? 21.07.06, 20:53
          w domu komputera się nie dotykam, dziś zrobiłem wyjątek, ale tylko na chwilkę,
          żeby jeszcze raz Wam podziekować i obiecać że podejme nowe, bardzo wartościowe
          dla mnie wpisy w poniedziałek...
          • florcia-a Re: brak sensu w małżeństwie ? 21.07.06, 22:29
            To jak już będziesz czytał te nasze wpisy , weż pod uwagę i mój , jestem 30
            letnią wierzącą kobietą , mam 2 dzieci i męża , którego kocham, on mnie
            również . Seks jest dla nas czymś najwspanialszym na świecie i uważam , że tak
            powinno być w każdym związku . Nie zabezpieczamy się ze względów wiary , ale
            nie ma obawy o nichcianą ciąże , po prostu i najzwyczajniej w świecie kobieta
            musi nauczyć się swojego ciała i nie jest to trudne do wykonania , mi udaje się
            od 14 lat , wpadki nie było , dzieci oczekiwane , na razie nie planujemy , ale
            nie są one dla mnie ciężarem, czy obowiązkiem więc może będzie kiedyś trzecie ,
            bo tego chcę:) Radzę Ci porozmawiać tak szczerze z żoną , nie wierzę , że jeśli
            podejdzeisz do tego spokojnie bez nacisku , z miłością - ona Cię odtrąci .
            Przecież się kochacie , rozumiecie , nie można się poddawać , załamywać ,
            trzeba robić wszystko , żeby się po prostu dogadać , w każdej dziedzinie ,
            seksu też , albo i przede wszystkim , bo NIE MA MAŁŻEŃSTWA BEZ SEKSU , ksiądz
            tak powioedział i tak jest rzeczywiście . Dla innych sceptycznie nastawionych
            osób informuję , że wiara to nie temat do kpin i docinek , na prawdę można
            fajnie żyć i bez globulek, krążków , prezerwatyw itp. Jeśli cokolwiek
            interesowało by Cię dokładniej , po prostu zapytaj , warto wszystkiego
            spróbować i ratować ten związek , a nie uciekać się do takich bezsensownych
            zdrad, wszystkiego dobrego Wam życze.
            • woman-in-love Re: brak sensu w małżeństwie ? 22.07.06, 13:27
              chyba też wazna jest kwestia Twojego przestawienia się. Oczekujesz takiego
              samego seksu jak podczas moidowego miesiąca? To niemożliwe. Troche trzeba
              odpuścić. Nie jest to chyba twoja mocną strona. Seks bez zabezpieczeń jak
              dawniej nie wchodzi w grę. Terapia wstrząsowa przez oznajmienie zainteresowania
              inną kobieta może zdziałac cuda. Wykorzystaj wszstkie mozliwe sposoby naprawy,
              odejść jeszcze zawsze zdążysz, nie ma co sie spieszyć.
              Co do hodowania "awaryjnej" kochanki - rzadki jest okaz kobiety, któta pójdzie
              na takie warunki.
              Fakt, że zona odrzuca możliwośc pójscia do poradni rodzinnej świadczy o jej
              nieświadomosci jakie zagrożenie zawisło nad rodziną. Musisz jej to uswiadomić.
    • desia79 Re: brak sensu w małżeństwie ? 22.07.06, 21:38
      witam Cię mam podobny problem dwójkę dzieci i to ja często nie mam ochoty na
      sex.Ja widzę jedyne rozwiązanie oprócz oczywiście szczerej rozmowy w,której
      powiesz jej ze jestes poprostu nieszczęśliwy.Pójdzcie do seksuologa.Zanam
      jednego w Wielkopoplssce jest znakomity jest profesorem i robi chipnozy.Jeśli
      chcesz podam Ci namiary.
      • misssaigon Re: brak sensu w małżeństwie ? 23.07.06, 07:38
        "jest znakomity jest profesorem i robi chipnozy"

        czy to cos od chipa?
        • anula36 Re: brak sensu w małżeństwie ? 23.07.06, 13:45
          tak:) Jednemu partnerowi wszczepia chipa a drugiemu daje do niego pilota:P
          • zuza6661 Re: brak sensu w małżeństwie ? 23.07.06, 20:18
            Chcialam sie tylko zapytac, czy dla ciebie sex to tylko penetracja lub sex
            oralny (ktorego nie lubi twoja zona)??? Bo dla mnie nie. Dla kobiety bardzo
            wazne sa pieszczoty, gra wstepna. Powiedzmy, ze jedynym czynnikiem blokujacym
            twoja zone jest obawa przed ciaza - czy w takim wypadku jestes w stanie (i
            starasz sie) zaspokoic ja inaczej, np palcami? Czasem to przyjemniejsze niz
            sama penetracja, a do ciazy na pewno nie doprowadzi. Moze na razie sprobuj sie
            poswiecic i delikatnymi pieszczotami pokaz zonie, ze nadal jej pozadasz, ze nie
            jest tylko matka twoich dzieci, ale kobieta, twoja zona, i ze moze nadal
            odczuwac przyjemnosc seksualna. Nie jestem sobie w stanie wyobrazic, ze
            kobieta, ktora widzi, ze mezczyzna sie stara i ofiarowuje sie dla niej (dla jej
            przyjemnosci) nie bedzie chciala nastepnie odwdzieczyc sie tym samym...
            Jesli jednak nie bedzie chciala, to poszukaj sobie innej, chocby tylko kochanki
            do seksu i nie meij absolutnie wyrzutow sumienia!!! Jesli dla niej seks nie
            jest wazny, to nie powinno ja bolec, ze z nia nie sypiasz - moze ona nawet
            wolalaby, zeby ten ciezar przejal ktos inny...
            • leszek9916 Re: brak sensu w małżeństwie ? 24.07.06, 14:57
              Dziękuje raz jeszcze za uwagi, z tego co piszcie jednak rozmowa i próbowanie,
              próbowanie, docieranie się. No dobra spróbuję raz jeszcze spróbować się
              dotrzeć, spróbuję obniżyć swoje oczekiwania, spróbuje jej dać rozkosz nie
              żądając nic w zamian, a jak dostanę to potraktuje to jak miła niespodziankę.
              Przy tym odpowiadając na pytania, żona jest o tylko trzy lata młodsza ode mnie,
              realizuje się w pracy (kierownicze stanowisko), z żadnym wypadku nie siedzi w
              pieluchach (jest opiekunka) lub gania od sklepu do sklepu szukając najniższych
              cen. Jak moja kolejna próba się nie powiedzie, to bogatszy o Wasze rady
              poszukam innego rozwiązania. Kochanka przez duże K, no trochę to taka ucieczka,
              substytut, ale o tyle lepsza od innych, że umiejscowiona w warstwie emocjonalno-
              seksualnej, gdzie jak wiadomo odczuwam braki...
              • marynka15 Re: brak sensu w małżeństwie ? 24.07.06, 21:23
                mi sie wydaje że poprostu żle sie dobraliście pod względem temperamentu, tak
                szczerze to ja Ci współczuje , zaspokajanie tylko ręką KOSZMAR!!!
                A dlaczego Twoja żona jest tak bardzo przeciwna antykoncepcji, to dla mnie
                zupełnie niezrozumiałe, brak seksu z powodu strachu przed kolejna ciązą.
                Na Twoim miejscu bez jakichkolwiek wyrzutów sumienia zaspokajałabym swoje
                potrzeby gdzie indziej w tajemnicy, bo przeciez jest Wam dobrze pod kazdym
                wzgledem tylko seks to kicha totalna, a więc zostań przy żonie i dzieciach a
                potrzeby seksualne zaspokajaj u innej bo wydaje mi się że Twoja żona pozostanie
                nieugięta , wiem że seks nie jest najwazniejszy ale według mnie małżeństwo bez
                seksu nie jest wstanie wytrwać .
                pozdrawiam i zycze powodzenia.
              • ewolwenta Re: brak sensu w małżeństwie ? 25.07.06, 09:38
                Wydaje mi się, że kluczową sprawą jest jednak antykoncepcja.
                A potem cierpliwość.
    • skorpionica11 najlepiej wziaść rozwód po co masz sie meczyc 25.07.06, 09:16
      i nie wyjezdzaj m io to z tekstem bo mam dzieci to sie nie rozstane,prawdziwy
      chlop tak nie mowi tylko dziala,czyli rozstaje sie z zona,przecierz mozecie
      zostac przyjaciólmi ,ale ułożyc zycie od nowa
    • beatakat Re: brak sensu w małżeństwie ? 25.07.06, 14:17
      Moje zdanie jest takie: Twoja żona nigdy nie miała wysokiego libido, ale
      wiedziała że aby mieć dzieci, to trzeba uprawiać sex. Była na to nastawiona,
      moze sprawiało jej to przyjemność (bardzo istotna jest psychika i nastawienie
      kobiety - jak pomyśli że na pewno będzie beznadziejnie i się nie podnieci, to
      tak będzie, choćby nie wiadomo co partner robił). No więc nastawiona psychcznie
      była dobrze. Jak pojawiły sie dzieci, żona przestała myśleć o sexie,
      ponieważ "plan" został wykonany. Dzieci prawdop. pochłaniaja wiele czasu i
      energii i żona nie potrzebuje sexu (psychika się zmieniła). Kluczem jest zmiana
      myślenia żony, że sex może być nadal przyjemny. Może przestałeś być w jej
      oczach atrakcyjny??? Czy tak samo ubierasz się, pachniesz, zachowujesz w
      stosunku do żony i do tych innych kobiet? chyba nie...

