Dodaj do ulubionych

Dlaczego tracimy ochotę....

13.09.06, 08:29
Wiele osób narzeka na swojego partnera/kę. Gros z nas widzi wady wyłącznie w
drugiej osobie. A czy my sami również nie jesteśmy bez winy? Czy jesteśmy tacy
wspaniali, tacy wyrozumiali, sprawni jako kochanki/owie? Podam kilka „grzechów
głównych” jakie popełniamy – a potem zastanówmy się czy my nie jesteśmy czasem
źródłem problemów dlaczego nasz partner/ka nie chce z nami uprawiać seksu…

Faceci.
Przekonani o swych umiejętnościach, zapatrzeni w siebie, do głowy im nie
przyjdzie, ze:
- w łóżku są jak drwale, obłapi taki kobietę albo zwali się na nią i po 2-3
minutach jest po wszystkim. Urozmaicenie? Próby „czegoś innego”? - Ograniczają
się do 2 standardowych pozycji. Po wszystkim sakramentalne pytanko: - i jak ci
było? Po czym odrót na drugi bok i po 5 minutach „sen sprawiedliwego”…
- albo wręcz przeciwnie!!! Zachowują się jak rozmemłane mimozy. Nie robią nic.
Dla nich to kobieta musi się starać, wymyślać, proponować… W kółko prawią o
tym, że chcą by ich czymś zaskoczyć, zabawić… Sami ograniczą się do wygodnego
siedzenia i patrzenia na rozwój wydarzeń z popcornem w ręku…
- seks oralny polega na tym, że to wyłącznie kobieta go uprawia… Sami gdy już
się zmuszą albo (co rzadziej) wyjdą już z tą inicjatywą – zupełnie nie
słuchają swej partnerki, nie patrzą jak się zachowują. Przecież na pornosach
widać jak „to” się robi – więc po co dodatkowo się zapytać????
- istnieje coś takiego jak higiena… jak mydło!!!.. jak dezodorant czy woda po
goleniu… jak maszynka do golenia i można ogolić twarz raz na dzień by
partnerka nie tuliła się do jeża…
- generalnie nie dociera do nich, że kobieta to nie lala z seks shopu….
A potem zdziwieni piszą na forum, że ich kobieta jest oziębła… że nie chce
„wziąć do buzi”, że zdradziła, że kochanka nie widzi w nich żadnego problemu
itp. itd…
A jak ma im to powiedzieć żona po kilku latach różnorakich sygnałów? Myj się?
Zobacz we mnie człowieka? Jakaś inicjatywa?

Kobiety.
Co rusz pojawia się kolejny post, że facet ją zdradził, że jej nie widzi, że
nie chce z nią uprawiać seksu… Wcześniej nie słyszała, nikt jej nie
powiedział, „tak dobrze żarło i zdechło” itd. itp. Podczas gdy jej partner
nieśmiało wysyłał sygnały, wspominał mimochodem, czasem „po pijaku” powiedział
wprost (bo zebrał się na odwagę) a tu cisza i znowu:
- leży jak materac. Żadnej ale to żadnej inicjatywy i okazania co przeżywa i
czy kiedykolwiek… Na pytanie „jak było? czy miałaś orgazm?” reaguje nerwowo i
odpowiada, że nie jest maszynką do przeżywania orgazmów…
- „lodzik” w jej wykonaniu to pełna katastrofa… Po co w ogóle się za to
zabiera skoro robi to tak nerwowo, szybko i nieumiejętnie, że facet odczuwa
ból??? Że myśli z niesmakiem o gryzieniu lub drapaniu… Albo przeciwnie – robi
to jak ślimak, po prostu weźmie do buzi i trzyma, pomlaszcze, pogmera i dziwi
się, że wzwód minął…
- zachowuje się jakby każdy dzień z nią miał być biciem rekordów olimpijskich…
3, 4 a nawet 10 razy dziennie… i nie ważne, że w kółko ćwiczą 2-3 pozycje…
jest wiecznie niezaspokojona, w kółko powtarza facetowi, że ma ochotę a tego
„boli głowa” – bo chciałby troszkę odpocząć…
- wszystkim wokół powtarza o higienie itp. pierdołach – ale sama tylko z
rzadka jest świeża i umyta…
Teraz – po kilku latach „niewidzenia” i „niedostrzegania” znaków partnera –
pisze na forum, że faceci są do bani…

________________
A jacy my jesteśmy? Jakie jeszcze inne „grzechy w seksie” popełniamy, że
trafiamy tu na forum i potem z emfazą wypowiadamy się we wszystkich możliwych
tematach? Jakie grzeszki byście dodali? Może jest ktoś kto po przeprowadzeniu
„łóżkowego rachunku sumienia” dostrzegł u siebie wady????


PS: Zagajam i podrzucam ten temat do rozważenia na kilku forach... ;o)))
Obserwuj wątek
    • gomory Re: Dlaczego tracimy ochotę.... 13.09.06, 09:14
      > PS: Zagajam i podrzucam ten temat do rozważenia na kilku forach... ;o)))

      Widze ze ten temat z kilku forow spotka sie na "oslej lawce" ;)
      • dixia Re: Dlaczego tracimy ochotę.... 13.09.06, 09:21
        Niech sie spotka... Nie lubimy gdy nam się wytyka błędy i nigdy nie jesteśmy
        zbyt skorzy do refleksji... Czego dowodem jest twój post i komentarz...
    • misssaigon Re: Dlaczego tracimy ochotę.... 13.09.06, 09:27
      rozumiem ze mamy zrobic rachunek sumienia, kleknac na grochu, wyznac swoje winy
      a ty nam udzielisz rozgrzeszenia?
    • martik1 Re: Dlaczego tracimy ochotę.... 13.09.06, 09:35
      ja bym powiedzial tak:

      nasze (obojetnie z czyjej strony) podswiadome oczekiwania organiczne/biologiczne
      nie ida w parze z naszymi swiadomymi zyczeniami. egoizm, brak tolerancji i
      zrozumienia dla potrzeb drugiego, falszywa moralnosc prowadzi sila rzeczy do
      konfliktu interesow partnerow. przy braku prawidlowej komunikacji juz po krotkim
      czasie rozjezdzamy sie w rozne strony.
      • mreck Re: Dlaczego tracimy ochotę.... 13.09.06, 10:14
        odpowiem tak:
        uczyń swojemu partnerowi/partnerce to chciałbyś, zeby zrobiła tobie. odważ się.
        hehe, niełatwe co?
        • misssaigon Re: Dlaczego tracimy ochotę.... 13.09.06, 10:29
          mreck, jutro ide kupic mojemu mezowi ponczoszki kabaretki, kawal chromowenej
          rury i niech mi tanczy w sypialni...
        • socata Re: Dlaczego tracimy ochotę.... 13.09.06, 11:44
          naprawdę chciałbyś, żeby żona też Cię zdradziła.....????
        • thistle Re: Dlaczego tracimy ochotę.... 13.09.06, 17:41
          uczyń swojemu partnerowi/partnerce to chciałbyś, zeby zrobiła tobie. odważ się.

          Lepiej uważac, i sprawdzic, co ewentualnie partner na to
          Po kilku takich "odważnych" takich akcjach mojego M. zapałałam do niego na
          dłuuugo dosć głeboką odrazą fizyczna. Do tej pory wspominam to z głębokim
          niesmakiem.
    • dixia Chciałem skłonić do refleksji... 13.09.06, 12:02
      ... a zarzuca mi się chęć rozgrzeszania i ambicje do bycia bogiem...

      Myślę, że można było wykorzystać ten watek by napisać jakie błędy w alkowie
      popełniają kobiety i mężczyźni. Moje własne doświadczenie oraz wiedza są zbyt
      nikłe by w pełni i miarodajnie się wypowiedzieć w tym temacie. Każdy ma inną
      percepcję (wiem to banał) dlatego też próbowałem skłonić do refleksji i
      wypowiedzi. Z drugiej strony domyślam się, że strach i wstyd nie pozwala... ;o)))
      • katechina Re: Chciałem skłonić do refleksji... 13.09.06, 12:14
        że strach i wstyd nie pozwala... ;o)

        eee tam...po prostu większość z nas jest przeciez idealna ;)




    • ich7 Re: Dlaczego tracimy ochotę.... 13.09.06, 12:15
      Dixio,
      strasznie to uprosciles , w wielu zwiazkach jest tak jak mowisz ,
      pewnie ja tez popelniam bledy ale chce Ci powiedziec ze sa kobiety i faceci
      ktorzy nie chca spac ze swoimi polowkami tylko dlatego ze NIE
      i nie ma jakiegokolwiek powodu.
      Oczywiscie sa powody ktore sami wymyslaja ( wyimagowane) tylko po to aby byla
      wymowka , z drugiej strony jesli sa pewne powody prawdziwe a my chcacy ich nie
      spelniamy to przeciez nie mozemy byc calkiem idealni- bo co to za powod ze z
      toba nie spie bo masz pieprzyka na dupie i on mnie dekoncentruje,
      pzd
      ich7
      • groszek_73 Re: Dlaczego tracimy ochotę.... 13.09.06, 14:44
        ich7 napisał:

