rodzicielka znaczy się. Jeszcze się na pożegnanie pokłóciłyśmy odrobinę, bo przecież nie mogła mi odpuścić.
Przez ostatnie dni myślałam, że jej szczerze nienawidzę, za to wszystko co musiałam przez nią psychicznie przejść. Ale teraz wiem, że nienawidzę jedynie jej zachowania. Bo jednak jakieś tam pozytywy ma.
Ale dość już. Wreszcie odpoczywam, czuję, że dziś wyśpię się jak niemowlak. O niczym nie będę myśleć tylko o tym, że wolność wróciła. Przy niej czuję się jak sparaliżowana, nic nie mogę robić. Ona pewnie myśli, że ją wykorzystuję, bo nawet naczyń nie zmywam jak ona jest u mnie, ale czuję, że ona wypełnia całe mieszkanie, czasem mam wrażenie, że chce zagarnąć jeszcze moje myśli, moje uczucia. Wczoraj jak planowałam, że jak się wyrobię to rano jeszcze coś załatwię, powiedziała: żeby było jasne, nigdzie jutro nie jedziesz. Nie chciało mi się komentować. A rano i tak pojechałam
Niezła jest we wpędzaniu mnie w poczucie winy. Mam dziwne uczucie jak patrzę na to tak trochę z boku (poczucia winy pozbyłam się już wiele lat temu). Jak ona się wije, żebym w końcu podkuliła ogon. A ja nic tylko co najwyżej krzyczę i się nie daję. No więc ona na to, że na pewno jestem chora, bo kiedyś taka nie byłam. Śmiać mi się z tego chce. Teraz już łatwiej, 100km robi swoje. Ale 30 lat temu, to było raczej straszno nie śmieszno. Łykałam te jej manipulacje jak świeże bułeczki i cierpiałam. Skóra na mnie cierpnie jak sobie o tym przypomnę
Zacznę Was znowu regularnie podczytywać, może czasem coś skrobnę. Wreszcie wracam do świata żywych