      Odnośnie testowania siebie z innymi kobietami: pierwsze spotkanie w łóżku
      oczywiście jest udane, bo kobieta jest nastawiona na sex i ma ochotę, po to się
      spotykacie. Wtedy nietrudno o fantazje, szczególnie z obcym facetem, w końcu
      trzeba się wykazać! Nie jest powiedziane że tak samo dobrze by było gdybyście
      byli już w zwiazku. Tak więc porównywanie sexu z żoną i z przygodnymi kobietami
      to nie najlepszy pomysł.

      I ostatnia kwestia: konieczna jest jakaś antykoncepcja, bo żona nigdy sie nie
      otworzy i nie będzie myśleć w inny sposób. Niechciana ciąża to
      najskuteczniejszy odstraszacz od sexu. A tak w ogóle to stosunek przerywany
      jest jedną z najmniej skutecznych metod antyk.
      • misssaigon a ja tak sobie pomyslalam... 25.07.06, 14:30
        ze nasz bohater mzoe szuka rozgrzeszenia dla pomyslu z kochanka? i po to byla
        ta epopeja z podsumowaniem, ze zona sie nie zmieni...
        bohater juz sie zapewne rozgrzeszyl w swoich oczach ..teraz jeszcze kilka
        popierajaych wpisow na forum i sumienie mamy z glowy
        • pgpg1 Re: a ja tak sobie pomyslalam... 25.07.06, 14:47
          Moze wlasnie trzeba Leszkowi uswiadomic i wyraznie mu powiedziec, iz kochanka
          to niekoniecznie najgorsze swinstwo na swiecie ...

          Albo ze rozwod to tez moze byc poczatek czegos lepszego... dla obu stron.
          W stanach dzieci niekiedy przyjmuja rozwod normalnie, ot, po prostu starzy sie
          sobie znudzili, ale kazdy z nich dalej o dzieci dba. Kwestia, jak to sie
          rozegra.

          Wszystko zalezy od przyjetego kanonu wartosci, do cholery!!! Leszek nie jest
          katolikiem, wiec pewnie tez szuka wlasnego rozwiazania...

          Czy w tym kraju musi byc tylko jeden obowiazujacy powszechnie kanon wartosci,
          ze nalezy tkwic w nieudanym zwiazku po uszy ???? Niekiedy faktycznie jest tak,
          ze nie ma szans i nadziei na poprawe. I co wtedy? Martyrologia??? Posucha do
          emerytury, a potem przenoszenie nieudanych oczekiwan na dzieci, i krag sie
          zamyka, tak? I kolejne pokolenie frustratow, ktorzy po 2 latach narzeczenstwa
          przez nastepne 40 lat nie potrafia sie kochac?

          to takie polskie.... takie umieranie za rodzine, ojczyzne, powstania, kleski
          narodowe, narzekanie i ciepienie, brak potencji w tym wszystkim, brak
          spelnienia, trwanie sie liczy.... ofiara..... takie katolickie. Tylko po co?

          Poatrzmy na Czechow. Na Europe Zachodnia. Na USA. Tam az tetni zyciem.

          Nie mowie, ze zdrada jest dobra, bo nie jest.
          Nie mowie, ze rozwod jest czyms dobrym, bo nie jest.
          Ale trwanie za wszelka cene w malzenstwie do 65 roku zycia, bo wtedy podobno
          nieco wygasa w piecu, to chyba lekka pomylka.

          Czasem mysle, ze to wlasnie atrakcyjnosc seksualna jest najlepszym barometrem
          tego, z kim powinnismy byc, a nie zawarty kiedys tam zwiazek. Szkoda, ze sam
          nie poczynilem takich ustalen.... madry Polak po szkodzie.

          Wiem, to obrazoborstwo, co pisze, ale w polskiej mentalnosci tak naprawde seks
          sie nie liczy. Jest, to dobrze. Nie ma - trzeba z tym zyc, co najwyzej mozna
          sie modlic o wieksza czestotliwosc. Ale rodziny zostawic nie mozna, a kochanka
          to najwieksze plugastwo na ziemi!

          A brak u zony Leszka checi rozwiazania problemu to co, ja sie pytam, cnota niby?

          Missajgon! Zostaw sumienie Leszka jemu samemu. Nie zatruwaj mu i tak juz
          nielatwej sytuacji........