        > Dixio,
        > strasznie to uprosciles , w wielu zwiazkach jest tak jak mowisz ,
        > pewnie ja tez popelniam bledy ale chce Ci powiedziec ze sa kobiety i faceci
        > ktorzy nie chca spac ze swoimi polowkami tylko dlatego ze NIE
        > i nie ma jakiegokolwiek powodu.

        zawsze jest jakiś powód. tylko nie zawsze sami zdajemy sobie sprawę jaki.
        • ich7 Re: Dlaczego tracimy ochotę.... 13.09.06, 14:56
          jesli jest jakis powod o ktorym nie wiem , to moze zona z ktora zyje
          powiedzialaby mi o tym , z jednej strony dlaczego ja mam siebie tylko naprawiac
          niech ona tez cos da z siebie a z drugiej strony wiem ze i tak by mi tego nie
          powiedziala bo jeszcze bym to zmienil i musialaby spac ze mna.
          • ich7 Re: Dlaczego tracimy ochotę.... 13.09.06, 14:58
            Ogolnie mowiac jestem tez zdania ze mozna nie spac z drugo osoba bez zadnego
            powodu ,
            • groszek_73 Re: Dlaczego tracimy ochotę.... 13.09.06, 15:12
              ich7 napisał:
              > Ogolnie mowiac jestem tez zdania ze mozna nie spac z drugo osoba bez zadnego
              > powodu

              jeśli nie jest to powód medyczny, to podstawowym powodem jest to, że ta osoba
              przestała być atrakcyjna. a dlaczego - to już pytanie do tej osoby.
            • misssaigon powód podstawowy - brak miłości 13.09.06, 15:19
              Jezeli partner odmawia wspolzycia a nie zachodza okolicznosci usprawiedliwiajace
              - ciaza, impotencja, ciezka choroba, miesiaczka, połóg - powod jest jeden - brak
              milosci...
              Uwazam ze normalne uczucie miedzy kobieta i mezczyzna sklada sie z dwoch
              elementow: zaangazowania emocjonalnego i pozadania fizycznego.
              Nie wierze ze moze ot tak sobie zaniknac pozadanie a pozostac tylko uczucie -
              wtedy pozostaje przyjaz, przyzwyczajenie, sympatia, docenia sie stabilizacje
              zyciowa, dobre cechy charakteru partnera - ale - jesli nie ma pozadania - nie ma
              tez milosci takiej jaka byc powinna miedzy mezczyzna a kobieta.
              Mozemy kochac naszego partnera jak ojca, albo jak dziecko, mozemy go podziwiac -
              ale jezeli nie chcemy z nim spac to znaczy ze go nie kochamy...

              Mysle, ze wiele osob oszukuje siebie w imie - dobra rodziny, dzieci, a przede
              wszystkim wlasnego komfortu zyciowego - bo gdyby przyznali przed soba ze nie
              kochaja partnera - musieliby cos z tym fantem zrobic.

              Dlatego smiesza, mnie te listy, w ktorych kobiety pisza "kocham bardzo mojego
              meza ale nie chce i nie moge z nim spac- nie wiem dlaczego" dlatego, ze gdzies
              po drodze ta milosc zniknela, zostala przelana na dziecko, na prace, albo po
              prostu uschla nie pielegnowana...
              ale nie oplaca sie nam byc szczerymi - lepiej szukac powodw u partnera i wpedzac
              go w niekonczace sie poczucie winy...
              • groszek_73 Re: powód podstawowy - brak miłości 13.09.06, 15:26
                misssaigon napisała:
                > po drodze ta milosc zniknela, zostala przelana na dziecko, na prace, albo po
                > prostu uschla nie pielegnowana...
                > ale nie oplaca sie nam byc szczerymi - lepiej szukac powodw u partnera i
                wpedzac go w niekonczace sie poczucie winy...

                sama prawda.
              • martik1 Re: powód podstawowy - brak miłości 13.09.06, 16:42
                misssaigon napisała:

                > Nie wierze ze moze ot tak sobie zaniknac pozadanie a pozostac tylko uczucie -
                > wtedy pozostaje przyjaz, przyzwyczajenie, sympatia, docenia sie stabilizacje
                > zyciowa, dobre cechy charakteru partnera - ale - jesli nie ma pozadania - nie
                > ma tez milosci takiej jaka byc powinna miedzy mezczyzna a kobieta.

                misssaigon musze cie zmartwic. to fizyczne pozadanie, ktore naklada nam na
                poczatku rozowe okolary, dzieki ktoremu jest 5x dziennie to tylko chemia, ktora
                utrwala sie w piewszych ulamkach sekundy po zobaczeniu przyszlego partnera.
                utrwala sie, zanim swiadomie zaczynamy ten fakt rejestrowac. niestety owa chemia
                nie utrzymuje sie na stalym poziomie. spada. juz po pol roku jest nie 5x
                dziennie tylko 3x w tygodniu. po max. 4-5 latach (u niektorych po roku) wygasa
                zupelnie. jezeli w miedzyczasie partnerzy nie wyksztalca innych metod
                "pozadania" to jest po sprawie. zostaje ev. "milosc braterska" ale nie ma
                fizycznego pozadania. tak to niestety mamy w genach. to tez jest powodem, dla
                ktorego tak wiele zwiazkow sie rozkleja. nie potrafia poradzic sobie z owa
                "zastepcza chemia".
                to nie przypadek, ze tak jest. to celowe dzialanie biologii. pierwsze 4-5 lat
                ciezarna kobieta-mloda matka potrzebuje szczegolnej opieki, pozniej juz nie
                (prosze nie transferowac na dziszejsze stosunki - to zalecialosci 30-40 tys. lat
                naszego rozwoju). mezczyzna moze isc dalej, zapladniac nastepne i siac swoje
                geny dalej.
                a cala reszta owej milosci, to tylko umiejetnosci kobiet w nawiazywaniu i
                utzymywaniu kontaktow socjalnych/emocji/uzaleznien miedzy osobnikami homo
                sapiens. w zaleznosci od tego jak dobrze to potrafi robic, tak dobrze bedzie
                funkcjonowac zwiazek. mezczyzni nie sa zainteresowani wychowywaniem dzieci. oni
                tylko chca posiac jak najwiecej. ev. pozniej, kiedy SYN dorasta do mezczyzny
                staraja sie przekazac swoje umiejetnosci.

                wspolczesna industrializacja/kultura zamazuje te relacje ale tak naprawde
                steruja nas nadal nasze geny. ostatnie 300 lat gwaltownego rozwoju nie
                przeskoczylo tysiecy lat ewolucji.

                • misssaigon Re: powód podstawowy - brak miłości 13.09.06, 17:05
                  martik - zdecydowanie przeceniasz znaczenie biologicznych determinantow - -
                  czlowiek przez ostatnie drobne pare tysiecy lat to przede wszystkim istota
                  tworzaca wiezi spoleczne...a nastepnie systemy, kodeksy wartosci, zasady
                  wspolzycia spolecznego ....jestemy juz bardzo "ucywilizowanymi" istotami pomimo
                  pewnych atawizmow, ktore pojawiaja sie w okreslonych okolicznosciach....
                  ale ad rem -
                  nie w kazdym zwiazku na poczatku musi byc tylko chemia, feromony latajace jak
                  szalone, ogolny amok i szal cial - bywa tez ze ludzie najpierw poznaja sie,
                  zaprzyjazniaja a potem przychodzi milosc - wlasnie bez tej fazy "intensywnej chemii"

                  tak jak i pozadanie - milosc rowniez przemija - kwestia w tym aby to sobie
                  uswiadomic i...podjac odpowiednia decyzje poczuwajac sie do odpowiedzialnosci za
                  swoj zyciowy wybor...
                  np..
                  "moj maz nie jest dla mnie juz atrakcyjnym i pozadanym partnerem - ale -
                  poniewaz wybralam go sobie na meza - mam w stosunku do niego zobowiazania, ktore
                  powinnam realizowac, poniewaz jest on w stosunku do mnie fair i nie powinnam
                  swiadomie wyrzadzac mu krzywdy ani niezasluzonej przykrosci"

                  czasami sie zdarza, ze na skutek roznych przezyc, drastycznego obnizenia sie
                  poziomu higieny czy estetyki trudno zmusic sie do seksu - wtedy nalezy wlasnie o
                  tych powodach poinformowac...i namawiac na zmiane...
                  jesli decydujemy sie pozostac w zwiazku i czerpiemy z niego dla siebie korzysci
                  - nie badzmy wredni i nie odmawiajmy dania od siebie tego czego partner pragnie
                  czyli np seksu...jezeli nie jestemy w stanie tego uczynic - zrezygnujmy z tego
                  zwiazku - badzmy uczciwi w stosunku do siebie i partnera - tak aby dac sobie
                  jeszcze szanse na reszty zycia w sposob bardziej satysfakcjonujacy.
                  • martik1 Re: powód podstawowy - brak miłości 13.09.06, 17:14
                    powtarzam jeszcze raz to samo co wczesniej.

