anakin66
28.11.07, 11:08
Po urodzeniu dziecka strasznie zaczęło się psuć w moim małżeństwie.
Po wielokrotnych próbach naprawy - zwyczajnie zrezygnowałem i
odpuściłem. Miałem dosyć ciągłych awantur, narzekań i krytyki.
Dodatkowo było niewiele rzeczy, które nas łączyły, tzn. nic
zasadniczo nie robiliśmy razem, nawet staraliśmy się oddzielnie
spędzać czas. Kolejna sprawa - łóżko przez całe nasze małżeństwo to
było jedno nieporozumienie jak okazało się później. Żadnych
uniesień, finezji czegokolwiek - dodatkowo ciągłe uczucie
niespełnienia. Tak to wyglądało. W pewnym momencie spotkałem
kobietę, która mnie oczarowała, która chciała ze mną spędzać czas, w
której się zakochałem można by rzec od pierwszego wejrzenia. Nie
powiedziałem jej tego od razu, ponieważ ona również była w związku.
W momencie kiedy usłyszałem od niej te wspaniałe słowa Kocham cię -
popłynąłem na całego. W międzyczasie jej związek się zakończył. Od
tego momentu w moim życiu przestało liczyć się wszystko - z myślą o
niej rozpoczynałem dzień i go kończyłem. Liczyła się tylko ona i nic
poza nią. Dodatkowo czułość, którą od niej dostałem rozwalała mnie
na łopatki. Super miłość podczas wspólnych przeżyć łóżkowych. To
wszystko spowodowało, że wytworzyła się między nami szczególna więź.
I tak na zmianę czas spędzany z nią i z dzieckiem - bo i on jest
bardzo przeze mnie kochany. W między czasie żona się obudziła z
letargu - po pewnym czasie zorientowała się wręcz, że nie jest już
wogóle zauważana, a tym bardziej potrzebna. Dodatkowo dowiedziała
się o mojej przyjaciółce - czemu ja nie zaoponowałem. Myślałem, że
to wszystko zakończy - te męczarnie, to skryte spotkania. Że wkońcu
będę mógł z moją ukochaną żyć spokojnie. Ona też zaczęła liczyć na
stworzenie nowego poważnego związku ze mną. Jej dziecko również za
mną przepadało a i moje nie stroniło od niej. Niestety cała moja
rodzina stanęła po stronie żony, do tego możliwość utraty kontaktu z
dzieckiem. Tego było za dużo - wymiękłem, nie udźwignąłem i poddałem
się ich woli. Doszło do tego, że zerwałem kontakt z przyjaciółką.
Wytrzymałem bez niej parę dni. Znowu nawiązaliśmy kontakt i wszystko
zaczęło się od nowa. Tylko, że bardziej ostrożnie bo wszyscy
patrzyli nam na ręce. Po pewnym czasie zaczęły wracać wizję wspólnej
przyszłości. Jest to miłość odwzajemniona wielka. Znosi dzielnie to
że wracam do żony i śpię z nią w jednym łóżku ale z nią nie sypiam.
Wiem, że bardzo cierpi, płacze po nocach czeka na mnie zawsze, że
bardzo mnie kocha - nawet bardziej niż ja ją bo ja chyba odwrotnej
sytuacji bym nie wytrzymał. Jesteśmy o siebie bardzo zazdrośni. Gdy
mamy czas wspólnie jemy kolacje, obiady. Nie wyobrażam sobie życia i
przyszłości bez niej. Każde rozstanie boli zarówno mnie jak i ją. Od
paru tygodni zaczynam czuć, że coraz bardziej, że ona nie chce być
tylko tą drugą - choć zawsze jest traktowana jak ta pierwsza. Ma
prawo decydować. Chce żyć ze mną normalnie a nie na doczepkę. A ja
nie wiem czy potrafię jej to dać. Inaczej mówiąc zaczyna się
ciśnienie. Dla mnie wszystko dzieje się teraz za szybko. Nie
potrafię żyć ani bez niej ani bez dziecka. Jestem bardzo mocno
rozdarty. Nie wiem jak długo wytrzymam. Nie chcę i nie będę się
przytulał do żony - która notabene się bardzo zmieniła - pewnie chce
pokazać co tracę - tylko, że mnie to przestało już dawno
interesować. Chciałbym normalnie wychować dziecko i jednocześnie żyć
z moją ukochaną - tą która znosi wszystkie te pojedyncze noce. Nawet
gdyby to się skończyło to już i tak nic nie będzie takie samo. Nie
da się przeżyć tych samych rzeczy z inną osobą. Nie warto. Czy ktoś
ma jakieś komentarze. Jestem uwikłany w ciekawy niuans i interesują
mnie wasze opinie. Dodatkowo z moralnego punktu widzenia - nie chcę
nikogo unieszczęśliwiać. A tak cierpią wszyscy Żona, Przyjaciółka i
ja.