          Pozdrawiam!
          • beatakat Re: a ja tak sobie pomyslalam... 25.07.06, 14:56
            Ja jednak uważam, ze dla dziecka rozstanie rodziców to koszmarne doswiadczenie
            i nie wierzę że dzieci ot tak sobie to przyjmują jako nic wielkiego. I dlatego
            dużo ludzi tkwi w zwiazkach, w których nie byliby już gdyby nie dzieci.
            Poza tym nie sądzę, że istnieją idealne związki,które się spełniają w każdej
            dziedzinie życia. W tym przypadku kuleje sfera intymna, reszta ok. W innym
            związku sex rewelacyjny, ale brak jest innych rzeczy, które z biegiem czasu
            urastają do rangi giga problemu.
            I takie podążanie za doskonałością może nas zgubić. Może najpierw starać sie
            naprawić tą kulejącą sferę, zamiast rzucać wszystko, wpaść w kolejną inną
            kulejącą sferę itd....
            • anula36 Re: a ja tak sobie pomyslalam... 25.07.06, 15:04
              problemy w tym zwiazku sa bardzo doklandie okreslone- jak sie nie chce nad nimi
              popracowac- zostaja polsrodki.
              • leszek9916 Re: a ja tak sobie pomyslalam... 25.07.06, 15:11
                nikt z Was na to nie wpadł,
                a może ona jest po prostu lesbijką,
                czasmi chodzą mi takie myśli po głowie...
                • kici10 Re: a ja tak sobie pomyslalam... 25.07.06, 16:11
                  Takie coś to tylko facet może wymyśleć.
            • pgpg1 Re: a ja tak sobie pomyslalam... 25.07.06, 17:02
              Nie chodzi od razu o podazanie za doskonaloscia. Nie generalizujmy.
              Chodzi o to, by miec partnera, ktory bedzie sie staral dostrzegac potrzeby
              innych.

              Chodzi o to, ze czasem po prostu nie ma zadnych szans i nadziei na bliskosc.
              Nie tylko seksualna, ale po prostu miedzyludzka. Pamietaj, ze w normalnych
              relacjach seks jest wypadkowa bliskosci. A u Leszka tego nie ma.

              Nie mowie tu o zajacach typu Kennedy, ktorzy musza miec co noc inna kobiete. To
              chyba raczej chorobliwe. Mowie o tym, ze w normalnym zdrowym
              malzenstwie /zwiazku powinien tez byc seks. O tym mowi cale to forum. Jezeli go
              nie ma, to nie jest dobrze.

              A moze odlozyc na bok bajki o milosci, podazyc za rada dziadkow, iz najlepiej
              zawierac slub po 30 /kobity/ i po 40 /faceci/, a przed malzenstwem jest czas na
              to, by sie wyszumiec? Wtedy chyba latwiej zniesc posuche.... moze sie myle????
          • misssaigon Re: a ja tak sobie pomyslalam... 25.07.06, 15:09
            pepegi - to kolejna dyskusja na tym forum nad wyzszoscia prawa naturalnego nad
            prawem jenostki do szczescia bez wzgledu na wszystko...dyskusja rownie ciekawa
            i zajmujaca jak ta o wyzszosci Swiat Bozego Narodzenia nad wielkanoca i
            odwrotnie...ale ad rem...

            1. nie katolik zawierajac zwiazek malzenski tez przysiega wiernosc i rozlicza
            sie z tego we wlasnym sumienie
            2. jesli ktos podjal decyzje ze z takich czy innych wzgledow chce miec kochanke
            niech nie szuka usprawiedliwienia w oczach innych
            3. zawsze mozna takie rozwiazanie zaproponowac drugiej stronie jako alternatywe
            dla rozwodu - moralnie dwuznaczne ale chociaz nie oszukuje sie partnera
            podwojnie...
            4. nie wierze ze brak seksu i frustracja z tego powodu nie doprowadzi do
            rozkladu malzenstwa, bedzie elewacja ale w srodku lod, chlod i pustka....czy
            dzieci tego nie zauwaza?
            • zuza6661 Re: a ja tak sobie pomyslalam... 25.07.06, 15:12
              1. nie katolik zawierajac zwiazek malzenski tez przysiega wiernosc i rozlicza
              sie z tego we wlasnym sumienie

              No wlasnie, a moze by w koncu ktos wpadl na pomysl, zeby to przysiegac, jesli
              sie chce, a nie tak z nakazu? Dopoki nie bedzie mozliwosci posiadania podobnych
              praw cywilnych jakie daje malzenstwo, to wszyscy musza to przysiegac.
              • zuza6661 Re: a ja tak sobie pomyslalam... 25.07.06, 15:15
                Oj, cos mi umkneko:
                Dopoki nie bedzie mozliwosci posiadania podobnych
                praw cywilnych jakie daje malzenstwo, w innym niz malzenstwo zwiazku (np
                francuski parkt solidarnosci cywilnej - czego oczywiscie w polsce sie nie
                wprowadzi, bo po co...) to wszyscy musza to przysiegac.
                • tomek_abc Re: a ja tak sobie pomyslalam... 25.07.06, 15:17
                  wszyscy muszą przysięgać? nie zauwazyłem
                  znam kilku singli, którzy nie przysięgali
                  z tego co wiem, nawet kościół nie zmusza do małżeństwa
              • misssaigon Re: a ja tak sobie pomyslalam... 25.07.06, 15:17
                skoro malzenstwo nie jest juz zwiazkiem tylko kobiety i mezczyznym wiernosc nie
                jest konieczna, milosc sama wygasa a z uczciwoscia bywa tez roznie to
                podpisujmy tylko papierek do urzedu skarbowego ze sie bedziemy razem rozliczac
                • zuza6661 Re: a ja tak sobie pomyslalam... 25.07.06, 15:21
                  I coraz wiecej osob tak robi... I dobrze. Niech kazdy ma wybor. Ja tam
                  wiernosci nie zamierzam publicznie przysiegac, bo to nasza prywatna sprawa i
                  sami ustalamy zasady gry, i zaden ksiadz czy inny sedzia mnie z niej rozliczac
                  nie bedzie.
          • kici10 Re: a ja tak sobie pomyslalam... 25.07.06, 16:09
            Czasem mysle, ze to wlasnie atrakcyjnosc seksualna jest najlepszym barometrem
            > tego, z kim powinnismy byc, a nie zawarty kiedys tam zwiazek. Szkoda, ze sam
            > nie poczynilem takich ustalen.... madry Polak po szkodzie.