                    > czlowiek przez ostatnie drobne pare tysiecy lat to przede wszystkim istota
                    > tworzaca wiezi spoleczne...a nastepnie systemy, kodeksy wartosci, zasady
                    > wspolzycia spolecznego ....jestemy juz bardzo "ucywilizowanymi" istotami pomimo
                    > pewnych atawizmow, ktore pojawiaja sie w okreslonych okolicznosciach....

                    czy ty uwazasz, ze przed tysiacami tat nie istnialy wiezi spoleczne/grupowe, ze
                    czlowiek nie tworzyl kodeksow itp. blad.
                    nie rozumiem dlaczego wszyscy zgadzaja sie, ze ich wyglad to sprawka genow ale
                    bronia sie rekami i nogami przed swiadomoscia, ze sposoby zachowan wynikaje tez
                    ze sterowania chemicznego przez nasz organizm.
                    moja droga najpierw nasz organizm stwierdza obnizony poziom cukru we krwi,
                    analizuje sklad chemiczny, wysyla do mozgu odpowiednia informacje i dopiero
                    wowczas mozg uswiadamia nam, ze jestesmy glodni i mamy cos zjesc a nie odwrotnie
                    (abstrachuje od obzartuchow :)) )
                    • dixia Od razu miłość, geny, chemia itp... 13.09.06, 17:57
                      A nikomu nie przychodzi do głowy, ze ktoś może się po prostu znudzić? I wtedy
                      właśnie pojawiają się rysy. Wtedy dopiero widzimy, że to co kiedyś było super -
                      teraz jest największą wadą i w efekcie odrzuca nas od naszego partnera/ki...
                      • martik1 Re: Od razu miłość, geny, chemia itp... 14.09.06, 10:08
                        alez oczywiscie masz racje. tylko!! tylko owa nuda jest czyms wywolana.
                        przewaznie jest to podswiadoma informacja organizmu, ze partner juz nie jest
                        interesujacy ze wzgledow reprodukcyjnych. nalezy szukac innego, ktory zapewni ci
                        dalsze posiewanie twoich genow.
                        • rene43 Re: Od razu miłość, geny, chemia itp... 15.09.06, 11:46
                          Chyba masz problemy ze swoja seksualnoscia, albo brakiem posiadania dzieci,albo
                          moze masz ich za malo? Jestes prymitywny w swoich wywodach.
                          • dixia Re: Od razu miłość, geny, chemia itp... 15.09.06, 12:13
                            Tak mam problemy ze swoją seksualnością i z przynależnością płciową... Mam
                            problemy ze skłonnościami homoseksualnymi... Nie posiadam moich wszystkich 5
                            dzieci bo zabrała mi je była zona gdy przydybała mnie z kolegą... A że jestem
                            prymitywny? Fakt! Zgadzam się w pełni!!! Zwłaszcza w odniesieniu do twojej
                            wypowiedzi, która jest jakże rzeczowa i wyczerpująca w swojej treści!!!
                            • yoric Re: Od razu miłość, geny, chemia itp... 16.09.06, 02:19
                              Dixia wyluzuj, to prawdopodobnie był komentarz do Martika... Ciebie
                              skrytykowałem ja, na dole :).
                              Pozdrawiam
                              • dixia Re: Od razu miłość, geny, chemia itp... 16.09.06, 07:00
                                Się bałagan zrobił... Ja juz nie wiem kto do kogo się przyp... :o))) I nie wiem
                                kto ma rację. Cały ten mój post - to próba zmuszenia czytającego do skierowania
                                wzroku na siebie i zastanowienia się czy czasem nie jest sporo winy w tym jak
                                traktujemy partnera. Złaszcza gdy potem "znikąd" rodzą się problemy...
                    • misssaigon Re: powód podstawowy - brak miłości 13.09.06, 18:49
                      nie wiem, skad wzialas przekonanie ze zalozenia, na ktorych opieram swoja
                      wypowiedz sa bledne?
                      ja rozumiem, ze wg ciebie nasza natura musi doprowadzic kazdy zwiazek do momentu
                      przesilenia - kiedy calkowicie znika obopolne zainteresowanie seksem...bo..tak
                      geny nam kaza? geny tez sie ucza.. poza tym czasami zanika pozadanie tylko u
                      jednej osoby a druga sie meczy ..i czy ta, ktora dalej pozada i sie meczy to
                      jakis wybryk natury?
                      ale mi chodzi o cos innego...obdarzeni zostalismy wolna wola i mozliwoscia
                      wyboru - mozemy sie zenic, mozemy sie nie zenic,
                      ja uwazam jednak, ze malzenstwo nie zawiera sie li tylko w celu urodzenia i
                      wychowania dzieci ale po to zeby swiadczyc sobie nawzajem, dawac i brac milosc,
                      wsparcie itd itp...
                      jesli nie jestem w stanie wypelniac swojej czesci swiadczen wobec malzonka to
                      powiem mu dlaczego i podejmiemy decyzje, jesli zas nie chce powiedziec...to
                      powinnam robic to co obiecalam i to czego sie ode mnie oczekuje...

                      Ja tez nie zawsze mam szalona ochote na seks, czasami mam troche mniejsza, ale
                      nie uwazam, ze zmeczenie, zly dzien, zly humor, zwykle niechcenie nie sa
                      wystarczajacym powodem, zeby odmawiac partnerowi seksu - dlaczego tak uwazam ?
                      m.in dlatego, ze pamietam wiem jakie sa moje odczucia kiedy partner odmawia tak
                      sobie - bez powodu...
                      • martik1 Re: powód podstawowy - brak miłości 14.09.06, 10:24
                        misssigon
                        chyba troche mowimy obok siebie. ja o przyczynach zjawisk, ty o metodach realizacji.
                        masz racje, musimy byc uczciwi wobec partnera. niezachowanie tego podstawowego
                        prawa musi doprowadzic do powaznych konfliktow. masz racje, ze chcesz mowic i
                        oczekujesz od partnera tego samego. ale to tylko jedna z metod, ktorymi
                        poslugujemy sie aby osiagnac wlasny cel reprodukcji. nie zamiezam tutaj nic
                        komentowac bo po prostu masz racje.

                        mnie chodzilo o cos innego we wczesniejszych wypowiedziach. o to, ze tak
                        naprawde to nie my sterujemy u podstawy, tylko my jestesmy sterowani od
                        wewnatrz. cala reszta to juz swiadome opakowanie, ktore w zaleznosci od kultury
                        osobistej, wychowania, otoczenia itp mozemy ksztaltowac wg wlasnego "widzi mi sie".
                        • groszek_73 Re: powód podstawowy - brak miłości 14.09.06, 15:35
                          martik1 napisał:
                          to strasznie smutne co piszesz...naprawdę szczerze jest mi przykro. bo jeśli tak
                          postrzegasz miłość, to nie poznałaś jej naprawdę
                        • kici10 Re: powód podstawowy - brak miłości 14.09.06, 17:39
                          Wytłumacz mi zatem skąd się bierze głód miłości "na zawsze", do "tej
                          jedynej/jedynego", "takiej na wieki" do której tęsknimy i o której marzymy? I
                          to osobnicy płci obojga. Wytłumacz mi dlaczego po znudzeniu partnerem/ką, jeśli
                          nie jest dla nas już atrakcyjny reprodukcyjnie, jeśli tenże partner znajduje
                          sobie kogoś innego zamiast nas, to nagle staje się atrakcyjny? Nagle go chcemy,
                          nie pozwalamy odejść. Przecież według tego co piszesz, to nielogiczne.
                • groszek_73 Re: powód podstawowy - brak miłości 13.09.06, 19:53
                  martik1 napisał:
                  chciałbyś, żeby ktoś twoje uczucia sprowadzał do chemii i odpowiednich enzymów ?
                  współczuję. bo oczywiście to istnieje, ale jest też wiele innych rzeczy, które
                  składają się na miłość.
                  • martik1 Re: powód podstawowy - brak miłości 14.09.06, 10:05

                    te "wiele innych rzeczy, które składają się na miłość" to metody, ktorymi milosc
                    jest realizowana i uzewnetrzniania a nie przyczyny, ktore milosc wywoluja.

                    a w ogole milosc jest efektem ubocznym organizmu, efektem ktory ma zapewnic
                    organizmowi jego dazenia do reprodukcji. uprzyjemnic i zmotywowac swiadome
                    dzialania czlowieka.
                    • misssaigon Re: powód podstawowy - brak miłości 14.09.06, 10:20
                      martik - ciekawam jaki jest wlasciwy powo ze tak ochoczo przyswajasz argumenty o
                      li tylko biologicznym uwarunkowaniu stanu mozgu zwanym miloscia - co chcesz
                      udowodnic? ze nie warto sie starac? bo kieruje nami wylacznie natura?
                      nie akceptuje i nie rozumiem twojego fatalizmu...
                      • martik1 Re: powód podstawowy - brak miłości 14.09.06, 10:40
                        fatalizmu?? :o

                        alez oczywiscie nalezy sie starac, walczyc. to zadowala nas, wyzwala endorfiny
                        serotonine, wchodzimy na chemiczny haj. o przepraszam, ja znowu o tam samym.

