39.a
12.03.12, 00:13
Dłuższy czas zasypiałam między 4 a 7 rano. Potem długi sen, taki sen "polekowy", twardy, z rozbudzeniami, ale zapadaniem w sen znowu. Potem praca itd. Czasem budziłam się wcześniej, wyjście z kryjówki na świat. Ostatnio spróbowalam "normalnie. Jak ludzie" czyli wziąć leki o 22, zasnąć daleko przed północą. Ale coś nieznośnego jest w życiu (ten byt?), w budzeniu się rano, nie umiem funkcjonować między 8 a 16, nie rozumiem za bardzo po co ten czas jest. Żeby zalatwić jakieś sprawy, ale jakie? (Trochę przesadzam, czasem musiałam i muszę wstać wcześniej, żeby właśnie coś zrobić, jechać dokądś, coś załatwić) Czekając na późne popołudnie gdy zaczynam czuć jakiś sens? Na wieczór?
Czasem słyszę jak ludziom "doby nie wystarcza". Moja nie musi być długa. 18h?
Piszę z nadzieją, że coś podpowiecie.
Szukam dodatkowej pracy na pol etatu, będę się w niej męczyć, ale ze 2-3 dni będzie jak "u normalnych ludzi"... będę psioczyć na pracę i z radością wracać do domu (pracując w "wychodnej" pracy wracałam do chaty zmęczona jak pies i właściwie niezdolna już do czegokolwiek)
Czasem pracuję 8 - 16. Dramat. Praca nie cierpi, bo jesli podsypiam (do 12) to z odpowiednio ustawionym alarmem i podnoszeniem glowy co 1.5 min. Mało się zresztą dzieje. Cierpi twarz, skóra jak u Indianina, niewyspana, o 16 lecę z nóg i zasypiam, podobnie musialam spać gdy wracalam ze szkoly. Czułam się wyczerpana psychicznie. Teraz po pracy w godzinach popoludniowo wieczornych nie czuję się w ogóle zmęczona. Czuję jednak, że być może coś tracę funkcjonując w nocy... I już nie wiem, czy "komfort" (?) nieposiadania dzieci jest zbawienny czy nie i dlaczego. Chcialoby się - mimo wszystko - żyć pełnią życia, ale co to w ogóle znaczy? Jak to/się zmienić? (terapia odpada)