            Jestem ciekawa, czy taki sam pogląd byś prezentował, gdybyś nagle w wypadku
            stracił rękę lub nogę, albo może fiutka. Ciekawae jak wtedy by Ci się zmieniła
            perspektywa. Albo gdyby nagle dopadła Cie impotencja. Co wtedy? Żona i kochanka
            powinny Ci powiedzieć "won z mojego życia"?
            Po przeczytaniu wielu postów naszła mnie taka refleksja - wszystkich z
            mniejszym libido do gazu. Czy tak?
            • your_and Re: a ja tak sobie pomyslalam... 25.07.06, 16:29
              kici10 napisała:
              > Jestem ciekawa, czy taki sam pogląd byś prezentował, gdybyś nagle w wypadku
              > stracił rękę lub nogę, albo może fiutka. Ciekawae jak wtedy by Ci się zmieniła
              > perspektywa. Albo gdyby nagle dopadła Cie impotencja. Co wtedy? Żona i kochank
              > powinny Ci powiedzieć "won z mojego życia"?

              To jest inna sytuacja. Siła wyższa. Ale jakby ta chora osoba mogła się leczyć a
              by nie chciała, bo by powiedziała, wiesz odpowiada mi ze tak latasz wokół
              mnie,poświecasz się, i wcale nie chce byc zdrowa, na 99 przypadków tą drugą
              strone krew by zalała.

              Tu mamy przykład niskiego libida, dysfunkcji, którą sie leczy i ale jedna strona
              ta z niskim libido chce dopasować tą drugą do siebie zamiast coś z tym robić.
              To czysty egoizm.
              I nie do gazu a do seksualoga :-)

              Albo szukac sobie inną osobe dla której taki stan to porządana norma i wtedy
              wszystko jest w porządku.
              • kici10 Re: a ja tak sobie pomyslalam... 25.07.06, 18:19
                Akurat pracuję niedaleko gabinetu pewnego lekarza. Jest to androlog. Czasami
                widuję facetów przemykających chyłkiem, rozglądających się na boki kiedy idą do
                tego lekarza. Widać w ich całym zachowaniu wstyd. Ale to ci, którzy pokonali
                wstyd i się tam udali. A ilu jaet takich, którzy będą zaprzeczać w
                nieskończoność, że mają jakiś problem. I w życiu się do lekarza nie udadzą.
                Mimo, że wiedzą, że problem jest.

                I teraz moje pytanie, czy zahamowania, blokady są wypadkiem losowym, czy nie.
                Czy wychowanie jakie się odebrało w domu, jest wypadkiem losowym, czy nie.
                Czy myślisz, że ktoś po złości chce spieprzyć swój związek? Dlaczego? Żeby
                dopiec drugiej stronie, dla zasady. Czy myślisz, że jeśli babka robi to ręką,
                bo nie jest w stane ze strachu zrobić tego inaczej, to tylko po to, by facetowi
                dowalić? Źródłem jest antykoncepcja. A co zrobił autor wątku w sprawie tej
                antykoncepcji? Może sam by się najpierw dokształcił i poszukał jakichś
                rozwiązań, a potem to wszystko przedstawił partnerce? Myślę, że ma to w nosie i
                zwalił całą odpowiedzialność za zabezpieczenie się na nią. On chce i już. A o
                resztę niech się martwi ona. Nie napisał ani jednego słowa o tym co on zrobił w
                sprawie antykoncepcji. Czy on chociaż wie co to jest np. metoda Billingsa?
              • pgpg1 Re: a ja tak sobie pomyslalam... 25.07.06, 18:49
                Sa wypadki losowe i Wypadki Losowe. Z niektorymi mozna sie zmierzyc (obnizona
                potencja wskutek przepracowania, molestowanie w dziecinstwie), ale z innymi juz
                nie (paraliz kregoslupa np.).

                Ciekawi mnie jedno. Jezeli - zakladajac - nagle, po roku malzenstwa, Twoj facet
                odkrywa, ze nie moze sie z Toba kochac wiecej, poniewaz zawsze ma przed oczyma
                swego wojka, ktory go molestowal jako malego chlopca, to ....
                nie uwazalabys, ze Twoj facet powinien sie z tym problemem sprobowac zmierzyc?
                Czy tez ma prawo do zatopienia sie we wlasnym bolu i zadania od Ciebie
                zaakceptowania tej sytuacji, az do emerytury?

                Albo - bardziej nawiazujac do przypadku L. - gdybys nie chciala miec dzieci, a
                Twoj facet na kazde slowo o prezerwatywie czy stosunku przerywanym dostawalby
                ataku nerwowego polaczonego z agresja, to czy jest to OK?

                Czesto mam wrazenie, ze wszyscy popelniamy tu jeden blad, mechanicznie
                utozsamiamy sie z przedstawicielem tej samej plci....
                • anula36 Re: a ja tak sobie pomyslalam... 25.07.06, 19:07
                  sorry ale takich "wujkow" to sie raczej czlowiek nie pozbywa i nie powracaja -
                  takie wspomnienia mozna zagluszyc ale problemy beda stale.
                  • pgpg1 Re: a ja tak sobie pomyslalam... 25.07.06, 19:33
                    anula36 napisała:

                    > sorry ale takich "wujkow" to sie raczej czlowiek nie pozbywa i oni powracaja -
                    > takie wspomnienia mozna zagluszyc ale problemy beda stale.

                    Anulko36, napisalem, ze ktos taki powinien sie SPROBOWAC z tym zmierzyc. to
                    znaczy podjac realna probe walki z problemem.

                    Rezultat to cos innego. Na sama chec walki i proby poprawy sytuacji z reguly
                    druga strona reaguje b. pozytywnie. Najgorsze jest unikanie problemu,
                    deprecjonowanie tego, co mowi druga strona, ucieczka, prowizoryczne rozwiazania
                    (typowe dla Leszka, czyli dlon jego zony jako ostateczne rozladowywanie). Choc
                    znam gorsze przypadki, gdy nawet nie ma gotowosci do czegos takiego.

                    O tym pisze.
                • kici10 Re: a ja tak sobie pomyslalam... 26.07.06, 00:55
                  Czy wiesz co to takiego życzliwe wsparcie do walki z problemem? Człowiek dużo
                  może zrobić dla kogoś i dla siebie jeśli takie wsparcie dostrzega. Drugim
                  biegunem jest: ja chcę, ja wymagam, mnie się to należy. Trzeba znaleźć
                  wspominany w innym poście sławetny kluczyk do danej osoby. Jeśli oczywiście
                  komuś zależy i może poskromić swoje wrodzone lenistwo.
                  Dlaczego stawiasz znak równości pomiędzy nie udanym związkiem i brakiem seksu?
                  Tyle było tu wpisów, w których ludzie pisali, że wszystko inne jest ok tylko
                  seks szwankuje. Autor tego wątku też tak pisze. Nie można tego marginalizować.
                  Szuka rozwiązania, potrzebuje rad. Ale czy takich - olać żonę i poszukać sobie
                  innej? A jaką dajesz gwarancję, że super kocica jest jednocześnie inteligentną,
                  wrażliwą kobietą, potrafiącą zadbać o dom i dopilnoiwać dzieci, a nie np.
                  bezmyślnym flejtuchem? Myślę, że szukamy tu ideału dla siebie. Tylko jaki jest
                  ten ideał? Dla każdego inny. I czy wogóle jest szansa go znaleźć. Nie ma ludzi,
                  którzy są we wszystkim utalentowani, a inni wcale. Każdy dostał od natury po
                  trochu. A czy sami jesteśmy ideałami, aby móc wymagać tego od innych?