                        misssigon, stan troche z boku i popatrz na otoczenie. te same zewnetrzne
                        mechanizmy widzisz wsrod ludzi i zwierzat. postepujemy tak samo. naturalnie,
                        czlowiek posluguje sie o wiele bardziej bogatym arsenalem srodkow ale poczatek i
                        koniec sa te same.
                        • wolny24 Re: powód podstawowy - brak miłości 14.09.06, 11:01
                          Widze, ze jestes swiezo po przeczytaniu "Wojny plemnikow", ksiazki ,ktora nalezy
                          uznac ja w zasadzie za podrecznik wychowania seksualnego-wyjasnia nam nasze zacho-
                          wania plciowe.A ty wyciagasz dla siebie wygodne wnioski.Wiesz,nawet czlowiek
                          uposledzony psychicznie zdolny jest do prokreacji.Rowniez w nim jest zakodowany
                          instynkt zachowania gatunku.Nie jest mu do tego potrzebna swiadomosc.Czy ty nie
                          masz przypadkiem problemow z uczuciowoscia?Czy przypadkiem nie cierpisz na
                          dezintergracje seksualna?
                          • martik1 Re: powód podstawowy - brak miłości 14.09.06, 11:25
                            swiezo nie. jakies dwa lata temu. ale nie tylko robin baker ale rowniez troche
                            innych prac z zakresu socjobiologii. rowniez publikacje wydzialu seksuologii
                            uniwersytetu humbolda w berlinie o historii i zachowaniach seksualnych czlowieka
                            byly na tapecie plus wiele innych publikacji.

                            alez oczywiscie mam problemy z uczuciowoscia i z dezintegracja seksualna. te
                            problemy to stale pytanie dlaczego postepujemy tak a nie inaczej.
                            dlaczego w imie tzw moralnosci (wymysl czlowieka) lub praw religijnych (tez
                            wymysl czlowieka), ktore zmieniaja sie tempie blyskawicy i sluza wylacznie do
                            sterowania jednej grupy spolecznej przez druga mam rezygnowac ze swojej
                            satysfakcji i komfortu zyciowego na korzysc innych, ktorzy takich problemow nie
                            maja (wylaczam tu z rozwazan stalego partnera - emocje nie kieruja sie logika).
                            • misssaigon Re: powód podstawowy - brak miłości 14.09.06, 11:39
                              martik, ja doskonale rozumiem, ze ta dyskusja nie ma nacelu przekonania innych
                              do swoich racji a tylko zaprezentowanie swoich pogladow...
                              pojecia fatalizmu uzylam w znaczeniu - "fatum, los, natura" w kazdym razie jakas
                              sila sprawcza, ktora kieruje swiatem, ludzmi i ich uczynnkami a wobec ktorej
                              jestesmy bezwolni...
                              ty za taka sile uznajesz biologie a ja nie do konca ...uwazam, ze inne czynniki
                              maja rownorzedne znaczenie...
                              dyskusja zdryfowala na zupelnie inne obszary niz te, o ktorych pisal dixia w
                              poscie wiodacym...

                              odniose sie do niego jednak;P - uwazam, ze chcoiazbysmy staneli na glwoie,
                              wymyli, wypachnili, ubrali w ponetne dezabile, odtanczyli taniec godowy - to nic
                              z tego jesli partner jest uprzedzony do seksu z nami - z przyczyn juz nie wazne
                              jakich...
                              jezeli odczuwam pozadanie i chec na bara-bara to nie przeszkadza mi stroj
                              sportowy a nie seksownym, poranny brak toalety i ogolne lekkie rozmemlanie
                              ...ale jesli juz zdyskwalifikowalam partnera na starcie - to koniec...
                              • martik1 Re: powód podstawowy - brak miłości 14.09.06, 11:50
                                :)))))))))))))))

                                dlaczego odczuwasz pozadanie, dlaczego zdyskwalifikowalas juz na poczatku??

                                • misssaigon Re: powód podstawowy - brak miłości 14.09.06, 13:19
                                  dla informacji - ja nie pisze o swoim malzenstwie :D

                                  odczuwam pozadanie w stosunku do mezczyzny, ktorego kocham - milosc warunek sine
                                  qua non...moge zdyskwalifikowac jesli podpadnie mi w innej sferze zyciowej -
                                  bedzie nieodpowiedzialny, nielojalny, niewierny czyli generalnie "niegodny"
                                  mojej milosci, podpasc moze rowniez poprzez rutynowe podejscie do seksu typu
                                  "rachu ciachu i po strachu"....dyskwalifikacja ma swoje podloze w oslabieniu
                                  uczucia lub zwatpieniu w nie...
                            • wolny24 Re: powód podstawowy - brak miłości 14.09.06, 12:54
                              Ty przejawiasz nieporadnosc w sprawach uczuciowych. Wychodzi z ciebie strach
                              i chlod uczuciowy. Uwazaj, jezeli chlod uczuciowy jeszcze sie zwiekszy twoje
                              zachowania - wliczajac w to twoj sposob rozumowania, moze przybrac formy
                              ekstrymalne, chorobowe. Podejrzewam, ze swoj prawdziwy problem gleboko ukrywasz,
                              nawet przed soba.
                              • yoric Re: powód podstawowy - brak miłości 16.09.06, 02:24
                                Wolny,
                                w Twoich dwóch wpisach zawarty jest jeden - porażająco fałszywy - argument
                                merytoryczny. Oprócz tego są to ataki personalne. Tak się nie prowadzi dyskusji.
                                Pozdrawiam
                • dismutase_and_catalase Re: powód podstawowy - brak miłości 15.09.06, 12:38
                  Troszkę mi to pachnie twardym determinizmem w stylu d'Holbacha. Biologia, czy
                  mechanika kwantowa to nie wszystko, jest jeszcze warstwa kulturowa, w której są
                  elementy czysto biologiczne, ale nie tylko. Jeżeli ktoś z pobudek religijnych
                  wykazuje wstrzemięźliwość seksualną, pości, czy wysadza się w powietrze, to
                  raczej ciężko mi tutaj doszukać się bezpośrednich odniesień do genów. Same geny
                  są niczym, cały organizm biologiczny i psyche współdziałają ze sobą. Oczywiście
                  jest też sporo racji w tym co piszesz, ale takiego determinizmu twardego nie da
                  się na dłuższą metę utrzymać.
                  • kici10 Re: powód podstawowy - brak miłości 15.09.06, 15:40
                    Chciałabym jeszcze przypomnieć, że ostatnio tak modne romanse internetowe i
                    cyberseks z chemią raczej nie mają nic wspólnego. A może raczej odwrotnie,
                    chemia wytwarza się na podstawie fantazji, wyobrażeń i impulsów z mózgu?
                    Zasłanianie się tylko chemią i biologią jest wg. mnie trywializowaniem problemu
                    i naginaniem go do własnych potrzeb.
              • palmir11 Re: powód podstawowy - brak miłości 15.09.06, 23:59
                dokładnie.Mogę tylko dodać,że kto nie całuje ten kłamie....w duzym uproszczeniu
    • milypolak Re: Dlaczego tracimy ochotę.... 13.09.06, 21:21
      Muszę coś dorzucić! W moim przypadku moja miła ma problemy zdrowotne , związane ogólnie z vaginąileczy to świństwo od miesięcy.Jako kochający małżonek cierpliwie czekam!!
      • brass_monkey Re: Dlaczego tracimy ochotę.... 13.09.06, 22:17
        > ogólnie z vaginą i leczy to świństwo od miesięcy

        Fakt ze vagina to nic pieknego ale zeby razu powiedziec ze to swinstwo to sie
        nie zgadzam.
    • dismutase_and_catalase Re: Dlaczego tracimy ochotę.... 14.09.06, 12:52
      Moim zdaniem za bardzo gloryfikujemy początek znajomości i ten czas szaleństwa,
      gdzie seks był niby taki wspaniały - owszem był, ale on się mógł nie zmienić, a
      jednak odczuwamy, że jest coś nie tak. Po prostu przychodzi rutyna,
      przyzwyczajenie, nuda... Chcemy inaczej, ale partner/partnerka jest zablokowana,
      z powodu wygody, niechęci, braku wyobraźni. Nie ma ochoty na zmiany, bo do tego
      trzeba trochę wysiłku i zmiany sposobu patrzenia na siebie i partnera/partnerkę.
      Polecam film Lovers Guide To Sexual Positions, który pokazuje coś więcej niż
      same pozycje seksualne, jest zrobiony po prostu ze smakiem i zawiera bardzo
      cenny komentarz. Przypomina trochę produkcje Discovery, ale nie jest jakimś
      ugrzecznionym filmikiem, pokazuje, że z seksem ma się wiązać przyjemność obu
      partnerów i że ma to być kochanie się, a nie jakaś bezmyślna kopulacja. Na priva
      mogę podać szczegóły, jak ściągnąć ten film z Sieci.

