dziewczyna-szamana-04
09.08.08, 13:08
Na przestrzeni kilku ostatnich lat bywam na tym forum i wielokrotnie chciałam napisać o swoim związku. W końcu jednak stwierdzałam, że historia to jak każda inna i wiem przecież dokładnie co mi poradzicie.
Problem w tym, że ja przez te wszystkie lata po prostu nie potrafiłam zrobić tego co powinnam. Więc jaki sens był się żalić.
Do tej pory byłam tylko ja, mój partner i nasz letni związek z nieudanym seksem. A potem już związek bez seksu, od jakis 3 lat. Teraz sytuacja nieco się zmieniła i nie wiem czy potrafię ją na trzeźwo ocenić.
Nie jesteśmy małżeństwem, nie mamy dzieci. Ja mam 34 lata, mój partner 30. On mnie kocha, jest we mnie wpatrzony jak w obrazek. Jestem jego pierwszą kobietą.
Ja... no cóż... nigdy nie było między nami wielkiej namiętności, zauroczenia.
Po prostu po kilku nieudanych związkach z wielkiej miłości i kilku latach bycia singlem-nie-z-wyboru, stwierdziłam, że może trzeba obniżyć swoje wymagania i cieszyć się tym co życie niesie. Że może nie każdemu trafia się wielka miłość i skoro jest nam ze sobą w miarę dobrze, to czemu nie. Trochę taki związek z rozsądku.
I tak to się toczyło.
Z seksem to nawet nie tak, że któreś drugiemu nie daje.
Jest po prostu kiepsko. Na początku wiadomo, oboje wygłodniali, różowe okulary nowości, nadzieja, że z czasem będzie lepiej. Ale z czasem było tylko gorzej. Próby rozmów o potrzebach, oczekiwaniach nie przynosiły oczekiwanych rezultatów. Z czasem coraz częściej po nieudanym seksie pojawiała się frustracja, złość, łzy i nieuniknione pytania o dalszy sens bycia razem. No bo jak można renimować coś czego nie było?
Mój partner nigdy tak naprawdę nie oczarował mnie fizycznie, nie było między nami jakiegoś niesamowitego iskrzenia, chemii, namiętności. I ja coraz częściej dochodzę do wniosku, że może to właśnie jest przyczyną naszego nieudanego seksu.
Wiem jak to strasznie brzmi... ale cóż, tkwimy w tym przyjacielsko-siostrzano-braterskim układzie bo jednak seks to nie wszystko i poza nim to jest nam ze sobą całkiem dobrze. Tkwimy, bo jesteśmy przekonani, że nie znajdziemy dla siebie nikogo lepszego.
Tyle, że teraz nagle to się zmienia i na scenę wkracza jeszcze jedna osoba.
On ma 37 lat, poznaję go w pracy i... jak w jakimś cholernym tanim romansie... on robi pierwszy krok, jest iskrzenie, chemia, przyciąganie...czuję jakbym nagle obudziła się z jakiegoś uśpienia. Idąc do pracy śpiewam. Gadamy godzinami i na sam widok jego imienia w telefonie ściska mi żołądek.
Wiem, wiem, takie to kiczowate.
Ale jest i czuć to tak prawdziwie. I najbardziej uderza mnie to, że przekonana byłam, że już mi się nic takiego nie zdarzy.
Że jestem już tak pragmatyczna, zgorzkniała i cyniczna po kilku nieudanych związkach, że nie wierzę w żadne cholerne motyle w żołądku.
A jednak zdarzyło się.
On również jest w nieformalnym związku, od 9 lat, nie mają dzieci. On chce małżeństwa, dzieci, ale wciąż nie jest przekonany czy ta jego kobieta to TA kobieta. Coś musi ich jednak łączyć skoro wytrwali ze sobą 9 lat. On twierdzi, że nie jest im źle, jest wygodnie, znajomo, bezpiecznie- choć nie może z czystym sumieniem powiedzieć, że jest szczęśliwy. Jak można latami trwać w związku, który nie daje nam czegoś ważnego- no to akurat rozumiem.
Nie spaliśmy ze sobą nawet, a jednak to co się między nami rozwija przeraża nas. Przeraża intensywność tego uczucia. Przeraża, bo zdaje się być dokładnie tym czego nam obojgu brakuje. A jednocześnie przeraża, że jeśli zdecydujemy się to wypróbować to będzie to oznaczało nieodwracalne zmiany i ryzyko utraty tego co mamy: wygodnych, sprawdzonych związków.
Przeraża, że znamy się tak krótko, zaledwie kilka tygodni.
Mamy świadomość, że to wszystko może być tylko wynikiem naszych nieudanych związków i tkwiących w nas niezaspokojonych potrzeb.
Tak naprawdę żadne z nas nie jest w stanie z całą pewnością stwierdzić czy to co czujemy pojawiło się dlatego że się spotkaliśmy czy też dlatego, że sytuacja tak nas nakręciła.
Nie rozważamy romansu na boku naszych związków. Rozważamy czy jest jakaś szansa, że może nam się udać. Czy podążenie za głosem serca, wbrew wszelkiemu rozsądkowi nie jest jakimś szaleństwem?
A jeśli nie, to czy nie będę tego do końca życia żałować? Czy mój obecny związek nie ucierpi na tym jeszcze bardziej? Związek, ha, jak pomyślę, że kolejne 5 lat mam żyć tak jak teraz, rezygnując z seksu, intymności, zauroczenia kimś... to aż mi coś w środku ściska.
Przeraża mnie, że marnuję nie tylko swoje najlepsze lata, ale i mojego obecnego partnera. Że przecież być może jednak z kim innym moglibyśmy być naprawdę szczęśliwi. Tyle że on się na to wszystko godzi w imię miłości do mnie i w imię tego, że jest przekonany, że nie spotka i nie pokocha nikogo innego.
Rozmawiamy o tym wielokrotnie. To co możemy to przynajmniej o wszystkim szczerze i otwarcie rozmawiać.
Związek nasz wielokrotnie stał na ostrzu noża, wielokrotnie byliśmy na skraju rozstania się.
Gdy powiedziałam mu o tamtym to nawet nie był zaskoczony. Myślę, że oboje zdawaliśmy sobie sprawę, że prędzej czy później coś takiego się stanie.
Tylko co dalej?