                  Czesto mam wrazenie, ze wszyscy popelniamy tu jeden blad, mechanicznie
                  > utozsamiamy sie z przedstawicielem tej samej plci....

                  No Ameryki to tutaj nie odkryłeś. A z kim do cholery mam się utożsamiać? Z
                  facetem? Wiele nieporozumień w związkach bierze się stąd, że siebie nawzajem
                  nie rozumiemy. Dlatego z chęcią czytam opinie facetów, by móc zrozumieć jakimi
                  ścieżkami chadzają ich myśli, jaki jest ich tok rozumowania. Dlatego również
                  polecam śledzenie damskiej perspektywy, byście też coś mogli zrozumieć.
                  Zważywszy, że wy nas nie rozumiecie o wiele bardziej.
                  Taka wymiana myśli na forum pozwala poszerzyć kąt widzenia. Czy chodzi Ci o to
                  by wszyscy jak papugi powtarzali jedyną słuszną (męską) wersję. A problemy jak
                  były, tak będą tyle, że tylko sobie trochę poplujemy bez celu.
            • pgpg1 No zaczyna sie robic goraco.... 25.07.06, 16:41
              Nie mowie, ze libido ma byc glownym wyznacznikiem tego, z kim jestesmy przez
              lata. Sa setki roznych sytuacji - brak jednolitych regul.

              Mowie tylko, ze libido ma swoje prawa. Jest to potrzeba, w ktorą natura nas
              wyposazyla. Jednych bardziej, innych mniej. Fakt - mozna bez tego zyc. Ale -
              instytucja malzenstwa tez zobowiazuje obie strony do starania sie o te sfere.
              Bo w koncu slubuje sie sobie wiernosc, a nie WSTRZEMIEZLIWOSC. Wiernosc zaklada
              wzajemne pozycie, a nie wzajemny brak pozycia.

              Kiedys jakas b. madra kobitka napisala na tym forum, iz wystepkiem przeciwko
              przykazaniu nr VI jest np. takze uzaleznienie komputerowe facetow, ktorzy
              calymi tygodniami nie interesuja sie zonami, oraz kobiet, ktore po otrzymaniu
              potomstwa nagle traca wszelkie zainteresowanie facetem i nie dopuszczaja juz
              wiecej do bliskosci.

              Wiec, gdy jedna strona sie nie stara i nie zamierza tego zmieniac, choc
              moglaby? To co wtedy?

              Uwazam, ze latwiej byloby mi zostawic zdrowego partnera, ktory z egoistycznych
              przyczyn (niech bedzie to nawet brak wystarczajacej milosci do drugiej strony)
              nie stara sie o spelnienie w sferze seksualnej (czego nie mozna przeciez
              wymusic, do cholery, bo i po co), niz partnera chorego, ktory bez wlasnej winy
              popadl w niemoc na tym obszarze.

              Chodzi o to, aby oboje malzonkowie byli otwarci na potrzeby tej drugiej strony.
              • kici10 Re: No zaczyna sie robic goraco.... 26.07.06, 01:16
                Wiec, gdy jedna strona sie nie stara i nie zamierza tego zmieniac, choc
                > moglaby? To co wtedy?

                Tylko kto to ocenia, że się nie stara lub stara za mało? Najczęściej jest tak,
                że obydwie strony się nie starają, tylko każde w innych dziedzinach. Tyle, że
                kobiety poprzednie niestaranie się rozpamiętują bardzo długo. Facet otrzepie
                się i idzie do łóżka czysty jak kryształ, babka zaś dźwiga ze sobą cały dzień.
                Wszystkie nierozwiązane konflikty. Chcesz mieć dobry seks, przegadaj i rozwiąż
                chociaż częściowo inne sprawy. Wogóle najwrażliwszym organem kobiecym są uszy.
                Faceci pamiętają o tym na etapie tokowania, a potem kaplica. Znajdują kochankę,
                znowu tokują, rozmawiają, mówią miłe rzeczy, a potem znowu kaplica. I tak bez
                końca. Tyle się o tym gada, pisze. A wy jacyś niewyuczalni jesteście. To tak
                jakby wam zabrać wszystkie porno stronki, wszystkie porno gazetki i nałożyć
                klapki na oczy. A potem żądać entuzjazmu na podstawie wyobraźni z zamierzchłych
                czasów.
                • woman-in-love prawda 26.07.06, 10:12
                  Nie wiem dlaczego historia Leszka tak mnie "obeszła". Codziennie zaczynam
                  przegląd forum własnie od tego watku. Główny wpis przeczytałam kilka razy,
                  starając się pohamować złość na tę kobiete, żone, która doprowadza do takiej
                  rozpaczy swojego męża, któremu bądz co bądz ślubowała mołość. Do diabła z taka
                  miłością. Moim zdanie, aby cokolwiek wiedzieć o całości potrzeba opowieści tek
                  kobiety, jka ona to wszystko widzi. Oczywiście, lepiej, żeby nie wiedziała o
                  zdradach. Leszek pisze, że brzydziłaby sie go i nigdy więcej nie dotknęła.
                  Przyjmijmy hipotetycznie, ze jednak w chwili gniewu i desperacji wyzał zonie
                  prawdę - bez ogródek. Podejrzewam, że żona zareagowałaby klasycznie: wielkie
                  zaskoczenie(no bo przeciez miał "seks" na każde zyczenie) potem wielki żal,
                  depresja, płacze i nastepnie decyzja o pozostaniu w związku, być może nawet
                  poście do psychologa.
                  Byc może prawda jest inna - pani Lala ma kochanka i sprytnie manipuluje mężęm,
                  sprawując nad nim władzę za pomoca dawkowania seksu.
                  Są jeszcze inne mozliwości, ale chyba bez "godziny szczerości" sie nie
                  obejdzie. Te proste słowa "prawda was wyzwoli" moim zdaniem sa kluczem.
                  • tamara_s Re: prawda 27.07.06, 15:59
                    Zapytam się – czyja prawda?
                    Prawda Leszka, prawda pani Lali o niskim libido, prawda ich dzieci?
                    Tak, to są pytania zaprawione goryczą. Goryczą, która płynie z rozczarowania
                    prawdą.
                    W moim przypadku PRAWDA doprowadziła do całkowitego pata, do granic rozpaczy, bo
                    jak już sobie tę prawdę wyznaliśmy (w dość podobnej sprawie), to się okazało, że
                    na więcej nas najprawdopodobniej nie stać.
                    Prawda nie leczy. Wyznając prawdę pozbawiasz się złudzeń nic nie zyskując,
                    oprócz może wolności, ale przecież nie na tym zależy autorowi wątku, bo prawda
                    nie zmienia rzeczywistości, tylko daje w nią głębszy wgląd, który nic nie
                    gwarantuje.
                    • cranberry11 Re: prawda 27.07.06, 16:20
                      Alez nikt tu nie ma na ustach hasla "prawda was wyzwoli" i nie sadze, ze ktoś z
                      czystym sumieniem bedzie proponowal Leszkowi przyznanie sie do posiadania
                      kochanek.
                      Tylko, ze zwiazek nie jest zdrowy i nie ma szans na wyjscie z patowej sytuacji,
                      jesli i zona nie zobaczy, ze rzeczywiscie jest jakis problem. Poczatek
                      wychodzenia z kryzysu to uznanie, ze ten kryzys jest. Czasem oznacza to
                      niestety dobicie do dna... Nie na darmo psycholodzy mowia, ze najwazniejszy w
                      terapii jest wlasnie wglad... A samo "leczenie" to rzeczywiscie dlugotrwaly i
                      trudny proces.
                      • woman-in-love Re: prawda 27.07.06, 17:26
                        podejrzewam,że zona stosując "ręczny" seks uważa się za bohaterke narodową i
                        jest pewna, ze zaspokaja męża, co więcej - on nawet to odrzuca.
                        • ak70 LESZEK 28.07.06, 14:32
                          sorry kliknelo mi sie w enter zamiast shift :)