      Pozdrawiam
      • misssaigon Re: Dlaczego tracimy ochotę.... 14.09.06, 13:24
        dismutasie - jak milo mi sie zgodzic z twoja opinia, dodam jeszcze ze czesc osob
        traktuje seks tak jak narkotyk czy inna uzywke ktora ma im tylko przyjemnosc w
        zyciu ...i uzywaja, uzywaja ... odczuwajac niedlugo potem potzrebe ciaglego
        zwiekszania intensywnosci wrazen zeby utrzymac przyjemnosc na podobnym
        poziomie...dalszy scenariusz znamy juz w wiekszosci z wlasnego doswiadczenia...
        • dixia Re: Dlaczego tracimy ochotę.... 14.09.06, 14:18
          Oj nawet nie zwiększania intensywności doznań!!! Raczej uważam, że po pewnym
          czasie następuje przyzwyczajenie do zachowań, do metod czy toku działań. Wpadamy
          w rutynę. Dlatego tak często ludzie decydują się na zdradę - jako powiew
          świeżości i nowości. Trudniej jest przekopać własny ogródek. Łatwiej pójść na
          inny - sąsiedni ;o)))
    • maja5952 Re: Dlaczego tracimy ochotę.... 15.09.06, 09:34
      Tracimy ochotę bo oczekujemy, że całe nasze życie będzie wyglądało tak jak
      pierwsze tygodnie razem: beztroskie dni, gorące noce.. Potem wielu z nas nie
      radzi sobie z rzeczywistościa i zaczyna się wzajemne bezsensowne obwinianie się.
      Poza tym dążymy do doskonałości: pomimo iż wydaje nam się, że mamy udane życie
      seksualne to nagle czytamy gdzieś lub oglądamy w tv, że seks może być jeszcze
      lepszy. Wmawiamy sobie, że skoro jesteśmy już tyle lat małżeństwem to
      znudziliśmy się sobą i że inni na pewno mają lepiej. Rzadko cieszymy się z tego
      co mamy,a często mamy bardzo dużo. Doszukujemy się winy tylko u partnera, a nie
      dostrzegamy własnych błędów. Pojawia się frustracja, bezradność. Zaczynamy
      rozmawiać o swoich problemach dopiero wtedy gdy zauważamy, że dla naszej drugiej
      połówki stalismy się obcą osobą. A ochota na seks? Skąd ją brać jeśli wszystko
      co nas otacza staje sie problemem, a nasz partner jest dla nas przegrany już na
      starcie.
      Dla utrzymania dobrego związku potrzebna jest nie tylko miłość i pożądanie ale
      (co się z nimi wiąże) dojrzałość emocjonalna, pogoda ducha i racjonalizm.
      Pozdrawiam
    • yoric Re: Dlaczego tracimy ochotę.... 16.09.06, 01:57
      Proszę Cię.

      Po latach czytania i współtworzenia tego Forum TAKA diagnoza????

      Proszę Cię, naprawdę. To już mogłeś napisać, że najlepsze lekarstwo to szczera
      rozmowa, seksowna bielizna i kolacja przy świecach.

      Pozdrawiam
    • yoric PS: Do Martika1 16.09.06, 02:11
      Myślę, że możesz sobie darować :).

      Te argumenty nie mają szans się przebić z przyczyny zasadniczej, a mianowicie
      takiej, że ***ludzie ich nie lubią***.
      Nieważne, czy masz rację, czy nie (a oczywiście masz), ważne, że taka wizja
      ludziom się nie podoba.
      W końcu każdy wie, że kocha, bo ta druga osobą jest tą jedyną na świecie. A nie
      dlatego, że wydziela się oksytocyna.
      Pozdrawiam
      • misssaigon Re: PS: Do Martika1 16.09.06, 07:25
        yoric i martik - gdyby tak przyjac wasze pogladay na milosc i seks - z calym,
        jak dla mnie niezwykle upraszczajacym radykalizmem, ale coz... to nalezaloby
        przede wszystkim zamknac to forum - a wszystkich wyslac na powtorke z biologii
        do podstawowki.Naprawde uwazacie, ze uznanie waszych pogladow rozwiaze zyjes
        problemy? chyba na zasadzie przyspieszenia decyzji o zlozeniu pozwu
        rozwodowego...ewentualnie calkowitej rezygnacji z walki i staran i pogodzenia
        sie z losem...
        strasznie to smutne i odbierajace nadzieje...to po pierwsze a po drugie
        ...uwsteczniajace..
        • yoric Re: PS: Do Martika1 16.09.06, 12:39
          A gdzieżtam.

          Żaden to radykalizm, ani upraszczanie.
          Tak naprawdę Martik1 przywołał pewne ogólnie znane zjawisko, tj. że po kilku
          latach związku pożądanie zwykle znacznie słabnie - i napisał, jakie są tego
          ewolucyjne uwarunkowania. Wywołało to oburzenie, choć ja nie bardzo widzę
          podstaw. Właściwie z czym tu się nie zgadzać? Że nasze zachowania mają
          biologiczne podłoże? Że nasi przodkowie ewoluowali? To są fakty, można ich nie
          lubić, ale trudno im zaprzeczyć :).
          Pozdrawiam
          • kici10 Re: PS: Do Martika1 16.09.06, 14:12
            Rozmowa potencjalnych kochanków: wiesz, moim estrogenom spodobał sie twój
            testosteron, w związku z czym uwolniła mi się oksytocyna, to może chwilowo
            zamieszkamy ze sobą, a wtedy uwolnią nam się endorfiny. Rozmowa jednej fabryki
            chemicznej z drugą.
            Zwykłe łajdactwo nie istnieje, to tylko chemia. A ludzie to takie torby na
            składniki chemiczne.
            • kici10 Kobitki, po co się staracie 16.09.06, 15:32
              Po co się staracie, po co dbacie o siebie, stroicie się, malujecie, skoro to
              wszystko sprawa genów i chemii, a tym oprawa jest obojętna. Rozumiem również,
              że szanownym panom samczykom jest obojętne, kogo bzykają, jaki jest wygląd,
              poziom intelektualny, byle geny sobie odpowiadały i chemia iskrzyła. Porzućmy
              więc wszystkie zabiegi pielęgnacyjne na rzecz zapewnienia sobie godziwej
              przyszłości, gdy nasze geny partnerom obrzydną.
              • yoric Re: Kobitki, po co się staracie 16.09.06, 19:03
                > Rozumiem również, że szanownym panom samczykom jest obojętne, kogo bzykają,
                jaki jest wygląd, poziom intelektualny, byle geny sobie odpowiadały i chemia
                iskrzyła.

                Słowo 'rozumiem' jest tu zdecydowanie na wyrost.
                Może raczej trzymajmy się tego, co faktycznie zostało napisane, zamiast tworzyć
                nabardziej choćby pomysłowe interpretacje :). Wtedy będzie pole do dyskusji.
                Pozdrawiam
                • misssaigon Re: Kobitki, po co się staracie 16.09.06, 19:54
                  yoric, a gdzie zostawiasz pole do dyskusji? przeciez wszystko zostalo juz
                  zdefiniowane..."rządzi nami chuć... " i tyle...
                  • yoric Re: Kobitki, po co się staracie 16.09.06, 22:08
                    Eeee, no nie jest tak źle.

                    Zależy, czy chcemy odpowiedzi "co zrobić, żeby tak nie było", czy "dlaczego tak
                    jest?". Jesli "co zrobić", to oczywiście nikt nie powie zażyj Coldrex albo
                    wstrzyknij sobie jakiś neuroprzekaźnik, tylko bardziej się staraj itd.
                    Ale tytuł był "dlaczego", więc odpowiedzi Martika1 były na miejscu. O ile się
                    nie mylę, nikt nie mówił, że "chuć rządzi wszystkim", co najwyżej zostało to w
                    ten nieżyczliwy sposób zinterpretowane. Normalna interpretacja jest taka:

                    ty decydujesz co zrobisz, ale nie ty decydujesz, co ci się *chce* robić. Ty
                    decydujesz, z kim pójdziesz do łóżka, ale nie ty decydujesz, kto ci się *podoba*.

                    Odnośnie tego, kto się komu podoba i dlaczego, dużo do powiedzenia ma
                    psychologia ewolucyjna.

                    Dlaczego wyjaśnienia ewolucyjno-biologiczne z miejsca spotykają się z
                    nieżyczliwym przyjęciem, nawet bez próby zrozumienia - to osobny temat.
                    Pozdrawiam
                    • sagittka Re: Kobitki, po co się staracie 16.09.06, 22:20
                      > Dlaczego wyjaśnienia ewolucyjno-biologiczne z miejsca spotykają się z
                      > nieżyczliwym przyjęciem, nawet bez próby zrozumienia - to osobny temat.