                          Leszek posluchaj... znam to z drugiej strony dokładnie. Zastanow sie czy przez
                          jakis okres czasu nie sugerowales swojej zonie lub wrecz nie wymagales od niej
                          po jakims czasie aby zachowywala sie tak a nie inaczej podczas seksu, aby
                          zakładala sexi ciuszki, szpilki, itp., żeby robila cos czego sie bala lub nie
                          akceptowala tego do konca, ale zgadzala sie, aby nie sprawic Ci zawodu lub
                          przykrości? Jeśli tak, to jesteśmy w domu...
                          Moj mąz właśnie tak sie zachowywał, poza tym w domu pomagal niewiele (przy
                          drugim dziecku praktycznie prawie wcale) i seks nigdy nie byl spontaniczny...
                          zawsze najpierw mycie, perfumowanie, i JA MUSIALAM byc odpowiednio ubrana... a
                          nawet jesli bylam tak sama z siebie to zazwyczaj zawsze w trakcie pieszczot
                          jeszcze potrafil mi szepnac do ucha: a dlaczego nie zalozylas tego czy tego...
                          w pewnym momencie powiedzialam mu, zeby mi szykowal ubranie do sexu :(... i on
                          tak robil (!!)
                          Stracilam cala przyjemnosc z sexu i cala na niego ochote... moze w przypadku
                          Twojej żony bylo podobnie?? Nie szukaj winy w niej, może po prostu zrób
                          rachunek sumienia...

                          I wiesz co? Ta zdrada to było świństwo...
                          • your_and Re: LESZEK 28.07.06, 14:50
                            ak70, moim zdaniemtu jest miedzypłciowe wielkie nieporozumienie.
                            Kobiety nie rozumieją że seks wiekszości facetów jest warunkowany bodźcami
                            wzrokowymi, tak jak wiekszość facetów nie rozumie że seks kobiet warunkowany
                            bodźcami wechowymi i emocjami z całego dnia...

                            Brutalnie mówiąc facetowi nawet napalonemu odechciewa sie jak zobaczy swą babkę
                            w dresach lub pidzamce w misie (upraszczam), a babki tu reguralnie narzekają ze
                            że nie mogą dotrzeć do męza z informacją że z brudasami mają zero ochoty na seks.

                            • anula36 Re: LESZEK 31.07.06, 14:18
                              to faceci lubia z brudnymi kobitkami:P
                        • caisis Re: prawda 31.07.06, 14:37
                          Nieudany seks moze przekreslic w malzenstwie wszystko.Czesto prowadzi do
                          nienawisci,z ktora trudno sobie poradzic. Jedyne wyjscie: szukac rozwiazania
                          problemu. Tylko jakie rozwiazanie??? Nie ma na to recepty.Wszystko zalezy od
                          osobowosci obojga w zwiazku.Czasem lepiej sie rozejsc,niz tkwic w
                          toksycznym,nie dajacym zadowolenia zwiazku. A ludzie sie po prostu
                          rozchodza.Tak bylo,jest i bedzie.
                          • leszek9916 ciąg dalszy... 28.08.06, 10:04
                            Nie wiem czy mnie jeszcze pamiętacie, dużo pozytywnego zainteresowania moim
                            problemem od Was otrzymałem, może ten i ów jest ciekawy tak zwanego dalszego
                            ciągu mojej historii, dla tych ten wpis...

                            Ostatnio dużo myślałem o swojej sytuacji i oto plon moich przemyśleń...

                            Seks z żoną: tak naprawdę mogę się bez tego obyć. Tak naprawdę boli tylko wtedy
                            gdy się nastawiam na coś i jestem odrzucany. Np. gdy usiłuję się do niej
                            dobierać i dostaje kosza. Wówczas zazwyczaj jest taki jej komentarz: wiesz dziś
                            nie mam ochoty, jestem potwornie zmęczona, ale jutro się Tobą zajmę. A gdy
                            jutro też nic z tego i pojutrze to wówczas się wściekam i czuje jak
                            wycieraczka. Więc zmieniam taktykę, zero sygnałów z mojej strony. Bierność
                            całkowita. Facet może zawsze, a facet wyposzczony ma zawsze ochotę, więc jeśli
                            padnie propozycja to czemu nie, ale przestanę się na to nastawiać, na to
                            czekać. Wytrzymam, zresztą moja postawa, którą już stosuję budzi zaniepokojenie
                            żony i raz na tydzień, góra dziesięć dni się udostępnia i nawet się stara. Więc
                            napięcia ze mnie schodzą, bo moje potrzeby się w międzyczasie zminimalizowały,
                            a że to takie fizyczne, bez cienia mistycyzmu, cóż takie jest życie, tak widać
                            musi być.

                            Jeszcze jedno do ewentualnego przemyślenia i przetestowania, może kilka razy
                            jej odmówić i zaobserwować co z tym zrobi, no ale to wymaga prawdziwego hartu
                            ducha, na co mnie jeszcze nie stać.

                            Oczywiście siłą rzeczy dosyć poprawne stosunki muszą się popsuć, już się
                            popsuły, to wynika z obranej taktyki, w której nie ma miejsca na przytulanie,
                            tulenie, miłe słówka, tkliwość, ale sądzę że moja żona tego nie potrzebuję,
                            więc zdejmę z niej ten ciężar... Sam bez tego jakoś wytrzymam...