                      Chcemy wierzyć, że jesteśmy kimś wiecej niż ssakami, że kierujemy się wyższą
                      racją niż biologia, chcemy wierzyć że nasze zycie i nasze wybory są czymś
                      wyjątkowym, a miłość jest darem od losu.
                      • martik1 Re: Kobitki, po co się staracie 18.09.06, 08:46
                        tak sagittka, masz w pelni racje "chcemy wierzyc", ze jestesmy lepsi niz w
                        rzeczywistosci, chcemy przezywac nasze bajki. przeciez to piekne i wyzwala tyle
                        serotoniny, ktora daje nam prawdziwy haj szczescia. wiec dalej szukamy szczescia
                        i milosci z brutalna pewnoscia siebie jedynego, niepowtarzalnego, i nie majacego
                        sobie rownych homo sapiens. przeciez jestesmy najinteligentniejsi. reszta to
                        swolocz i propaganda.

                • kici10 Re: Kobitki, po co się staracie 16.09.06, 22:26
                  Czy wiesz Yoric co to są wnioski? Ty coś piszesz, ja wyciągam wnioski. Własne,
                  osobiste, które niekoniecznie muszą Ci się podobać. Ale to wg. mnie wynika z
                  Twoich wypowiedzi. Czy to oznacza jednak, że wygląd ma jakiś wpływ na chemię?
                  Czy to oznacza, że uroda jest katalizatorem wywołującym reakcje chemiczne?
                  Jeśli tak, to oznacza, że reakcje chemiczne nie są bezwarunkowe, a uwarunkowane
                  osobistym, kulturowym pojmowaniem piękna. Czyżby to jednak było sterowane
                  mózgiem? Jeśli tak, to cała ta teoria bierze w łeb. To nie jest takie proste,
                  jakby Ci się chciało w to wierzyć.
                  Jak wytłumaczysz fenomen Rasputina, Casanovy? Wyjątkowością ich genów?
                  Wyjątkowością ich chemii? Tylko, czy może coś jeszcze, co nie daje się tak
                  łatwo zdefiniować.
                  Pole do dyskusji pojawia się wtedy, gdy istnieje choć minimalna różnica
                  poglądów. W przeciwnym wypadku to jest klaka.
                  Wątek był założony po to, byśmy mogli wymienić się swoimi błędami w sypialnie,
                  po to by innym oszczędzić tych samych błędów. Mogło to być bardzo pouczające.
                  Ale jak widać nikt się nie odwarzył o tym napisać. Jesteśmy aż tak bezkrytyczni
                  wobec siebie? Uważamy się za mistrzów? Tylko ta druga strona nawala? Nic się
                  nigdy nie zmieni, jak tak będziemy do tego podchodzić.
                  Z drugiej strony przytaczasz swoją teoryjkę na poparcie tezy, że i tak nieważne
                  co się zrobi, bo wszechmocne geny zadecydują inaczej. Można być ostatnim
                  patałachem, ważne by mieć odpowiednie geny. Zakładasz oczywiście, że Twoje geny
                  są w porządku. Innych, co nie mają takiego wzięcia, niekoniecznie.
                  Idąc dalej Twoim tokiem rozumowania, jeśli Ty podlegasz działaniu chemii, to
                  Twoja partnerka również.Musisz więc brać pod uwagę to, że może być z Ciebie
                  cholernie rogaty facet. Jeśli jeszce dodatkowo zaraziłeś swoją partnerkę
                  własnym widzeniem związków, to pozostawiłeś jej szeroko otwartą furtkę do
                  reakcji chemicznych z różnymi osobnikami.
                  Bardziej miarodajne byłoby stwierdzenie, że tylko niektórzy faceci pozamieniali
                  sie ch...m na głowy. Zostawiłbyś jakąś nadzieję na to, że warto się czasami
                  starać. Pozdrawiam serdecznie.
                  • dixia No wreszcoe ktoś zrozumiał moje intencje :o))) 17.09.06, 00:40
                    ... i dostrzegł główną myśl jaka mi przyświecała - czyli BŁEDY jakie popeniamy i
                    ich KONSEKWENCJE...
                    A reszta? Cóż - sprowadzenie dyskusji do kilku wzorów chemicznych... Biologiczne
                    wytłumaczenie dlaeczego komuś staje albo robi się mokro... To jakby mocno
                    dalekie echo...
                    • yoric Re: No wreszcoe ktoś zrozumiał moje intencje :o)) 17.09.06, 03:08
                      I rest my case.

                      Nie ma sensu dalej dyskutować. Wybaczcie, jestem bezsilny. Zostałem wychowany w
                      kulturze, w której jesli ktoś czegoś nie wie, to pyta. Pyta. A nie stwierdza, że
                      dyskutant nie ma racji, bo argument się nie podoba.
                      Pozdrawiam
                      • misssaigon Re: No wreszcoe ktoś zrozumiał moje intencje :o)) 17.09.06, 07:52
                        yoric obrazasz sie za to ze ktos ci powiedzial, ze twoje argumenty zasadniczo
                        odbiegaja od tzw "mysli przewodniej" watku
                        rownie dobrze mozna byc stwierdzic ze argumenty, ktore przedstawiasz sa dobre
                        bo sa twoje... tymczasem twoje argumenty wlasnie nie pozostawiaja pola do
                        dyskusji - trudno dyskutowac ze stwierdzeniem, ze kieruje nami bezwzgledny
                        imperatyw pzredluzenia gatunku i temu wlasnie celowi sa podporzadkowane
                        wszystkie nasze dzialania, te ktorych jestesmy swiadomi i te , nad ktorymi, jak
                        nam sie wydaje, panujemy -
                        wg innych dyskunatwo jest to tylko czesc prawdy i nawet nie pol - a to dlatego,
                        ze argument ten jest idealny aby wytlumaczyc pewne niewygodne dla nas zachowania
                        albo problemy, ktorych nie jestesmy w stanie w danym momencie rozwiazac - wtedy
                        wlasnie najlatwiej przywolac takie argumenty

                        jak dla mnie - instrumentalizm i wybiorczosc
                      • niezapominajka333 Re: No wreszcoe ktoś zrozumiał moje intencje :o)) 17.09.06, 09:07
                        Yoric - sprawa jest bardziej skomplikowana, niż jesteśmy ją w stanie tu
                        przedstawic.
                        Socjobiologia jest nauką stosunkowo młodą i jeszcze wiele jej założeń zostanie
                        zweryfikowanych, jak w każdej nauce.
                        Dixia zainicjował dyskusję na ciekawy temat, chociaż miał nieco inny cel.
                        Szkoda, ze mam teraz mało czasu, bo chciałabym nieco rozwinąc kilka tematów, a
                        nie mam daru wypowiadania się krótko i treściwie. Ale może we wtorek znajdę
                        chwilę na spokojne pisanie.
                        Na razie tylko chciałabym zwrócic uwagę na fakt, że nasze predyspozycje
                        genetyczne muszą zdawac egzamin w zmieniających się warunkach, a teraz
                        zmieniają się one szybciej niż kiedykolwiek.
                        O tym, czy jakieś geny przetrwają decyduje nie tylko to, że są w stanie się
                        powielic. To tylko początek. Jeśli chodzi o człowieka, to kobieta posiada już
                        komplet komórek jajowych z kopiami genów, a facet takie kopie tworzy na
                        bieżąco. Ale żeby te zestawy genów mogły przetrwac i w dodatku się powielic,
                        muszą miec odpowiednie warunki do rozwoju. A to są warunki środowiska, bardzo
                        szeroko pojęte, w tym normy społeczne, jakie sami tworzymy.
                        To tak w wielkim uproszczeniu, bo to temat na szerszą dyskusję.
                        Mamy pewien model rodziny, który zdał egzamin. Skąd wiadomo? To my wszyscy
                        jesteśmy tego dowodem. Jest on niedoskonały, tak jak każdy inny, ale na tyle
                        skuteczny, żeby przekazywac dziedzictwo genetyczne dalej. Umożliwia przetrwanie
                        i rozwój, ale za cenę pewnych ograniczeń. Te ograniczenia są sankcjonowane
                        przez Kościół, który narzuca pewien model życia tak jak każda inna religia.
                        Czy inne modele są złe? Nie. Mają swoje wady i zalety, ale mają jedną cechę
                        wspólną. Umożliwiły przetrwanie i rozwój.
                        Dlatego jeśli ktoś zadaje sobie pytanie, dlaczego zostają mi narzucone takie, a
                        nie inne normy, które mnie ograniczają, to niech przyjmie do wiadomości, że te
                        normy okazały się potrzebne i skuteczne, czego dowodem jest on sam.
                        To życie weryfikuje, czy geny w danej społeczności się powielą, czy nie.
                        Przetrwają te, którym zostana zapewnione odpowiednie warunki rozwoju.
                        Z punktu widzenia genów, najlepszym sposobem na ich powielanie byłoby
                        posiadanie potomstwa z jak najbliżej spokrewnionymi osobnikami. Ale jak się
                        okazało jest to ślepa ścieżka w ewolucji. I praktycznie we wszystkich
                        społecznościach zostało to zakazane, a religie określają to jako jako grzech.
                        Geny mają do wyboru dwie strategie, że tak to ujmę. Albo iśc na ilośc, albo na
                        jakośc.
                        Można miec dużo potomstwa, ale geny, które przekazujemy stanowią coraz
                        mniejszy procent materiału do kolejnego powielenia i w zwiazku z tym mają coraz
                        mniejszą szansę na przekazanie dalej, ale ich ilośc zwiększa to
                        prawdopodobieństwo.
                        Ale można też pójśc na jakośc, czyli rozmnażac się w obrębie jakiejś zamkniętej
                        grupy. Wtedy koncentracja genów będzie duża i mają większą szansę na to, że w
                        kolejnych powieleniach przejda dalej. Wszyscy wiemy o problemach zdrowotnych
                        potomków arystokracji, ale wiadomo, ze z tą czystością genetyczną było różnie.
                        Niedawno czytałam o jakimś plemieniu (chyba na bliskim wschodzie), w którym był
                        zakaz zakładania rodziny z osobami spoza plemienia. I był on ściśle
                        przestrzegany, co doprowadziło po kilkuset latach do ciężkich chorób
                        genetycznych u dzieci. Geny się powieliły, ale nie tędy droga. Jeśli ten zakaz
                        nie zostanie cofnięty, ich materiał genetyczny nie przetrwa.
                        Na forum Dixii, przepraszam - na Waleniach , Kawi założył bardzo interesujący
                        wątek pt. "Dokąd idziemy, czyli zmiany w obyczajach"
                        forum.gazeta.pl/forum/72,2.html?f=41426&w=45934792 Nie umiem wklejac
                        linków :(
                        Ruch tam nie jest wielki, a temat wart przemyślenia. Dokąd zaprowadzą nas
                        zmiany w obyczajach? To one min. tworzą warunki dla rozprzestrzeniania się
                        genów. Podstawowym motorem do rozsiewania genów nie jest chęc posiadania
                        niezliczonego potomstwa, tylko potrzeba rozładowania napięcia seksualnego. Jest
                        coraz wiecej metod zapobiegania ciąży i są one coraz skuteczniejsze.
                        Jak na zmiany w obyczajach wpłynie możliwośc 100 procentowego ustalenia
                        ojcostwa?
                        No tak, już muszę kończyc. Mam nadzieję, na ciekawą wymianę zdań w
                        odpowiedniejszym czasie. Pozdrawiam.