                            Seks z nie żoną: zdecydowanie nie, przynajmniej nie tak jak ostatnie dwie
                            znajomości. Jakoś mi się to nie podobało, takie pójście na skróty. No
                            niezupełnie, może w trakcie było ok., ale po tym jakoś tak nie fajnie, a czym
                            większa perspektywa czasu tym większe obrzydzenie do siebie i partnerki. Jak
                            sobie to przypominam to jakbym film oglądał, słaba identyfikacja ze sobą, z
                            własnym ciałem. A gdy było po wszystkim też dziwnie: patrzę na ubraną zupełnie
                            obcą kobietę, o której nic nie wiem, a z którą spałem i znam jej każdy
                            centymetr ciała. Jak zjedzenie ciastka, które nagle ktoś mi wkłada do ust z
                            zaskoczenia, znienacka.
                            • kici10 Re: ciąg dalszy... 28.08.06, 11:44
                              Jeszcze jedno do ewentualnego przemyślenia i przetestowania, może kilka razy
                              jej odmówić i zaobserwować co z tym zrobi, no ale to wymaga prawdziwego hartu
                              ducha, na co mnie jeszcze nie stać.

                              Czasem taka odmowa dobrze robi. Powoduje reakcję : jak to?, dlaczego?, jakim
                              prawem?, z jakiej racji? nie jestem już atrakcyjna?, muszę to sprawdzić!

                              Oczywiście siłą rzeczy dosyć poprawne stosunki muszą się popsuć, już się
                              popsuły, to wynika z obranej taktyki, w której nie ma miejsca na przytulanie,
                              tulenie, miłe słówka, tkliwość, ale sądzę że moja żona tego nie potrzebuję,
                              więc zdejmę z niej ten ciężar... Sam bez tego jakoś wytrzymam...

                              Potrzebuje, potrzebuje, o wiele bardziej niż myślisz. Zaburzenie
                              dotychczasowych relacji powoduje szok i przyglądanie się, co jest grane. Na
                              stworzenie nowych relacji, na nowych zasadach trzeba trochę poczekać. Nic tak
                              kogoś nie uświadamia jak przeżycie czegoś na własnej skórze. Trzeba najpierw to
                              przeżyć, pocierpieć, przemyśleć, otrząsnąć się, stworzyć coś nowego. Jeśli
                              potrafisz działać, zamiast użalać się tylko nad sobą, to masz szansę na
                              wygraną. Pozdrawiam
                            • jabedelko Re: ciąg dalszy... 02.09.06, 21:14
                              zastanawiam sie jak to wlasciwie jest.Bo z jednej strony w tym o czym piszesz
                              nie ma namietnosci, a z drugiej strony jest w tobie tyle milosci, ze stac cie
                              na takie poswiecenie.
                              Wiesz. ja tez mam z tym problem. Jest tylko jedna znaczaca roznica miedzy nami.
                              Ja stoje po drugiej stronie. ja jestem ta, ktora nie ma ochoty.
                              Powod? jeden podstawowy. Czar prysl i maz nie dziala juz na mnie tak jak
                              kiedys.jestem przekonana ze go kocham i chce dla niego dobrze, ale nie potrafie
                              na dluzsza mete udawac. Nie pociaga mnie, nie mam z seksu zadnej
                              przyjemnosci.Kolejny raz musze sie jeszcze bardziej zmuszac, bo wiem ze tym
                              razem to nie bedzie znowu to. Dlatego nie chce. Bo kazda proba to dla mnie
                              zawod. Im ich wiecej tym ochota mniejsza do podejmowanaia kolejnych staran.
                              Nie mowie ze u Ciebie tak jest. U mnie tak to wyglada.
                              Widze jak moj maz sie z tym meczy, ale nie potrafie.
                              I wiesz, nie mam w sobie odwagi zeby sprobowac z kims innym i przekonac sie czy
                              ze mna wszystko ok. Czy to wygaslo miedzy nami czy we mnie...
    • piter1966 Re: brak sensu w małżeństwie ? 07.09.06, 13:55
      też mam podobną sytuację z tym że jeszcze nie postąpiłm jak ty ,nie poszukałem
      innej na razie nie mogę .myślę że jest to tylko dorażne wyjście z
      sytuacji ,trzeba zdecydowac sie na wóz albo przewóz bo takie życie to do dupy.
      ciągle myslisz czy będzie miała ochotę na seks w co watpie a ty będziesz
      sięmęczył ,nie mógł zasnąć itp czxlowieku daj sobie luzu i rób aby tobie było
      dobrze. pozdrawiam
      • leszek9916 Re: brak sensu w małżeństwie ? 09.09.06, 10:18
        Ja wiem, że miałem swoje pięć minut, że temat już nieco przebrzmiały, nie
        topowy, że trudno się czyta wątek o blisko dwustu wpisach, tym niemniej jeszcze
        coś napiszę. Po prostu na dzień dzisiejszy nie ma nikogo z kim mógłbym o tym
        pogadać. Tak więc jak żebrak oczekiwać będę jakiegoś odzewu, a jak nie nastąpi
        to przynajmniej wyrzucę to z siebie i to też pomoże.