                        • yoric Re: No wreszcoe ktoś zrozumiał moje intencje :o)) 17.09.06, 11:36
                          Misss:

                          > obrazasz sie za to ze ktos ci powiedzial, ze twoje argumenty zasadniczo
                          odbiegaja od tzw "mysli przewodniej" watku

                          ale nikt mi tak nie powiedział...

                          > tymczasem twoje argumenty wlasnie nie pozostawiaja pola do dyskusji - trudno
                          dyskutowac ze stwierdzeniem, ze kieruje nami bezwzgledny imperatyw pzredluzenia
                          gatunku [itd.]

                          nigdzie tak nie napisałem...

                          > argument ten jest idealny aby wytlumaczyc pewne niewygodne dla nas zachowania

                          nigdzie nawet nie zasugerowałem takiego wykorzystania...

                          Mogę dyskutować o tym, co napisałem, ale nie o tym, co się komuś wydaje, że
                          miałem na myśli (zwłaszcza, jeśli interpretacja jest nieżyczliwa i tendencyjna).


                          Niezapominajko, wszystko to prawda :). Z Twoim wpisem zgadzam się całkowicie.

                          Pozdrawiam
                          • misssaigon yoric 17.09.06, 11:49
                            1. dixia odniosl sie dywagacji w temacie nie na temat
                            2. moze ty nie napisales ale poparles wywód martika
                            3. argumenty zwykle przedstawiane sa aby poprzec pewne zalozenia no chyba ze sa
                            to argumenty a contrario -= wiec nie pisz, ze niczeme nie sluza
                            ponadto kazdy czytajacy uprawniony jest do wlasnej interpretacji - za ktora ty
                            oczywiscie nie jestes odpowiedzialny ale za wybor argumentow i sposob ich
                            prezentacji juz tak
                            • yoric Re: yoric 17.09.06, 14:28
                              Whatever. Może ktoś ma ochotę polemizować nie z moimi argumentami, tylko z
                              własnym widzimisie; niechże więc dysukutuje sam ze sobą. Ja kończę dyskusję.

                              Tym bardziej, że faktycznie zrobiła się dygresja na 2/3 wątku. Postaram się
                              niedługo wpisać coś zgodnego z 'duchem' wątku (choć zaznaczam, że wpisy
                              'biologiczne' jak najbardziej odpowiadały tytułowi wątku).
                              Pozdrawiam
                              • dixia Re: yoric 18.09.06, 08:15
                                No odpowiadały, odpowiadały... Tylko jakoś nie szły w treści z tym co napisałem
                                pod tematem. No bo jeśli napiszę temat "czerwony kolor" po czym opiszę jego
                                wpływ na postrzeganie - a dyskusja będzie o lakierach samochodowych oraz o
                                podkładzie - czy też będzie to w temacie???
                                • yoric Re: yoric 21.09.06, 00:31
                                  Częściowo zgoda, ale... dyskusja była na temat, tylko na innym poziomie opisu
                                  ("jem chleb! chleb a nie jakieśtam węglowodany! chyba wiem, co jem!"). W wątku
                                  zdaje się być założenie, że sytuacja bazowa to udany seks przez cały czas
                                  związku - jeśli go nie ma, to znaczy, że któraś strona się nie stara. Tymczasem
                                  ktoś napisał: 'a niekoniecznie, sytuacja bazowa to taka, że po kilku latach jest
                                  gorzej, a wynika to z tego i tego'. I wielu forumowiczów się zagotowało.

                                  Mi osobiście w wątku przeszkadza trochę jego... jakby... naiwnośc. Możliwe, że
                                  opisane problemy są częste - w ogólnej populacji. Ale czy u forumowiczów? Takich
                                  'ze stażem' tutaj? Popatrz na wątek 'Antyrady'. Te tematy wałkuje się tu do
                                  znudzenia. Codziennie powstaje 5 nowych tematów zawierających to samo; nie
                                  wierzę, że wszyscy je ignorują w praktyce. A problemy jakoś nie znikają.
                                  Pozdrawiam
                                  • kici10 Re: yoric 21.09.06, 15:17
                                    Mi osobiście w wątku przeszkadza trochę jego... jakby... naiwnośc. Możliwe, że
                                    > opisane problemy są częste - w ogólnej populacji. Ale czy u forumowiczów?
                                    Takic
                                    > h
                                    > 'ze stażem' tutaj? Popatrz na wątek 'Antyrady'. Te tematy wałkuje się tu do
                                    > znudzenia. Codziennie powstaje 5 nowych tematów zawierających to samo; nie
                                    > wierzę, że wszyscy je ignorują w praktyce. A problemy jakoś nie znikają.

                                    Myślę, że problemy opisane przez dixię są o wiele częstsze niż Ci się
                                    wydaje. Również u forumowiczów. Każdy jednak usiłuje zachować
                                    dobre mniemanie o sobie i zwala winę na partnera. Kto Ci się tu przyzna, że
                                    miewa kłopoty z własną higieną? A wystarczy się przejechać autobusem w
                                    deszczowy dzień, aby to poczuć. Kto Ci się przyzna do odruchów drwala. Która
                                    kobitka się przyzna do manipulowania swoim ciałem, a która do nimfomanii.
                                    Wolimy siebie sprzedawać w ładnym opakowaniu. Skarżymy się tylko na swoich
                                    partnerów. Obecne tutaj panie i panowie stanowią średnią populacji, i wszyscy
                                    mamy swoje za uszami. Ale podzielenie się tym z innymi, byłoby przyznaniem się
                                    do własnej niedoskonałości, a czasami również wyjaśniałoby własne kłopoty
                                    partnerskie. A tego nikt nie zrobi, nigdy w życiu. Chyba, że okoliczności
                                    sprawią, że go prawda sama walnie w łeb. Stara prawda - chcesz coś zmienić -
                                    zacznij od siebie.
                                    Na marginesie - seks po 25 latach małżeństwa może być lepszy, niż kiedykolwiek
                                    był.
                                    • yoric Re: yoric 21.09.06, 16:23
                                      Tu nie o to chodzi, żeby się nie starać. Starać się trzeba i wszyscy o tym
                                      wiedzą, choć często zapominają (choć często im się na tym forum przypomina).

                                      Chodzi o to, że te rady implicite mówią, że to jest gwarancja sukcesu. Tu leży
                                      przyczyna, kropka. Tymczasem wcale tak nie jest. Czasem można się starać ile
                                      wlezie, i nic.

                                      Pozdrawiam
                                      • kici10 Re: yoric 21.09.06, 16:55
                                        Chodzi o to, że te rady implicite mówią, że to jest gwarancja sukcesu. Tu leży
                                        > przyczyna, kropka. Tymczasem wcale tak nie jest. Czasem można się starać ile
                                        > wlezie, i nic.

                                        Bo bardzo często staramy się według tego co nam się wydaje. Zupełnie nie
                                        zwracając uwagi na to o co chodzi drugiej osobie, co ją kręci. Jeśli np. cały
                                        czas siedzisz w garach i w ramach starania się ugotujesz kolejną smaczną zupę,
                                        to zgadnij, czy ktos to wogóle zauważy. Jeśli natomiast zamiast kolejnego gara
                                        okupionego 2 godzinami czasu, poinformujesz, że dzisiaj ma się obsłużyć sam, bo
                                        ty jesz na mieście. O to zupełnie coś innego, zaburzasz stereotyp i
                                        pokazujesz, że nie jesteś garkotłukiem, masz swoje życie i
                                        warto cię szanować. Jeśli przyzwyczaiłeś kogoś do obsypywania prezentami, to
                                        kolejny prezent nie robi wrażenia. Jeśli natomiast nigdy takich prezentów nie
                                        robisz, i po raz kolejny nie zrobisz, to ktoś to skwituje tylko tym "wiadomo,
                                        cham, albo sknera".
                                        Myślę, że cała istota polega na tym, żeby partner pozwolił się nam szanować,
                                        liczyć się z nim. Wszyscy próbujemy przysposobić partnera do naszej wizji
                                        świata, podporządkować go, bo wtedy wydaje się nam, że będziemy bezpieczni. Ale
                                        jak już go podporządkujemy, to wcale nie jesteśmy szczęśliwi. Przestajemy
                                        szanować. W głowce zaczynają się myszki pieprzyć i wydaje się, że możemy sobie
                                        na więcej pozwolić. Możemy zdradzać, możemy dręczyć brakiem seksu, możemy
                                        odtrącać. Ale to wszystko do czasu. Kiedyś czara się przelewa. I okazuje się,
                                        że sami na to sobie zapracowaliśmy. Albo własną uległością i nieumiejętnością
                                        postawienia granic, albo własną nieprzystępnością, nieczułością, arogancją itd.
                                        Jeśli chcesz się starać, to najpierw się dowiedz co kogoś kręci, o co mu
                                        chodzi, czego pragnie. I mimo, że tego czesto nie powie, to obserwuj. Jaki typ
                                        faceta/kobiety sie podoba.
                                        Każdy czegoś innego potrzebuje i dla każdego staranie się oznacza coś innego.
                                        Problem tylko w tym, żeby sobie to wszystko uczciwie powiedzieć, zamiast po raz
                                        kolejny sie okłamywać, po to,by nie robić nic.
                                        • yoric Re: yoric 21.09.06, 19:19
                                          Tak.
                                          Ale czasami, a nawet nie czasami tylko całkiem często, może być tak, że starania
                                          skazane są na niepowodzenie, bo:
                                          ona mu się już zwyczajnie *nie podoba*, albo on jej *już nie kręci*, albo on
                                          pracuje 16h/dobę i nie da rady, albo on/ona ma depresję, albo ona ma wysokie
                                          prolaktyny i stań na gowie i klaskaj nogami - a z seksu i tak nic nie będzie!

                                          I wiem, że trudno w to uwierzyć - ale tu nie pomoże NAWET KOLACJA PRZY ŚWIECACH!!!

                                          Pozdrawiam
                                          • kici10 Re: yoric 22.09.06, 09:25
                                            Bywa też tak, że wszystkie starania są z góry skazane na niepowodzenie. Myślę,
                                            że wynika to stąd, że został przekroczony pewien punkt graniczny (nasz własny),
                                            który na zawsze skreśla daną osobę. Dla mnie na przykład takim punktem
                                            granicznym są rękoczyny. Dla kogoś może to być coś innego.
                                            Reasumując, nie można jednoznacznie określić jakie starania odniosą skutek, i
                                            czy wogóle odniosą. Nie ma prostej recepty na związek. Co nie znaczy, że nie
                                            należy próbować. I warto zamiast się zwalczać (wojna płci), rozmawiać ze sobą
                                            poznając różnice w preferencjach damskich i męskich. Może warto zaakceptować
                                            odmienności, bo przecież to nas kręci. I nie próbować zrobić z kobiet facetów i
                                            na odwrót?
    • krambambulia A u mnie było tak: 21.09.06, 15:12
      Po roku mieszkania razem facet coraz później wraca do domu.
      Dzwoni i umawia się raz an jakis czas na domową kolację przy swiecach, powiedzmy
      na 21.
      Kobieta wbija się w małą czarną, zapala świece (oczywiście mieszkania
      wypucowane, pierogi zrobione, sushi, spaghetti, ciasto czy co tam facet lubi)
      i... czeka. O pólnocy facet wraca i dziwi się, ze ona lekko poirytowana sprząta
      zastawę ze stołu (telefon faceta oczywiście był nieosiągalny).
      Facet wchodzi do kuchni i zaczyan krzyczeć, że "mu opada" jak widzi, że śmieci
      niewyrzucone (opakowanie po mące przecież gdzieś musi wylądować). Seksu nie
      będzie - mówi wprost i idzie spać.
      Kobieta płacze pół nocy w poduszkę, on udaje że nie słyszy.
      Rano facet zaczyna się do kobiety dobierać, a ona... nie chce. Mówi, że jest jej
      przykro, że sie starała, a on nawet nie podziękował, nie przytulił, nie docenił.
      On na to, że nie wie o co jej chodzi, i że skoro ona go odtrąca, to jemu już się
      nie chce.

      Przyjmijmy, że w ciągu dnia kobieta postanawia zapomnieć o feralnym wieczorze i
      gdy facet dzwoni umawiając się na konkretną godzinę na romantyczna kolację
      oczywiście się cieszy.

      I sytuacja się powtarza.
      Do znudzenia.

      Kobieta jest generalnie zadbana, bardzo lubi seks i nowe pomysły, staje na
      rzęsach zeby dbac o jego mieszkanie, porzadkuje mu papiery i pomaga w pracy, w
      koncu pracują razem.

      Facet od kobiety starszy o kilkanaście lat, z pozycją, pomaga jej gdy ona ma
      kłopoty.

      Ale przestaje wychodzić. nie chodzi o sam seks, bo gdy już do niego dojdzie to
      jest fantastycznie. Ale jest go coraz mniej, pojawiają się za to pretensje o
      pierdoły. Ona czuje sie coraz mniej doceniana, on wiecznie z bolącą głową i z
      pretensjami o krzywo powieszony ręcznik. Spirala sie nakręca.


      Teraz pozostaje pytanie tylko - dlaczego?


      Wreszcie po jakimś czasie, gdy dochodzi do awantur (on wraca o 1 w nocy do domu
      i napytanie: "gdzie byłeś? Martwiłam się!" odpowiada "Nie twoja sprawa") ona się
      wyprowadza. Miesiąc później mają obchodzić 2 rocznicę związku. Oczywiście wciąż
      są razem i on zapewnia, ze ja kocha. Umawiają się na romantyczną kolację
      (oczywiście u niej). Dzień wcześniej on dzwoni z innego miasta i mówi, że nie
      przyjdzie. "Dlaczego?!" "Spotkałaem wczoraj wspaniałą kobietę, chcę z nią
      stworzyć związek"...

      Ona w depresji i rozpaczy, usiłuje popełnić samobóstwo. On 3 tygodnie później
      oświadcza się tamtej kobiecie. Wyrzuca po drodze kobietę (juz byłą) z pracy,
      zostawiając ją bez pieniędzy i nie oddając jej rzeczy, które jeszcze u niego są.


      *********


      Jak po czyms takim kobieta ma znów zaufać? Że lubi wciąż seks - to zrozumiałe,
      ale pragnie bliskości i czułości, a nie seksu dla seksu.

      Jak pozbyc się wrażenia, że może byc nawet pożądana, ale nie może być kochana?

      Jak odzyskać nadzieję?

      I co zrobić, by seks przestał być aktem rozpaczy, a aktem miłości?




      Hmmmmmmmm...
      • misssaigon tak to w zyciu jest 21.09.06, 15:23
        ze zdecydowanie wieksze prawdopodobienstwo ze spotkamy w zyciu sk...syna niz
        trafimy szostke w lotto

        mialas pecha
      • yoric Re: A u mnie było tak: 21.09.06, 16:13
        Jak to się ma do tematu?
        • misssaigon Re: A u mnie było tak: 21.09.06, 17:15
          ze bycie kobieta idealna - w domu, lozku i kuchni - niczego nie gwarantuje a juz
          na pewno szczescia i trwalosci zwiazku...
          zatem? moze nie ma co sie tak naprezac?
          • yoric Re: A u mnie było tak: 21.09.06, 19:21
            Może i racja. Choć dla mnie wyglądało to na zwykła 'historię życia'.
Inne wątki na temat:

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się


Nakarm Pajacyka