        Jak pisałem, zastosowałem taktykę lodówki. Zero pieszczot, przytulania, miłych
        słówek, jakiejkolwiek formy zainteresowania ciałem żony. No i oczywiście zero
        seksu. Potrafiłem być w tym konsekwentny do bólu. Nie była to dla mnie
        konfortowa sytuacja ale jakoś się trzymałem. Zresztą wiedziałem, że przesilenie
        prędzej czy później nastąpić musi. No i nastąpiło, kolejna noc, gdy żona
        usiłowała mnie pieścić, a ja nic zimny głaz. Powiedziała, że jak będzie tak
        dalej to zniszczę nasze małżeństwo. Wyjaśniłem jeszcze raz moje postępowanie.
        Powiedziałem, że niestety wciąż jest pociągającą kobietą, a ja wciąż jestem
        niezaspokojonym facetem. Wszelkie formy czułości wobec niej burzą krew, to
        jakby odzwyczajać się od palenia i nosić przy sobie wciąż paczkę papierosów.
        Nie potrafię tak, nie lubi seksu ze mną, to mogę to uszanować, ten ciężar z
        niej zdjąć, ale są tego konsekwencje. Coś mówiła długo i pokrętnie, że to nie
        tak, no nie całkiem tak, aczkolwiek może trochę tak. Aż w końcu od słowa do
        słowa, Ona napomknęła o rozwodzie. Pierwszy raz w naszym małżeństwie to padło.
        Chyba się przeliczyła, a i ja sam sobie się dziwiłem, jak zza szyby patrzyłem
        na tą sytuację, beznamiętnie, zimno. Powiedziałem jak sobie kochanie życzysz, w
        każdym razie rozmowę uważam za skończoną. Moja reakcja musiała ją zaszokować.
        Zaczęła płakać, spazmatycznie, jak nigdy dotąd, serce mi rozrywał żal i
        czułość, ale nadal byłem twardy. Ile razy ja płakałem wewnętrznie, ile jeszcze
        razy będę płakać jak tego nie zmienię. Po tej nocy kolejne dwa dni to dla mnie
        tortura. Żona zwiędła jednej nocy. Głos jest przycichł, cała skurczyła się. Ale
        wiedziałem, że jak się cofnę to przegram ja, przegra ona, i cały ten dramat
        okażę się farsą. Zaprzestała łóżkowych podchodów, ciche dnie, dwaj obcy sobie
        ludzie w mieszkaniu. Można tak żyć, potrafił bym ? Chyba nie. Wiedziałem, że
        sytuacja zmierza do finału, że dalej tak nie można. Postanowiłem doprowadzić do
        kolejnego przesilenia. Kolejnej nocy beznamiętnie powiedziałem, że skoro już
        tak wyszło, to czy miała by coś przeciwko, jakbym sypiał z innymi kobietami.
        No logicznym się wydało, że skoro tą część naszego życia skreśla, a ja skreślać
        nie zamierzam to można się jakoś dogadać. Jej reakcja była do przewidzenia,
        kolejne spazmy, ale ja już wiedziałem, że tym razem zachowam się odmiennie, niż
        przez ostatnie dwa tygodnie. Przytuliłem ją, utuliłem, Ona przylgnęła do mnie,
        chłonęła moje pieszczoty jak nigdy. Zasnęliśmy tak przytulenie do siebie bez
        słów. Następny dzień pełen miłych słówek z mojej strony, przytulań, utulań. Ale
        wieczorem, w łóżku znów tyłkiem do niej i dobranoc. Ale już wiedziałem że tym
        razem będzie inaczej. Zaatakowała mnie, a ja szybko podjąłem jej pieszczoty.
        Pierwszy seks od trzech tygodni, łapczywy, nienasycony, pełen zaklęć. Ona
        rozpalona, wręcz zwierzęca, nabrzmiałe piersi. I wiecie co nie dbam o to czy to
        był popis aktorski z jej strony za który oskara powinna otrzymać, ale byłem
        spełniony psychicznie i fizycznie, jakby ktoś ciężar ze mnie zdjął. No fakt był
        to efekt tresury, może przejaw samczej dominacji, może zachowałem się jak męska
        szowinistyczna świnia, ale zastanówcie się ile rzeczy robicie tak naprawdę pod
        wpływem wiszącego nad wami bata. Czy druga osoba to dostrzega. Czy to z tej
        drugiej strony ma jakieś znacznie. Czy to tylko taka trauma, którą ja posiadam
        nadmierne uwrażliwienia na drugiego człowieka. Raz w życiu zdusiłem to w sobie,
        przeżyłem kilka tygodni, które były dla mnie koszmarem, ale może tak właśnie
        trzeba, wytresować innych w trosce o własne dobro, co by nie zwariować.
        Czy się poprawi. Nie mam złudzeń. No powiedźmy sobie szczerze, starczy pewnie
        na 2-3 tygodnie. Ale jakby nie walczyć to gdzie bym był teraz, jak ma spadfać
        to się spada z wyższego poziomu. Zresztą ja też już do seksu nieco inaczej
        zaczynam podchodzić, mniej mistycznie, bardziej fizjologicznie i nie żałuję, że
        coś pewnie tracę, bo żyć z tym było bardzo trudno. Ale to temat już na inne
        forum. To tyle dziękuję moich prywatnych psychoterapeutów, że miałem się gdzie
        wygadać. Pozdrowionka....

        P.S. A może życie to jeden wielki teatr i tak ma być i nie można oczekiwać
        niczego więcej

        • misssaigon Re: brak sensu w małżeństwie ? 10.09.06, 20:12
          no i fajnie - byl jeden super numerek a wiesz o problemie tyle samo co
          poprzednio - szantaz emocjonalny i grozenie rozwodem w pewnym momencie
          spowszednieje i co dalej wymyslisz?
          nie poszedles do przodu, nie przyblizyles sie ani o jote do rozwiazania sprawy..
          • kici10 Re: brak sensu w małżeństwie ? 10.09.06, 23:22
            No dostał jeden ważny przekaz. Że nie opłaca się być podnóżkiem w małżeństwie.
            Można na nim co najwyżej wesprzeć nogi, ale się go nie szanuje. Nie trzeba o
            niego zabiegać, starać, liczyć się z nim. Można go kopnąć jeżeli przeszkadza.
            Jeśli to jednorazowy szantażyk, to rzeczywiście wszystko szybko wróci do stanu
            wyjściowego. Jeśli zaś odzyska swoje własne jaja, to kto wie, mogą być i
            fajerwerki.
            • yvona73pol Re: brak sensu w małżeństwie ? 11.09.06, 02:51
              sadzisz, ze chodzilo o zbyt ulegla postawe na co dzien?...
          • beady_belle Re: brak sensu w małżeństwie ? 14.09.06, 12:35
            misssaigon napisała:

            > no i fajnie - byl jeden super numerek a wiesz o problemie tyle samo co
            > poprzednio - szantaz emocjonalny i grozenie rozwodem w pewnym momencie
            > spowszednieje i co dalej wymyslisz?
            > nie poszedles do przodu, nie przyblizyles sie ani o jote do rozwiazania sprawy.
            > .

            Mówisz tak, jakbyś WIEDZIAŁA, jakie jest rozwiązanie sprawy.
            Skoro wiesz, to napisz, może i ja się czegoś nauczę, a kolega skorzysta zamiast
            małżonkę emocjonalnie terroryzować.
            • misssaigon Re: brak sensu w małżeństwie ? 14.09.06, 13:34
              beady - a co ma na celu twoja zaczepka?
              • beady_belle Re: brak sensu w małżeństwie ? 14.09.06, 13:56
                Dokładnie to, co napisałam - chciałam się czegoś nauczyć.
                No bo skoro uważasz, że nie "przybliżył się ani o jotę" do rozwiązania problemu
                to zakładam, że nie tylko wiesz, gdzie jest punkt wyjścia, ale i dokąd powinno
                to rozwiązanie doprowadzić, prawda?
                Więc raczej Twoje oceniające stwierdzenie chyba należałoby uznać za nic nie
                wnoszące, a jeśli tak, to co miałaś Ty na celu?
                • misssaigon Re: brak sensu w małżeństwie ? 14.09.06, 15:12
                  to co mialam na celu to juz napisalam leszkowi66, a ty masz podobny problem, ze
                  jestes tak zywotnie zainteresowana?
                  • beady_belle Re: brak sensu w małżeństwie ? 14.09.06, 15:50
                    Już mnie Leszek ładnie poprosił, żebym się Tobą nie zajmowała dłużej, ani jego
                    problemem.
                    Bez odbioru.

                    • groszek_73 Re: brak sensu w małżeństwie ? 14.09.06, 16:01
                      Leszek zrobił dobrze do połowy - chyba, że problemem był brak atrakcyjności, co
                      chyba w tej chwili zmienił. bo wy lubicie, żeby facet był facetem, mimo
                      wszystko. trzeba zawsze zachować równowagę :)

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się


Nakarm Pajacyka